środa, 6 grudnia 2017

Books, Bücher, Libros, Livres // listopad 2017



Listopadowe "Premiery z zagranicy" zdominowały książki francuskojęzyczne. Naprawdę było w czym wybierać. Francuzi zachwycają mnie świeżością pomysłów graficznych i odwagą w ich prezentowaniu. A to wszystko przy moim dość zachowawczym stosunku do samej francuskiej literatury.
Nie można też przejść obojętnie obok nowych książek obrazkowych Olivera Jeffersa i Lemony'ego Snicketa. Zwłaszcza Jeffers zwraca uwagę świeżym pomysłem na przewodnik po Ziemi dla przybyszów z obcej cywilizacji.
Tylko wśród około świątecznych książek zaskakujący marazm. Wracam więc myślami do Terry'ego Pratchetta z zeszłomiesięcznego zestawienia. Trudno o większy świąteczny hit.



Jardin Bleu (Niebieski ogród)
Elena Selena, Gallimard Jeunesse, 16 s.
wiek: 3-9 lat







Noc. Ogród ożywa. Wiatr zaprasza liście do tańca... Na ziemi kładą się tajemnicze cienie... Kto kryje się w krzakach?

Przestrzenna książka obrazkowa,w której atmosfera nocnego ogrodu oddana jest za pomocą oszczędnych kolorów i niezwykle wyrafinowanych wycinanek.














Le Soldat Rose à la fabrique de jouets (Różowy żołnierzyk w fabryce zabawek)
Pierre-Dominique Burgaud, il. Robin Feix, BMG, 48 s.
wiek: 3+




Różowy żołnierzyk - zna go cały świat (choć może akurat w Polsce jeszcze niewielu czytelników). Najpierw przygoda w wielkim sklepie, potem pobyt w sierocińcu. Pozostaje pytanie, na które nikt dotąd nie odpowiedział: dlaczego jest różowy?
Ta trzecia i ostatnia część przygód różowego bohatera przenosi nas do fabryki zabawek, w której żołnierzyk został wyprodukowany. Śledzimy tu przygody bohatera (jeszcze nie różowego) i całej grupy zabawek, próbujących ocalić baletnicę przed wyrzuceniem na śmietnik. I wreszcie pojawia się pytanie, czy wbrew temu, co zawsze podejrzewaliście, żołnierzyk nie stał się różowy na skutek błędu przy produkcji?











Alice & Merveilles (Alicja i cuda)
Stéphane Michaka, il. Clémence Pollet, Didier Jeunesse, 48 s.
wiek: 3+


Wydawnictwo Didier Jeunesse zdecydowało się opublikować swój sztandarowy audiobook "Alicja i cuda" w formie wielkoformatowego albumu. Ilustracje Clémence Pollet, prowadzone wyraźną kreską, przedstawiają skrzącą się urokiem, rozmarzoną, ciemnowłosą Alicję w kolorowym otoczeniu, gdzie każdy rozdział reprezentuje osobny zakres chromatyczny.
Stéphane Michaka, w tekście pełnym sprytnych gier słownych i utrzymanym we współczesnym stylu, nawiązuje w pełen humoru sposób do powieści Lewisa Carolla.







The Bad Mood and the Stick (Zły nastrój i patyk)
Lemony Snicket, il. Matthew Forsythe, Andersen Press, 48 s.
wiek: 2-8 lat


Świeża, dająca do myślenia, przezabawna i prosta opowieść autorstwa Lemony Snicketa, o tym jak zły nastrój wywołuje spustoszenie, przenosząc się z osoby na osobę i pozostawiając nieoczekiwany ślad w postaci śmiechu, przebaczenia a nawet miłości.

Spotkajcie najbardziej czarujący i nieobliczalny zły nastrój, pod postacią emotikonowej chmury, który pozwala młodym czytelnikom zajrzeć sobie prosto w oczy. Autor bestsellerowego picturebooka "Laszlo boi się ciemności" powraca z mądrymi obserwacjami na temat emocji, które wpływają na nasze życie.

Książka wzbudziła duże kontrowersje jeszcze przed publikacją, za sprawą niefortunnego przedstawienia złego nastroju. Wydawca zdecydował się na zmianę konwencji graficznej książki.








Here We Are: Notes for Living on Planet Earth (Prosimy bardzo: poradnik życia na Ziemi)
Oliver Jeffers, HarperCollinsChildren'sBooks, 48 s.
wiek: 2+




No cześć. Witajcie na tej planecie. Nazywamy ją Ziemia. Nasz świat może być zachwycającym miejscem, szczególnie jeśli dopiero tu przybyliście. Wasza głowa zapełni się pytaniami, więc chodźcie sprawdzić, co jest na naszej planecie i jak na niej żyjemy. Od lądu i nieba po ludzkość i czas, tego wszystkiego dotyczą wskazówki, które mogą być przydatne podczas podróży. Odkryjecie mnóstwo rzeczy samodzielnie. Tylko nie zapomnijcie zostawić wskazówek także dla innych. Niektóre kwestie związane z naszą Ziemią są całkiem skomplikowane, ale mogą też być proste: musicie tylko być mili.












Norse Myths: Tales of Odin, Thor and Loki  (Mity nordyckie: opowieść o Thorze, Odynie i Lokim)
Kevin Crossley-Holland, il. Jeffrey Alan Love, Walker Studio, 240 s.
wiek: 9-16 lat




Wyjątkowa i fascynująca, ilustrowana antologia mitów nordyckich autorstwa Kevina Crossleya-Hollanda, zdobywcy prestiżowej, brytyjskiej nagrody literackiej - Carnegie Medal. Zbiór stanowił jedno ze źródeł inspiracji dla Neila Gaimana przy tworzeniu jego najnowszego książki, opatrzonej nomen omen tym samym tytułem. W tych pełnych dramaturgii, nastrojowych opowieściach, Bogowie Wikingów ożywają jak nigdy dotąd: jednooki Odyn, Thor ze swym potężnym młotem czy rudowłosy Loki, zmiennokształtny oszust. Niecodzienny świat pradawnej magii, olbrzymów, krasnoludów i potworów jest niesamowicie sugestywny.









* Zamieszczone opisy książek oraz zdjęcia pochodzą z materiałów wydawców. Tłumaczenie: Mała czcionka.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Ten łokieć źle się zgina


Ten łokieć źle się zgina, Sebastian Frąckiewicz, proj. typ. Robert Oleś, proj. okł. Łukasz Zbieranowski, Wydawnictwo Czarne 2017.
(Emilia Dziubak, Piotr Socha, Bohdan Butenko, Jan Bajtlik, Józef Wilkoń, Rafał Wechterowicz, Bartłomiej Gaweł, Jan Kallwejt, Anna Halarewicz, Katarzyna Bogucka, Iwona Chmielewska)



Seria wywiadów ze śmietanką polskich artystów to ciekawy przyczynek do refleksji na temat kondycji rodzimych wydawnictw, kompleksach, sentymentach i niespełnionych marzeniach, ale dla mnie głównie okazja do usłyszenia głosu tych, którzy na co dzień mówią do nas nieco innym językiem.

Sebastian Frąckiewicz podjął się niezwykle trudnego zadania. Niektóre rozmowy ewidentnie idą jak po maśle, rozmówcy są przychylni, otwarci, sypią anegdotami, nie szczędzą szczegółów z życia osobistego i plotek ze środowiska. Są jednak tacy, którzy wyraźnie próbują zbyć nawet te najprostsze pytania. Można się tylko domyśleć, że wiele z tych trudniejszych nie doczekało się żadnej odpowiedzi. Frąckiewicz jest dociekliwym rozmówcą, profesjonalnym i dobrze przygotowanym. Problemy środowiska zdaje się znać od podszewki. Doskonale wie do kogo z jakim pytaniem uderzyć, przy czym pozostaje taktowny i otwarty na dialog. Jestem pod dużym wrażeniem ilości zgromadzonego materiału i stylu rozmowy i mimo że miejscami miałam poczucie pewnego hermetyzmu, jednocześnie jestem wdzięczna autorowi, że kierując książkę do szerokiego grona czytelników, nie pozbawił jej tych czysto środowiskowych wątków.

Odkładam "Łokieć" z poczuciem, że rozwiał wiele wątpliwościami, które nagromadziły się przez lata obcowania z pracami przepytanych przez Frąckiewicza ilustratorów. Chyba najwięcej odkryła przede mną Emilia Dziubak. Mam wrażenie, że już wiem skąd się bierze specyficzny dysonans, który sprawia, że jej prace jednocześnie męczą mnie i pozytywnie inspirują.
Jedno czego w książce zabrakło to przypisy, zwłaszcza te zawierające tytuły prac artystów. Pamięć ma to do siebie, że przemija. Podobnie jak popularność nawet tych najgłośniejszych książek. Zresztą swoistej diagnozy istotności, prawdopodobnie zupełnym przypadkiem, podjęła się Iwona Chmielewska. Poniższy cytat znakomicie podsumowuje nie tylko rozmowę z nią, ale tak naprawdę całą książkę i zamyka ją, na kilka stron przed faktycznym finałem:

"Obserwuję różne szkoły kształcące studentów zajmujących się książką i ilustracją. Młodzi ludzie robią różne rzeczy, ale rzadko tworzą coś ważnego o relacjach międzyludzkich. A to jest trudniejsze niż robienie kolejnej książki o kosmosie albo o zwierzętach. Przy czym te książki są przykładami dobrego designu. Jednak mało w nich serca czy duszy, sama nie wiem, jak to nazwać".
 

wtorek, 21 listopada 2017

Kruszynka



Kruszynka, Rémi Courgeon, tł. Sylwia Sawicka, Wydawnictwo Polarny Lis 2017, 6+


Książka szalonych sprzeczności, kontrastów, dysproporcji, silnych uderzeń emocjonalnych. Kruszynka, której nie sposób przeoczyć.

Z jednej strony pokaźny arkusz B4, paleta intensywnych, wręcz szokujących zestawień kolorystycznych i zachwianie proporcji rozmiarów, z drugiej krótkie, niemal umykające uwadze teksty, przewrotny tytuł, plakatowa prostota obrazów, z jednoczesną koncentracją na drobnych szczegółach. Bez wątpienia mamy do czynienia z książką obliczoną na estetyczny szok oraz intelektualne i emocjonalne starcie. Taką, którą można albo polubić albo odrzucić.

"Kruszynka" dość łatwo porywa w ten świat kontrastów. Ilustracje frapują. Nasycone barwne plamy przechodzą niespodziewanie w głębię, która wymyka się prostym zależnościom w przestrzeni, powoduje lekki zawrót głowy, odurza. Kombinacja liter i obrazów staje się okazją do ciekawych poszukiwań, inspiruje wyobraźnię, choć jednocześnie nieco mierzi nachalne pogrubienie pierwszej, kluczowej litery na każdej stronie. Tak jakby czytelnik potrzebował szczególnej pomocy w dotarciu do źródła tej skądinąd ciekawej graficznej zabawy.

Sama historia również nie stroni od kontrastów. Czym dłużej jednak o niej myślę, tym bardziej szukam w niej metafory, a tym mniej przemawia do mnie jej dosłowność. Opowieść o dziewczynce, kruchej i delikatnej, która żeby udowodnić sobie i innym swą siłę i determinację zostaje bokserką i stacza walkę na ringu, wydaje się być płytka i mało autentyczna. Zwłaszcza, że (tu spojler!) swój sukces przypieczętowuje rzuceniem rękawic i powrotem do klawiatury ukochanego fortepianu. Nie ma tu zatem prawdziwej pasji. Walka pozostaje tym czym jest w istocie. Autentyczność i zamiłowanie chowają się gdzieś głęboko.

W kontakcie z "Kruszynką" można poczuć się odrobinę onieśmielonym, choć wydaje mi się, że jeszcze lepszym słowem byłoby przytłoczonym. Zdecydowanie nie kupuję całej koncepcji tej książki, obliczonej jednak bardziej na efekt niż jakość. Silniej przemawia do mnie warstwa obrazu. Historia ma swoje wady, których książka nie potrafi ukryć. Tekst czyta się sprawnie, ale nie jest metaforyczny, raczej prosty, nienachalny. To balansowanie "Kruszynki" między prostotą a wyrafinowaniem okazuje się być zarazem jej największą zaletą i najgorszą wadą.












czwartek, 16 listopada 2017

Kalendarz adwentowy - Wszyscy na Ciebie czekamy


Wszyscy na Ciebie czekamy, Marek Kita, il. Dorota Łoskot-Cichocka, Wydawnictwo Sykomora 2017.


A może, w zalewie czekoladowych, żelkowych, trollowych, klockowych, starwarsowych i frozenowych (ratunku, jak to się odmienia?!)  kalendarzy adwentowych, szukacie czegoś zwykłego, o Tym co w Świętach najważniejsze?

Mam wrażenie, że w temacie kalendarzy adwentowych przeszliśmy już przez wszystkie etapy. Poczynając od totalnie najnajowego, naklejkowego kartonika z Mysią, Lucy Cousins w roli głównej, na własnoręcznie kaligrafowanych nutkach, składających się w kolędę, kończąc. Były oczywiście klasyczne skarpetki ze słodyczami, składanie po kawałku szopki Playmobila, odnajdywanie książki po fragmencie tekstu, a w niej wskazówki do  odszukania  skrytki ze słodką niespodzianką. Mieliśmy pudełko z herbatką na każdy dzień i kalendarz z Wallym - facetem w czapeczce w paski. Przyznam się, że po piętnastu latach aktywnego macierzyństwa, powoli odczuwam przesyt i zniechęcenie wynajdywaniem nowych adwentowych atrakcji.

Właściwie książka, którą chciałam dzisiaj pokazać nie jest nowa. Okładka mignęła mi kilkakrotnie w ostatnich latach, ale jakoś nikt dotychczas nie nazwał jej chwytliwym hasłem kalendarz adwentowy. A szkoda. W środku jest plakat, na który trzeba nakleić własnoręcznie wycięte z dołączonej książeczki, biblijne postacie i inne bożonarodzeniowe atrybuty. Każdy z nich jest również bohaterem krótkiego rozdziału. Teksty nie są proste. Wymagają już jako takiej biblijnej orientacji lub przynajmniej znajomości kontekstu. Autorzy posłużyli się dość ciekawym kluczem, dzięki czemu książka nie jest ani banalna, ani infantylna. Pojawiają się bohaterowie ze Starego Testamentu, wśród nich Abraham, Izaak, Dawid, a z Nowego, Zachariasz, Elżbieta, Anna. Historia każdego z nich w jakiś sposób zapowiada przyjście Zbawiciela. Żadna z ponad dwudziestu postaci nie znalazła się w tej książce przypadkowo.

Ilustracje Doroty Łoskot-Cichockiej są jak zwykle bardzo oszczędne. Autorka wykorzystuje ulubiony szary papier, dużo wycina, używa farb i kredek. To nie jest ten Adwent, który współcześnie nas otacza, jaskrawy, krzykliwy. Mam wrażenie, że takiej odmiany nam trzeba.
















poniedziałek, 13 listopada 2017

Binek i Pulpet w świątyni Majów



Binek i Pulpet w świątyni Majów, Krzysztof Łaniewski-Wołłk, il. Adam Wójcicki, Wydawnictwo Dwie Siostry 2016, 3+



Czasem człowiek może się poczuć taaaaki malutki! Ręce mi opadły i już. Bez męża bym sobie nie poradziła. Jest wyzwanie? Jest. Naprawdę.

Nie sposób przecenić pomysłu. Gnamy za bohaterami po całej książce tam i z powrotem. Za bohaterami, nie szukając wyjścia. Jest więc labirynt, ale nie klasyczny, tylko z przygodami. Pulpet ucieka, Binek próbuje chwycić smycz, po drodze coś znajduje, coś traci, wpada w tarapaty,  wydostaje się z nich, płynie, skacze, gubi but. Binków i Pulpetów jest zresztą w książce mnóstwo. Trzeba uważnie śledzić ruch bohaterów, żeby nie dać się zmylić i nie przeskoczyć na inny level przygody.

Pamiętacie stare gry na Atari czy Spectrum? Autorzy chyba też. "Binek i Pulpet" to ta sama adrenalina, plus dodatkowo możliwość wyszukania różnych szczegółów na stronie jak w klasycznej wyszukiwance. Jest też szyfr ukryty w starożytnych kaflach. Najpierw trzeba złamać kod, potem połączyć wszystko w całość i dzięki temu dotrzeć do kolejnego zadania. Tym razem znowu przydał się mąż, a jakże.

Okazało się, że nie tylko ja mam w domu kłopot ze śledzeniem akcji (przyznaję się bez bicia, nie jestem kinomanką, może dlatego), 10-latek też potrzebował naprowadzenia na właściwy trop. Widać książka jest rozwojowa, ale śmiało można zaczynać oglądać ją już z trzylatkiem. Na przykład od wypatrzenia nieśmiałego kinkażu. Słyszał ktoś o kinkażu? Nie martwcie się. Ja też nie. :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...