wtorek, 31 grudnia 2013

10 noworocznych życzeń Małej czcionki

W małoczcionkowym, rodzinnym gronie zeszło nam się na noworoczne życzenia. Koniec roku to nie tylko świetna okazja do podsumowań (jednak ile można, przecież cały rok rozmawiamy o tym, co się udało bądź też nie!), ale również patrzenia w świetlaną, wydawniczą przyszłość. Pora więc pomarzyć. Okazało się, że małoczcionkowcy noszą w sobie wcale nie mało noworocznych książkowych życzeń. Ja niezmiennie chciałabym kupić "Oto jest Londyn" Miroslava Šaška, na który czekam w napięciu od wczesnej jesieni. Miałam go już nawet w wirtualnym koszyku, ale kilka razy otrzymywałam komunikat, że "dystrybutor poinformował nas o przesunięciu daty premiery pozycji". Szanowny Wydawco, mam nadzieję, że luty 2014 będzie już ostatecznym terminem!

Zacznijmy jednak od początku. Potraktujcie te życzenia z przymrużeniem oka lub na serio, jak kto woli.
1. Od Wydawnictwa Literatura moje dzieci chciałyby w nowym roku otrzymać "Kocie historie" Tomasza Trojanowskiego z nowymi ilustracjami. Najstarsza proponuje współpracę z Emilią Dziubak. Tragizm pierwotnego wydania zmusza nas do korzystania wyłącznie z nagrań audio...
2. Mamy nadzieję, że Oli Woldańskiej-Płocińskiej uda się wydać "Na straganie" vel "Pan Jan dla młodych wegetarian".
3. Ponieważ podjęliśmy w tym roku kolejną nieudaną próbę przeczytania "Mary Poppins", mamy propozycję dla Pawła Beręsewicza - Irena Tuwim czeka na godnego następcę.
4. Robert Ingpen zrobił w tym roku zawrotną karierę w naszym domu. Najstarsza wzdycha do niego regularnie. Czekamy na "O czym szumią wierzby" Kennetha Grahame'a.
5. Wszyscy mieli mnóstwo propozycji, jakim tematem mogliby się zająć w tym roku Aleksandra i Daniel Mizielińscy. Stanęło na tym, że najbardziej by się przydał Atlas Polski.
6. Tomek wymarzył sobie "Uwaga, budowa!" w wersji przyrodniczej, czyli o zakładaniu ogrodów.
7. Mamy też nadzieję, że Iwona Chmielewska nie zapomni o nas w tym roku. Czekamy z niecierpliwością na "Oczy". Marzy nam się również zbiorek wierszy Tuwima z ilustracjami Chmielewskiej, na podsumowanie roku poety.
8. "365 Penguins" z ilustracjami Joelle Jolivet oraz "The Snowman" Raymonda Briggsa to nasze propozycje wydawnicze na zimę 2014.
9. Liczymy też na nowe, książkowe i okołoksiążkowe kalendarze adwentowe.

Pozostając w nadziei na spełnienie choć części z powyższych marzeń, życzę wszystkim wspaniałego, zaczytanego nowego roku.

czwartek, 26 grudnia 2013

Wysypało się z worka


Posypało się z mikołajowego worka książkami, tymi od dawna oczekiwanymi i zupełnie niespodziankowymi. Szczególnie zaskoczyły i ucieszyły nas te podarowane przez Najstarszą, która w tajemnicy wybrała i kupiła coś dla każdego członka rodziny. Okazało się, że bez pudła trafiła w gusta i pokazała, że nie gorzej niż stary Mikołaj orientuje się, czym ucieszyć najbliższych.

Aż korciło, żeby obśmiany na prawo i lewo stosik książkowy zaprezentować na Małej czcionce. Może to i małostkowe, może trąci niepotrzebną egzaltacją, ale świąteczna radość może czasem pobrzmieć w mniej wyszukanej formie. Wybaczcie.

Sadzonka ze spontaniczną radością przyjęła przede wszystkim "Babo chce" - prezent od siostry. Oczywiście Babo przyćmił harmonijkową, zimowo-wiosenną "Ulicę Czereśniową", chociaż po cichu mam nadzieję, że gdy minie szał konika na biegunach, który od Wigilii mieszka pod naszą choinką, przyjdzie też czas na obrazkowe szaleństwo.

Tomek powoli obchodzi Lassego i Maję, cały czas mając nadzieję, że ktoś nieopatrznie przeczyta mu długo wyczekiwaną część i nie będzie musiał tego robić samodzielnie. My z równą nadzieją czekamy na to drugie.

Najstarsza, jak można było się spodziewać, znalazła już sobie przytulny kąt i razem z Felixem, Netem i Niką jest już tam, gdzie ja będę za kilka dni, gdy wymięty do nieprzytomności egzemplarz trafi już w moje ręce.

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych Świąt






"- Mamusiu! Zbudź się! - zawołał Muminek przerażony. - Stało się coś strasznego! To się nazywa Wigilia!
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała Mama wysuwając pyszczek spod kołdry.
- Nie wiem dokładnie - odpowiedział Muminek. - Ale nic nie jest przygotowane i coś przepadło, i wszyscy biegają jak zwariowani. Może to znowu powódź".

Opowiadania z Doliny Muminków, Tove Jansson

niedziela, 22 grudnia 2013

Paskudki słowiańskie

 Paskudki słowiańskie
 Magdalena Mrozińska
 il. Maria Dek
 Wydawnictwo Myślanki 2013










Najstarsza już na początku podstawówki do perfekcji opanowała znajomość greckiej mitologii. Podczas gdy ja w młodości męczyłam "Mitologię" Parandowskiego, ona miała do dyspozycji zestaw audiobooków z mitami w opracowaniu Grzegorza Kasdepke i wciągającą serię powieści o przygodach Percy'ego Jacksona - greckiego herosa o amerykańskich korzeniach. Ja swoją fobię mitologiczną, za sprawą Aleksandra Gieysztora i jego niedoścignionej "Mitologii Słowian", dopiero w liceum przekułam na fascynację wierzeniami słowiańskimi. Brakuje niestety młodzieżowej serii o naszych rodzimych tradycjach mitologicznych, stąd ciemna plama na tym polu w świadomości Najstarszej. Wprawdzie w zeszłym roku nakładem wydawnictwa BOSZ ukazał się "Bestiariusz słowiański", ale ten pięknie ilustrowany słownik pojęć, kierowany jest raczej do dorosłego czytelnika.

Z zaciekawieniem powitałam więc "Paskudki słowiańskie", które jak się szybko okazało wcale paskudne nie są. Wręcz przeciwnie, książka zwłaszcza w warstwie graficznej niesie ze sobą niepowtarzalny klimat, inspiruje, zaskakuje. "Paskudki" swoich czytelników znajdą jednak wśród kilkulatków, dlatego rówieśnicy Najstarszej muszą jeszcze poczekać na swojego słowiańskiego Percy'ego Jacksona. Póki co, pozostaje zadowolić się "Kajkiem i Kokoszem". "Paskudki" otwierają jednak nowy rozdział, w literaturze dla dzieci. Dają nadzieję, że ten zbiorek rymowanek dla najmłodszych rozwinie się z czasem w szerszy słowianofilski nurt.

Bohaterowie książki przedstawiają się bliżej w słowniczku na końcu tomiku. Jest ich dziesięciu: błędnik, dytko, gnieciuch, kłobuk i inni. Każdy z nich pełnił odrebną rolę w wyjaśnianiu zjawisk, które dla dawnych Słowian były trudne do zrozumienia. Płanetnicy kierowali chmurami, Wietrznica przynosiła wiatr, Mamuna podmieniała różne rzeczy. Swojsko brzmiące nazwy pozwalają szukać analogii między imionami a rolą jaką pełniły, wskazują na istotne elementy tamtego świata, związane głównie ze zmianami pogody i światem natury. Rymowanki, które składają się na zbiorek "Paskudków słowiańskich" nie niosą ze sobą poetyckiej głębi. Na dłuższą metę może nużyć ich jednostajny rytm i raczej nie sposób przeczytać całości od deski do deski. Urozmaicają je z powodzeniem nastrojowe ilustracje i wysmakowana typografia.



piątek, 20 grudnia 2013

Kapitan


Przedświąteczny szał jeszcze się u nas nie zaczął. Zakupy, sprzątanie, sałatka, sernik, śledź i inne wiktuały dopiero przed nami. Nawet nasza choinka stoi jeszcze gdzieś na choinkowym straganie i czeka, czeka, czeka... O Świętach przypominają spotkania opłatkowe w instytucjach edukacyjnych, mejle z życzeniami od znanych i nieznanych oraz kalendarz adwentowy, który nieuchronnie zbliża się do końca. Tymczasem my, nie poddając się zbiorowej histerii, sięgamy po planszówki.

Kapitan to gra, która regularnie wywołuje u mnie nostalgiczne drżenie serca. Niesie ze sobą klimat lat 80. oraz świadomość, że żeby przystąpić do gry potrzeba dobrych kilku minut przygotowań. Faktycznie, jak na tamte czasy gra obfitowała w dodatkowe elementy, które wymagają posegregowania i starannego ułożenia. Na moich dzieciach nie robi to już żadnego wrażenia, biorąc pod uwagę, że przygotowanie byle jakiej współczesnej gry zabiera swobodnie dziesięć minut, a przypomnienie sobie wszystkich reguł kolejne dziesięć. Ostatnio odnoszę wrażenie, że możliwie największe skomplikowanie reguł dobierania kart i ruchów pionków jest ambicją niektórych twórców gier. Dobitnym przykładem jest dla mnie Grunwald, a ostatnio Łazienki Królewskie, w które nie sposób swobodnie grać, bez ciągłego odwoływania się do instrukcji, o podliczeniu punktów na koniec, już nie wspominając.

Kapitan, jak przystało na peerelowską grę dla dzieci nie stwarza wielu barier. Mimo to sześciolatkowi gwarantuje spokojną rozrywkę, w której o wszystkim decyduje rzut kostką. Poruszając pionek po planszy, zbieramy karty z obrazkami, kompletując tym samym swój zestaw czterech statków (parowiec, kuter, żaglowiec, pasażerski). Kto pierwszy ułoży kompletny zestaw, wygrywa. Rozgrywkę urozmaicają dodatkowe karty, które pomagają (bezbłędna nawigacja, doskonałe warunki atmosferyczne) lub przeszkadzają (sztorm, zderzenie statków) w osiągnięciu celu.

Wygląda na to, że upływ czasu nie pozbawił gry tych zalet, które doceniałam sama, będąc kilkulatkiem. Dziś ma w sobie dodatkowo ten retro smaczek, który dzieci dostrzegają w szaroburych kostkach, instrukcji wydrukowanej na papierze z makulatury i pionkach, które niekoniecznie trzymają się przypisywanych im kolorów. W porównaniu z chińskim plastikiem wypadają blado. A może właśnie wręcz przeciwnie.


wtorek, 17 grudnia 2013

How to Wash a Woolly Mammoth

How to Wash a Woolly Mammoth
Michelle Robinson
il. Kate Hindley
Simon & Schuster












Za każdym razem, gdy widzę na ulicy umorusanego w błocie golden retrievera, teriera, pudla albo innego przedstawiciela kudłatej psiej rasy, zastanawiam się, co robi jego właściciel po przyjściu do domu. Ponieważ mam na stanie tylko dwa krótkowłose koty, które na szczęście rzadko wymagają kontaktu z wanną, moje doświadczenie w codziennej higienie dużych włochaczów jest czysto teoretyczne. A co wtedy, gdy kąpieli potrzebuje prehistoryczny mamut i trzeba go wykąpać w zupełnie współczesnej łazience?

Ilustrowany przewodnik "krok po kroku" może się okazać niezastąpioną pomocą w tym trudnym choć radosnym przedsięwzięciu. Jak zwabić zwierzaka do wanny? Czy użyć podnośnika, a może wystarczy ciasteczko? Uwaga na pianę! Mamuty nie lubią piany w oczach! Potrafią uciec na drzewo, a wtedy... kąpiel trzeba zacząć od początku.

Przerażony wzrok mamuta mówi sam za siebie: zgadzam się na wszystko! A dziewczynka jest dla odmiany gotowa na wszystko i nie zawaha się nawet wtedy, gdy najskuteczniejszym sposobem okaże się po prostu wspólna kąpiel.

Dowcipne ilustracje i prosty tekst to jak zwykle niezastąpiony przepis na dobrą książkę dla najmłodszych. Mała bohaterka według nas wygląda bardzo swojsko. Przypomina nam postacie narysowane ręką Ewy Poklewskiej-Koziełło.

Komplet mamucich kosmetyków poraził nas różnorodnością! Mogłaby mu go pozazdrościć niejedna elegantka.







piątek, 13 grudnia 2013

Dzień Świętej Łucji


Powoli staje się naszym domowym zwyczajem obchodzenie Dnia Świętej Łucji. Nie mamy wprawdzie jeszcze wianka ze świeczkami, który Najstarsza mogłaby włożyć na głowę, ale o świcie śpiewamy Santa Lucia, pijemy kawę i zajadamy upieczone nocą szafranowe bułeczki. Taki magiczny poranek zdarza się tylko raz w roku.

Święta Łucja żyła w III w. we Włoszech. Zginęła podczas prześladowania chrześcijan, wcześniej wydłubując sobie oczy. Jej łacińskie imię oznacza światło. Dawniej wspomnienie świętej Łucji według kalendarza juliańskiego przypadało dwa tygodnie później niż obecnie, czyli dokładnie wtedy, kiedy noc jest najdłuższa a dzień najkrótszy. Nie jest to jak się powszechnie uważa święto wyłącznie szwedzkie. Tradycja ta silna była również na Podhalu. Tego dnia rozpoczynano przepowiadanie pogody na cały następny rok przez kolejnych dwanaście dni aż do Bożego Narodzenia.
Łucja jest patronką niewidomych oraz pisarzy. Szafranowe bułeczki nazywane są czasem oczami św. Łucji.



"Mama Mu na rowerze i inne historie"

czwartek, 12 grudnia 2013

"Turlututu. A kuku, to ja!" kontra "Gałgankowy skarb"

Turlututu. A kuku, to ja!
Hervé Tullet
Babaryba 2012

Gałgankowy skarb
Zbigniew Lengren
Babaryba 2010
Zanim jeszcze Sadzonka wyskoczyła z ziemi, miałam w planach pewien zakup. Niedawno nadszedł właściwy i długo oczekiwany moment, żeby plan zrealizować, więc Sadzonka dostała od Mikołaja "Gałgankowy skarb" Zbigniewa Lengrena. Święty przywlókł też w worku "Turlututu. A kuku, to ja!", głównie na wniosek i na skutek przedłużającego się jęczenia Najstarszej. Żeby jednak nie powstał niepotrzebny dysonans, książka trafiła do paczuszki Sadzonki. Kto to bowiem słyszał, żeby w tym wieku... itd.

Tym więc sposobem Sadzonka stała się posiadaczką zgrabnego duetu retro-ponowoczesnego, a Najstarsza - trzeciego Tulleta w naszej domowej kolekcji. I pewnie rzecz nie byłaby warta uwagi, gdyby nie wyraźny a nawet dający po oczach kontrast przekazu, jaki dotknął nas już po chwili. Kilkadziesiąt lat, które dzielą obie publikacje, to w tym wypadku przepaść w sposobie myślenia o książce dla dzieci.

"Gałgankowy skarb" stanowi przede wszystkim wiersz, a dopiero potem obraz. To rytm, melodia, żart, który Lengren zilustrował we właściwy sobie ciepły, ujmujący sposób. Tekst, który można czytać sobie a muzom, nie zważając na to, czy dziecko przemykające obok, zagląda nam przez ramię, czy też nie.
 "Turlututu. A kuku, to ja!" nie pozwala o sobie zapomnieć. Wymaga trzymania na kolanach, potrząsania, dmuchania, pukania, wchodzi w interakcję z czytelnikiem, na takim poziomie, na jakim książki dla dzieci dotychczas nigdy nie funkcjonowały. Jest zaborczy, twórczy i bezpośredni. Uwodzi w równym stopniu jedenastolatkę i przytuloną do niej w absolutnym skupieniu półtoraroczną Sadzonkę.

"Turlututu" niesie ze sobą proste historie, napisane językiem niewiele bardziej skomplikowanym niż instrukcja składania szafy. Czy to jeszcze książka, czy już tylko interaktywna zabawa, którą ktoś przez przypadek przelał na papier, zamiast zaprogramować komputerowo? Tyle że komputerowa interakcja już nikogo nie dziwi. Nawet mała Sadzonka zauważa, że jeśli odpowiednio przesunie palcem po tablecie, obraz się przesunie. Następuje więc odwrócenie mechanizmu. Naciskamy na narysowany włącznik światła, a po przełożeniu strony widzimy tego efekt. Dzieci cieszą się, że książka "działa" choć nie ma baterii.

Sadzonka polubiła obie książki, chociaż każdą na swój sposób. Od razu wyczuła, że podsuwając do czytania "Gałgankowy skarb" nie musi siedzieć na kolanach, natomiast "Turlututu" obdarza pełnią uwagi: naciska, dmucha, puka do drzwi. Bawi się świetnie i my też.

Turlututu. A kuku, to ja!

Turlututu. A kuku, to ja!

Gałgankowy skarb

sobota, 7 grudnia 2013

Ocean na końcu drogi

 
Ocean na końcu drogi
Neil Gaiman
Wydawnictwo MAG 2013
















Po niedawnej lekturze "Na szczęście mleko...", Neil Gaiman znowu zagościł w naszym domu. Tym razem w odsłonie młodzieżowej, chociaż moja osiedlowa biblioteka wrzuciła tę książkę od razu do działu fantastyki dla dorosłych, nie bawiąc się w subtelności. Wybaczam, bo książka faktycznie nadaje się raczej dla tej starszej młodzieży, mimo że główny bohater ma zaledwie siedem lat. W mojej pamięci chyba na długo pozostanie opis wyciągania robaka z dziury na spodzie stopy i nawijania go na pęsetę...

Gaiman nie jest pisarzem, który stosuje grozę dla samego delektowania się nią. "Ocean na końcu drogi" mimo kilku drastycznych opisów nadal pozostaje dowodem na to, że autor lubi książki z przesłaniem. Na dodatek ta konkretna jest jego osobistą retrospekcją, mimo że odżegnuje się od bezpośrednich nawiązań do własnego dzieciństwa. Niekwestionowany talent narracyjny Gaimana pozwala mu zbudować fabułę opartą wyłącznie na jednym wątku, a mimo to poruszającą, trzymającą w napięciu, mądrą i poetycką. Przenosimy się w okolice Londynu połowy dwudziestego wieku, gdzie w wyniku samobójstwa popełnionego przez przypadkowego człowieka, budzą się złe moce. Towarzyszymy zmaganiom kilkulatka, który wbrew swej woli staje się pośrednikiem między światem rzeczywistym a nieprzewidywalną rzeczywistością duchów, widziadeł i zjaw. Na nieszczęście, ten mroczny świat szturmem zdobywa spokojną przystań rodzinnego domu i jak w "Koralinie" przejmuje kontrolę nad rodzicami. W gruzach legnie wszystko to, co stanowi gwarancję bezpieczeństwa. Pozostaje tylko dom na końcu drogi i trzy kobiety, które nie tylko gotowe są mu pomóc, ale również wiedzą jak to zrobić.

Mottem książki są słowa Maurice'a Sendaka: "Bardzo dokładnie pamiętam swoje dzieciństwo... Wiedziałem wówczas straszne rzeczy. Ale wiedziałem też, że nie mogę pozwolić, by dorośli się zorientowali, że wiem. To by ich przeraziło".
Gaiman swojemu bohaterowi serwuje podobny scenariusz. Naraża go na śmiertelne niebezpieczeństwa, traumatyczne przeżycia i mrożące krew w żyłach sytuacje, aby pokazać, że nawet najsłodsze dzieciństwo nie jest wolne od mrocznych wspomnień i doświadczeń.

Przepiękny język książki to zasługa niezrównanej Pauliny Braiter, tłumaczki między innymi Gaimana, Tolkiena i Kinga. Obcowanie z przekładem tak wysokiej klasy, to dodatkowy atut i prawdziwa uczta smakosza.

wtorek, 3 grudnia 2013

Prawdziwa bajka



Prawdziwa Bajka
Mikołaj Łoziński i Marta Ignerska
Kultura Gniewu 2013
















"Boję się pokazywać tę książkę dorosłym" - przyznała Marta Ignerska w jednym z wywiadów.
Boję się, że dorośli nie pokażą tej książki dzieciom - pomyślałam sobie, po pierwszym czytaniu.

"Prawdziwej bajki" nie widać w księgarniach, mało jej w blogowych recenzjach, nie błyszczy na empikowych wystawkach. I w sumie nie dziwię się, bo do póki nie przeczytałam jej od deski do deski, też nie wierzyłam, że to będzie to! Może wina leży po stronie okładki, po której bez pudła można rozpoznać, że narysowała ją właśnie Ignerska, ale jakoś nie przyciąga, nie intryguje. Jest w książce parę rysunków, które według mnie lepiej pasują na przysłowiowy wabik. Nie jestem jednak specem od sztuki. Nie dam też rady opowiedzieć moim dzieciom jakie nawiązania kryją się za ilustracjami, a podobno takie istnieją. (Prosiłabym o mały instruktaż, jeśli ktoś przeczyta i będzie wiedział). Mimo to, czytając, bawiliśmy się świetnie.

Oksymoron zawarty w tytule książki to zapowiedź przewrotnej historii i zabawy konwencją. To zwiastun bycia w innym wymiarze, a jednocześnie tak bardzo tu i teraz. Bo choć widzimy zaledwie geometryczne kształty i ukryte znaki, od razu możemy się domyśleć, że czeka nas jakaś niezwykła przygoda. Rozumienie obrazu z początku nie wydaje się łatwe. Potrzeba chwili, żeby odczytać kod, zinterpretować symbole, połączyć je z fabułą zapisaną w tekście i zanurzyć się w jej łagodnym biegu. "Prawdziwa bajka" to książka drogi, która toczy się ospale za szybą samochodu, jadącego w nieznane. Dwójka bohaterów odkrywa w pewnym momencie, że w swojej podróży mają współpasażera. W wymiarze obrazu jest on małą kropką na dużej stronicy książki, tak jak samochód jest zaledwie kwadracikiem. Mimo swej niepozorności, relacja między pasażerami a kropką intryguje, przejmuje, wzrusza. Nie pada tu wiele słów. Nie ma opisów i dialogów. Tekst pełni funkcję drugorzędną. Naprowadza na właściwy trop, żeby historia mogła toczyć się w obrazach.

Tomek patrzy z niedowierzaniem. Cieszy się, gdy odkrywa tunel, stację benzynową, lusterko, autostradę. Podczas gdy zwykle w trakcie czytania zajmuje się swoimi sprawami, dziś poświęca książce całą  uwagę.




czwartek, 28 listopada 2013

Lalo gra na bębnie

Lalo gra na bębnie
Eva Susso
il. Benjamin Chaud
Zakamarki 2012












Sadzonka od kilku tygodni uczęszcza na zajęcia umuzykalniające dla dzieci do lat dwóch! Każdy z łatwością wyobrazi sobie dziesiątkę maluchów z opiekunami, przekrzykujących się w sali o niezbyt dużej kubaturze i próbujących doprowadzić do sytuacji, w której dwie panie będą mogły poprowadzić zajęcia. Absurd, myślałam i ja, idąc na pierwsze spotkanie. A tu szok, zaskoczenie, magia jakaś! Towarzystwo do lat dwóch przez 45 minut siedzi zasłuchane i bynajmniej nikt nie trzyma ich za nogę. Niektóre próbują nawet klaskać, przytupywać, a te które już umieją chodzą do rytmu, podskakują. To magia sylab! Panie niezmordowanie śpiewają proste piosenki NA SYLABACH okraszone rytmem, rymem i towarzyszeniem prostych instrumentów i rekwizytów. Rodzice starają włączyć się w muzykowanie i zarazić nim dzieci. Te sylaby to zdaniem twórcy metody, Edwina Gordona, klucz do sukcesu i gwarant, że dzieci po pewnym czasie włączą się do zabawy. Sadzonka rozkwitła. Wprawdzie na zajęciach udaje niewzruszoną, w domu daje znać, że jednak jej się podobało. Zaczyna śpiewać na sylabach i wciąga w to całą rodzinę.

"Lalo gra na bębnie" to nasze literackie przedłużenie "gordonkowej" przygody. Lalo gra na bębnie PIM PIM POM, deszcz pada KAP KAP KAP, słońce wstaje TIN TIN TIN, tata gra na bębnie PAM PIDI PAMPAM POMPOM! Sadzonka jest oczarowana tą prostą, rytmiczną historyjką. Z równym zaangażowaniem słucha, co ogląda rysunki. Próbuje podśpiewywać. Kończymy i zaczynamy od nowa. A Lalo gra, a Sadzonka śpiewa...



wtorek, 26 listopada 2013

Antonino w walce z czasem

Antonino w walce z czasem
Juan Arjona
il. Lluïsot
Wydawnictwo Tako 2013

Mała czcionka w walce z czasem ma swoje sukcesy. Na przykład wczorajszy. Kto próbował w najbardziej gorącym okresie dnia, czyli między godziną 16. a 17., przejechać przez Miasto Stołeczne Warszawę z Ursusa na Ursynów w pół godziny, ten wie o czym mówię. Jeszcze do nie dawna wydarzenie z gatunku niemożliwych do realizacji. A tu nagle, marzenia stają się rzeczywistością. Głębokie ukłony dla wytrwałych budowniczych obwodnicy S2, którzy dają nadzieję na to, że Warszawę otoczy wreszcie zgrabne kółeczko szybkiej trasy. A może i oni powalczą z czasem...

Póki co, najlepiej z nas wszystkich walka z czasem wychodzi Antoninowi. Jest w tej dziedzinie bezkonkurencyjny. "Antonino ma tylko pięć minut". Trochę jak James Bond, albo japońscy turyści w objazdowej wycieczce po Europie, w nierealnym czasie ratuje Niedźwiedzia, przemierza las, górę, bagna i rzekę, aby dotrzeć do szpitala z rannym misiem. (Widać, że moje szczęście do absurdalnych historii nadal trwa). I choć opowieść jest prosta, wręcz banalna, ma swój urok. Świetnie się ją czyta z młodszakami w trybie "zdarta płyta". Ma mało tekstu i wysmakowane, sugestywne ilustracje, funkcjonujące w dużej części na pierwszym planie. Czekam na kolejne przygody Antonina. Wydawnictwo zapowiada jeszcze dwie książki. W "Antonino tam i z powrotem" główny bohater pobije może kolejny rekord, tym razem w obie strony...




środa, 20 listopada 2013

Ani słowa o Zosi!


Ani słowa o Zosi!
Zuzanna Orlińska
Literatura 2013

















Piszę ten tekst już drugi raz, bo pierwszy w całości mi się skasował. Niefart? Niekoniecznie, raczej zbieg okoliczności, ponieważ nie dalej jak dziś w nocy, kiedy odłożyłam komputer po skończeniu pierwszej wersji, przyśnił mi się głos, który wystąpił ze światłą radą: "jeśli ci coś nie wyszło, skasuj i zacznij od nowa". Nie dobrze ze mną, słyszę tajemnicze głosy. Chyba za dużo emocji nagromadziło się we mnie i wokół "Ani słowa o Zosi!", żeby jej podsumowanie wyszło wystarczająco dobrze. Zacznę więc od początku.

Po tym jak kilka miesięcy temu przeczytałyśmy z Najstarszą "Pisklaka", "Ani słowa o Zosi!" wzięłam z półki na pewniaka. Mało tego, najpierw podsunęłam ją Najstarszej, dopiero potem przeczytałam sama. Książka została wiosną tego roku nagrodzona w III edycji Konkursu im. Astrid Lindgren, w kategorii wiekowej 10-14 lat. To dobry rok dla autorki, ponieważ jesienią również "Pisklak" miał swoje pięć minut (Nagroda literacka im. Kornela Makuszyńskiego - wyróżnienie). Cenię sobie Orlińską jako pisarkę, ponieważ "Pisklakiem" udowodniła, że współczesna książka dla młodzieży może być życiowa, a jednocześnie ciepła i poetycka.

Tymczasem kiedy zaczęłam czytać "Ani słowa o Zosi!" okazało się, że moje wyobrażenie legło w gruzach. Zabrakło ilustracji, to jasne, bo wydanie pokonkursowe rządzi się swoimi prawami. Jednak szkoda, bo w "Pisklaku" nastrojowe rysunki Wandy Orlińskiej dodawały klimatu. Po drugie, pierwszoosobowa narracja zrobiła z prozy Orlińskiej typowe czytadło dla nastolatek. I choć z ostatnich zdań książki dowiadujemy się, skąd wzięła się ta konwencja, jednak przez sto kilkadziesiąt stron, nie mamy o tym pojęcia. Na szczęście chyba również sama autorka w obranym stylu nie czuje się komfortowo, bo mniej więcej za połową coś jednak drga i dalej czyta się już dużo lepiej. Pojawia się wątek kryminalno-historyczny, na dalszy plan schodzą małżeńskie problemy rodziców głównej bohaterki - Tosi i wypada na dłuższy czas z fabuły jedna z bohaterek, wyjątkowo irytująca osoba, która wszystko lubi mieć pod kontrolą. Akcja zaczyna się toczyć wartko i odzyskujemy wreszcie starą dobrą Orlińską, mimo że pierwszoosobową.

Niestety nie należy się sugerować, że książka faktycznie jest przeznaczona dla kategorii wiekowej 10-14 lat. Najstarsza, która skończyła niedawno 11, bardzo źle przyjęła szczegóły rodzinnych problemów bohaterki, nie umiejąc ich właściwie zinterpretować. Drobiazgową analizę relacji rodziców Tosi w obliczu rozpadającego się małżeństwa polecałabym raczej 16-latkom niż młodszym.

Na szczęście są i dobre informacje. "Ani słowa o Zosi!" łączy z "Pisklakiem" miła atmosfera polskiej prowincji pokazana z perspektywy Roztocza. Widać wyraźnie, że autorkę, jako warszawiankę z anonimowego tłumu pociągają miejsca, w których ludzie znają się lepiej niż co najwyżej z widzenia. Ja natomiast ciepło przyjęłam wspomnienie o moich podwarszawskich Urlach. Uśmiecham się wirtualnie do autorki, ponieważ Urle to świetne miejsce do osadzenia fabuły młodzieżowej książki, może następnej...?

Gdyby dało się skasować "Ani słowa o Zosi!" i napisać od nowa, namawiałabym do zmiany narracji na trzecioosobową, ale ponieważ się nie da, czekam na następną książkę autorki. Wszyscy uczymy się na błędach.

sobota, 16 listopada 2013

Cyryl, gdzie jesteś?

Cyryl, gdzie jesteś?
Wiktor Woroszylski
opracowanie graficzne i il. Bohdan Butenko
Nasza Księgarnia 1985 (wyd. IV)












Dawno nie przeczytałam na raz tylu absurdaliów, co w zeszłym miesiącu. Zaczęło się od "Magicznego domku" Bianki Pitzorno. Wpadł mi w oko letnią porą na stoisku z tanią książką. Miał być na wakacje, ale nie starczyło czasu. Przeczytaliśmy go w październiku, kręcąc głową z niedowierzaniem. Historia rozgrywa się bowiem na drzewie, na którym mieszkają dwie dziewczyny, zwariowany staruszek, czereda zwierząt i czworo niemowląt podrzuconych przez bociany. Drzewo rodzi wszelkie możliwe owoce, dom posiada kanalizację i inne udogodnienia, pies lata i znosi jajka. Wystarczy? Nam tak. Ale atrakcji jest dużo więcej. Warto przeczytać, bo Bianca Pitzorno uważana jest za najpopularniejszą współczesną włoską pisarkę dla dzieci, a swoją twórczość określa intrygującym mianem fantastyki socjologicznej.

Kiedy wydawało mi się, że równie szalonej książki nie ujrzę do czasu premiery kolejnego opowiadania Markusa Majaluomy, okazało się, że Galeria Książki wypuściła nowego Gaimana ("Na szczęście mleko..."). To dopiero karuzela absurdu! Małoczcionkową recenzję będzie można przeczytać w kolejnym numerze Rymsa, także sza! Ani słowa.

Idąc tym tropem wyszperałam w osiedlowej bibliotece jeszcze jeden literacki purnonsens, tym razem z lat 60., "Cyryl, gdzie jesteś?". Za książką kryją się dwie wybitne postacie: Wiktor Woroszylski - autor tekstu i Bohdan Butenko - autor opracowania graficznego i ilustracji. Z wydaniem był podobno spory problem. Raz że nietypowy kwadratowy format, dwa że wąska kolumna, a więc potrzeba dużo deficytowego papieru. Dzięki Bogu Butenko nie oparł się naciskom organów decyzyjnych i książka trafiła do naszych rąk właśnie w tym nieekonomicznym, artystycznym formacie. Niestety po latach ktoś zaeksperymentował i wydał "Cyryla" w koszmarnej, niebutenkowej oprawie graficznej, ale litościwie spuśćmy na to zasłonę milczenia. 

Mój "Cyryl" to prawdziwy majstersztyk. Nadal nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tekst i ilustracje wyszły spod jednej ręki, bo tworzą naprawdę wyjątkowo spójne dzieło. Woroszylski wodzi czytelnika za nos, przeplata wątki, zmienia bieg wydarzeń sprzed kilkudziesięciu stron, tworzy postacie karykaturalne o bardzo wyraźnych cechach wyróżniających. Butenko bezbłędnie podąża jego tropem. Korzysta z różnorodnych zabiegów, aby wyodrębnić przeplatające się wątki. Bierze na tapetę kolor, krój i wielkość czcionki, stosuje pismo odręczne, wprowadza elementy graficzne w ramach kolumny, a czasem rozwija je na bardzo szerokim marginesie zewnętrznym. Jest nieprzewidywalny, podobnie jak autor. Ilustracje operujące tylko na pierwszym planie, są stworzone dziecięcą kreską, ale z właściwym dla zawodowca przymrużeniem oka. Cała książka to wielkie graficzne przedsięwzięcie, w którym każdy element jest zaplanowany z równą starannością.

Zagmatwana, absurdalna fabuła świetnie funkcjonuje właśnie dzięki przemyślanemu projektowi graficznemu. Kryminalna intryga w kilku odsłonach toczy się wartko i potrzeba dużo skupienia, żeby nadążyć za bohaterami, a drugie tyle żeby docenić wszystkie subtelności. W Sieci natknęłam się nawet na opinię, że lektura "Cyryla" to męka i nie powinno się tym katować dzieci. Z pewnością może tak być, jeśli Woroszylskiego obedrze się z Butenki i nie zaproponuje nic w zamian. Ja na szczęście miałam przyjemność smakować pracę obu panów jednocześnie. Czego wszystkim również życzę!






poniedziałek, 11 listopada 2013

A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały


A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały
Eliza Piotrowska
Czarna Owieczka 2013

















W różnych około książkowych dyskusjach pojawiają się ostatnio opinie, że współczesnym dzieciom trudno jest wyjaśnić znaczenie słowa patriotyzm, że jakoby tradycyjne znaczenie traci na wartości w obliczu rzeczywistości, która nie wymaga "krwi i blizny", że powinniśmy szukać nowych odniesień, nowych wartości, lepszych wzorów. Odkąd te głosy dotarły do mojej świadomości borykam się z nimi i nie mogę zrozumieć czemu to, co w naszym domu z powodzeniem od jedenastu lat przekazujemy naszym dzieciom, dla innych miałoby być trudne do przyjęcia. Dlaczego słowa naród, tożsamość, tradycja, pamięć, poczucie przynależności nie opisują już dobrze tego, co moje dzieci nadal całkiem nieźle rozumieją pod słowem patriotyzm?

Na majowych targach książki w Warszawie Najstarsza zbojkotowała premierowe wydanie "Kto ty jesteś?" Joanny Olech. Skreśliła książkę prawdopodobnie za stwierdzenie: "patriotyzm nie ma kolorów" (bo dla niej ma: biały i czerwony). Panie z wydawnictwa Wytwórnia omiotła niechętnym spojrzeniem, gdy padło pytanie, jak jej się podoba prezentacja przedstawiona na tablicach. Nie pomogły argumenty, że są tu też fajne zdania, o pozytywnym wydźwięku.

 Minęło pół roku. Przypadkowo znaleźliśmy w księgarni "A ja jestem Polak mały..." Elizy Piotrowskiej i trafiliśmy w dziesiątkę. Nie jest to może książka wybitna pod względem edytorskim, ale naszych dzieci zdaje się nie razić brak marginesów i okładka, od której aż bolą zęby. Treść nareszcie koresponduje z tym, co o patriotyzmie słyszą w domu, w szkole i przedszkolu. To już dobry początek.

Dobry początek to też cecha samej książki, bo autorka faktycznie zaczyna od początku, czyli od podstaw. Najpierw opowiada o tym, co to jest ojczyzna i co dawniej rozumiano pod tym słowem, potem poszerza słownik o dom, rodzinę, drzewo genealogiczne, płynnie przechodząc do historii Polski, hymnu, flagi i świąt narodowych. Dopiero potem odwołuje się do tego, co w "Kto ty jesteś?" stało się sednem książki, czyli rozwijania pozytywnych cech, dbania o swoje otoczenie i budowania relacji z innymi. Piotrowska ciekawie opowiada o tym, że można być patriotą spotykając patriotę z innego kraju i szanować jego upodobania, nie rezygnując z własnych. Zachęca do zawierania przyjaźni i dzielenia się nawzajem tym, co w swoim kraju uważa się za wartościowe. Wreszcie przypomina, że ojczyzną jest nie tylko państwo, ale również kontynent i cały świat, dlatego szacunek wobec innych kultur jest wpisany w bycie patriotą.

Dużą wartością książki jest jej prosty, przystępny i szczery język, w którym na próżno by szukać pustych frazesów lub dydaktyzmu. Swoistą gwarancją wiarygodności autorki jest jej życiorys, przytoczony w telegraficznym skrócie na okładce książki. "Choć (...) dziesięć lat mieszkałam w Rzymie, gdzie mówiłam po włosku, a teraz mieszkam w Brazylii, gdzie mówię po portugalsku, JESTEM POLKĄ, a do tego PATRIOTKĄ!" - przedstawia się nam Eliza Piotrowska. A ja cieszę się, że z dystansu tysięcy kilometrów patriotyzm może wyglądać tak samo, jak ten, który ja sama noszę w sercu i że dzięki "A ja jestem Polak mały..." mogę tą refleksją podzielić się z moimi dziećmi.

piątek, 8 listopada 2013

Czarownica piętro niżej

Czarownica piętro niżej
Marcin Szczygielski
il. Magda Wosik
Wydawnictwo Bajka 2013

"Czarownica piętro niżej" trafiła niestety targetowo gdzieś pomiędzy wiek moich domowych odbiorców, więc siłą rzeczy przeczytałam ją w samotności. Książka leży według mnie w dość wąskich widełkach między siedem a dziesięć lat, choć jak widać i trzydziestukilkulatka dała radę. Na dodatek była to pierwsza książka Szczygielskiego, którą przeczytałam od deski do deski, pomijając "Czarny młyn", przy którym utknęłam w połowie (może pora wrócić do tematu?).

 "Czarownica" oczarowała mnie najpierw wizualnie. Trzeba przyznać, że autor miał sporo szczęścia, bo szata graficzna książki stanowi w tym przypadku szacunkowo połowę jej wartości. Magda Wosik znana była mi dotąd jedynie jako autorka "O, ja cię! Smok w krawacie!" i z tego co się zdążyłam zorientować, jako ilustratorka książek nie dała się już więcej poznać. Jej całostronicowe rysunkowe kolaże cudnie wpisują się w atmosferę książki i, co dla mnie najważniejsze, traktują odbiorcę bardzo poważnie. Są surrealistyczne, lekko oniryczne i bardzo przemawiające do wyobraźni. Operowanie czernią i bielą, przełamane tylko zielonym akcentem na okładce i wyklejce, jest niezwykle eleganckie i pociągające.

Szczygielski natomiast kreśli opowieść, która nie jest zanadto odkrywcza. Tka narrację ze znanych literackich motywów: gadających zwierząt, podróży w czasie, uniwersalnego klucza i tajemnicy nieśmiertelności. Mamy więc wrażenie, że jesteśmy gdzieś pomiędzy Alicją w Krainie Czarów a Koraliną. Autor odnajduje się jednak w tej konwencji na tyle dobrze, że powieść czyta się z przyjemnością, bez poczucia deja vu. W "Czarownicy piętro niżej" odkrywa przed czytelnikiem to, co jak sądzę jest jego główną zaletą, mianowicie nieprzeciętny talent pisarski. Podczas lektury, odniosłam jednak wrażenie, że Szczygielski o wiele lepiej czuje się w zwykłej obyczajówce niż w fantastyce. Kiedy do głosu dochodzą gadający kot i postrzelona wiewiórka dialogi stają się bardziej drętwe i akcja paradoksalnie jakby nieco zwalnia. Mimo wszystko poziom nie spada tak drastycznie, żeby było to zauważalne dla dziecięcego czytelnika.

Żałuję, że fabuła sprowadza się ostatecznie do seansu spirytystycznego, podczas którego bohaterowie mają odwołać ciało astralne, uwięzione przez przypadek w czasach współczesnych, do jego ciała fizycznego pozostającego w przeszłości. Jako kompletna okultystyczna ignorantka za sprawą "Czarownicy piętro niżej" zdobyłam informacje, które zupełnie nie były mi potrzebne. Szczęśliwie żyłam bez świadomości co to jest ciało astralne i myślę, że większość ośmiolatków również. Tymczasem zostaliśmy oświeceni i już wiemy, że aby wywołać ducha potrzebne są cztery osoby trzymające się za ręce, tajemnicza drewniana tabliczka i zaklęcie. Nie wchodząc w szczegóły czy opisana procedura jest prawdziwa, mam wrażenie, że Szczygielski trochę się w swojej wyobraźni zagalopował. Szkoda.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...