Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popularnonaukowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popularnonaukowa. Pokaż wszystkie posty

3/30/2022

Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci

 Brittanica. Nowa encyklopedia dla dzieci, opr. Christopher Lloyd, tekst: Michael Bright, John Farndon, Jacob F. Field, Abigail Mitchell, Cynthia O'Brien, Jonathan O'Callaghan, il. Marc Ruffle, Jack Tite, tł. Anna Bereś, Kropka 2021.

8 sekcji tematycznych, 424 strony i prawie 2 kilogramy wiedzy. Zwykle jestem sceptyczna wobec takich encyklopedii. Tym razem mam poczucie, że ten pokaźny zespół specjalistów odwalił naprawdę niezłą robotę.

Co mnie zwykle drażni w encyklopediach obrazkowych? Chaos. Feeria kolorów, pomieszane kroje pisma, brak strategii doboru informacji i wizualnego połączenia elementów strony. W efekcie nawet dorosły, co dopiero dziecko, męczy się po krótkiej chwili i traci zainteresowanie tematem. Tymczasem między klasyczną encyklopedią PWN a pseudo wydaniami à la lata 90. jest jeszcze spora przestrzeń.

 Chwała Christopherowi Lloydowi, że udało mu się spiąć w całość pracę sześciu autorów i dwóch ilustratorów tak, że nie widać szwów. Mark Ruffle i Jack Tite zjedli zęby na rysowaniu książek non fiction dla dzieci i dobrze czują ten styl. Rysunki są standardowe, ale przez to nie odciągają uwagi od meritum, czyli treści, typowo ilustrują i o to przecież chodzi. Infografiki utrzymane w tym samym stylu nie zaburzają graficznej równowagi, a zdjęcia, często zintegrowane z tekstem, nie przytłaczają. Zespół grafików wydawnictwa What on Earth spisał się na medal.

Książka pomyślana jest jako zbiór niezależnych sekcji, uporządkowanych logicznie w całość: od początków wszechświata do technologii przyszłości. Każda z nich skupia się na węższych tematach, zajmujących przestrzeń jednej rozkładówki. W finale sekcji można się sprawdzić, rozwiązując quiz, składający się z kilkunastu przystępnie sformułowanych pytań.

Przystępność to zresztą atut "Britanniki" na każdym poziomie. Książka nie ma ambicji szczegółowego omawiania zagadnień, chociaż zważając na objętość robi to wystarczająco wnikliwie. Pozostawia jednak czytelnika z odrobinę niezaspokojoną ciekawością i różnymi ścieżkami, którymi można podążać w dalszych poszukiwaniach. Indeks na końcu pomaga odszukać kluczowe hasła, a odnośniki na parzystych stronach, kierują do kolejnych stron, rozszerzających wiedzę z danego tematu.

"Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci" otrzymała nominację w Plebiscycie blogerów - Książka dla niedorosłych Lokomotywa 2021 w kategorii FAKT.







 

5/26/2021

Historia starego mieszkania

 


Historia starego mieszkania. Fascynująca podróż po XX-wiecznej Rosji, Aleksandra Litwina, il. Ania Diesnicka, tł. Agnieszka Sowińska, Prószyński i S-ka 2020.

Picture book, wyszukiwanka, kalejdoskop historii Rosji bez wychodzenia z mieszkania. Mozaika stworzona z wnętrz, przedmiotów i ludzkich losów. Sto lat z życia fikcyjnej rodziny Muromcewów pokazane w perspektywie politycznej, społecznej, dziejowej. Wciągająca podróż przez czas, utkana z materialnych przedmiotów i ludzkich historii.

W zamyśle "Historia starego mieszkania" powstała dla dzieci. Rosyjskich dzieci i ich rodziców, dla których rozliczenie się z historią swojego kraju bywa częstokroć trudne, a opowiedzenie o niej dzieciom to nie lada kłopot. Aleksandra Litwina i Ania Diesnicka znalazły sposób na to, by sto burzliwych lat przekuć na opowieść o życiu konkretnych ludzi zamieszkujących pewien petersburski apartament. Różnorodność charakterów, poglądów, życiowych wyborów rzuca światło na kolejne dekady historii Rosji. Szalenie trudno, bez odpowiedniego skupienia, rozeznać się w gęstej od faktów i szczegółów sadze rodzinnej. Oglądając fotografie na wyklejkach, rzucając okiem na odręczne zapiski i dokumenty, czytając fragmenty rosyjskiej prozy i poezji tkwiącej w rękach bohaterów, można odnieść wrażenie, że te wymyślone historie zaczynają żyć własnym życiem. 

Dla dorosłego czytelnika, nawet tego nie zaznajomionego z cyrlicą, której na stronach sporo, "Historia starego mieszkania" otwiera się jak tajemnicza skrzynka skarbów. Powoli odkrywamy kolejne wątki, zerkając do drzewa genealogicznego, sprawdzamy kolejne rodzinne powiązania. Wciąż jednak nie jestem pewna, na ile niedorosły polski czytelnik da się wciągnąć w tę historyczną wyszukiwankę, która, żeby sprawić przyjemność, wymaga podstawowej orientacji w najnowszej historii Europy. Autorki zdają się zakładać, że dziecięcy czytelnik nie pozostanie z tą książką sam. Zostawiają jednak drogę na skróty: czerwonymi strzałkami oznaczone zostają przedmioty, które można wyszukać na bogatych w szczegóły rozkładówkach przedstawiających mieszkanie.

Bardzo lubię Anię Diesnicką, ilustratorkę. Na jej instagramowym profilu (@anyadesnitskaya) często pojawiają się fascynujące scenki sytuacyjne, miejskie pejzaże blokowisk, portrety ludzi z ulicy. Obwiedzione cienkim markerem, pociągnięte flamastrem szkice, żyją autentyzmem uchwyconych chwil. "Historia starego mieszkania" to artystyczna perełka. Niestety, ten dopracowany do perfekcji projekt momentami zostaje zaburzony na poziomie typografii, nieudolnie przygotowanymi wstawkami z tłumaczeniem oryginalnych materiałów (wycinki prasowe, listy, plakaty, pocztówki). Trudno oprzeć się wrażeniu, że pośpiech polskiego wydawcy miał tu wiele do powiedzenia. Oczami wyobraźni widzę przezroczyste strony kalki, które mogłyby prezentować tłumaczenia rosyjskich tekstów.

Pomijając niedociągnięcia edytorskie i problem z poszukiwaniem właściwego na naszym rynku odbiorcy, książka daje ciekawą i rzadką możliwość, przy okazji przystępnej lektury, spojrzenia na Rosję od drugiej strony. Na dodatek w bardziej ludzkiej niż imperialnej scenerii. Z nadzieją czekam na ukazanie się polskiego tłumaczenia picture booka autorek o podróży Koleją Transsyberyjską. Rysunki na profilu autorki zaostrzają apetyt (https://www.instagram.com/anyadesnitskaya/).






 

 



 

4/22/2021

Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok


 Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok, Agatha Loth-Ignaciuk, il. Bartłomiej Ignaciuk, Wydawnictw Druganoga 2020.

Pierwsze skojarzenie: "Wyprawa Shackletona" [klik]. Jeśli mieliście okazję zachwycić się tym poruszającym picture bookiem od Kultury Gniewu, koniecznie sięgnijcie po "Marka Kamińskiego. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok". Przeszyje was na wskroś.

Tematyka polarna to jedno, drugie to bardzo starannie poprowadzona graficzno-słowna narracja. Obie książki stanowią majstersztyk w dziedzinie snucia opowieści trzymającej w napięciu, poprzetykanej solidną dawką praktycznej wiedzy. Książki bez docelowego czytelnika, jednak z potencjałem, by w każdym, małym czy dużym, obudzić podróżniczą żyłkę. 

Osobiście nie mogę powstrzymać się od wertowania "Biegunów" w tę i nazad. Wydawałoby się, że opracowanie graficzne książki, poświęconej w dużej mierze śniegowi, jest trudne i obarczone sporym ryzykiem monotonii. Tym czasem nic bardziej mylnego. Każda rozkładówka to projekt, który spina ze sobą tekst i obraz w taki sposób, że nastrój książki i komunikat sączą się jakby jednym kanałem. Szczegółowa prezentacja ekwipunku, mapka przelotu samolotem z Europy do miejsca rozpoczęcia wyprawy,  schemat rytmu dnia,  przegląd warstw ubioru podróżników - czujemy się, jak byśmy tajniki wypraw polarnych poznawali z pierwszej ręki. Z drugiej strony, pojawiają się rysunki, które świadczą o zmaganiu człowieka z żywiołem. Niemal słyszymy trzask pękającego lodu, czujemy pieczenie skóry zmęczonej arktycznym mrozem. To gra na emocjach, która bardzo mi pasuje i której lubię się poddać. Sporą rolę grają kolory: chłodny niebieski kontrastuje z ciepłym pomarańczem. To też gra na emocjach: ciepło - zimno, nadzieja - zwątpienie. Projekt graficzny daje ponadto poczucie ogromnej różnorodności ujęć i perspektyw. Nie sposób się nudzić.

Tekst w trzecioosobowej narracji bardzo dobrze rozkłada akcenty. Dwie wyprawy na biegun pokazane są precyzyjnie i z godną podziwu systematycznością. Lubię to, że autorzy mają pomysł, co i w jakiej kolejności chcą nam powiedzieć. Nie mam poczucia przypadkowości, które często towarzyszy książkom non-fiction. Praca nad tekstem musiała być poprzedzona gruntownym wywiadem z bohaterami. Dużo tu osobistych wtrętów, które nadają książce autentyczności i sprawiają, że czujemy się jak byśmy też tam byli.

Książka otrzymała nominację w kategorii OBRAZ w trzeciej edycji Plebiscytu Blogerów - Książka dla niedorosłych - Lokomotywa 2020. [klik]

 



3/31/2021

Ziemia, żywa planeta


 Ziemia, żywa planeta, Aina Bestard, tł. Karolina Jaszecka, Wydawnictwo Tatarak 2020.

Wydawnictwo Tatarak powróciło z Ainą Bestard, znaną polskim czytelnikom, autorką serii "Co kryje...?". Trzymam w ręku rzecz bezbłędną, nieoczekiwanie otwierającą mnóstwo furtek, które w dzieciństwie były przede mną zamknięte. Jeśli chcecie otworzyć swoim dzieciom drzwi do prehistorii, dajcie im "Ziemię, żywą planetę". Świat zawiruje.

 W tej książce wszystko jest przemyślane: od dobrze przedstawionej systematyzacji czasowej, po ciekawe rozwiązania edytorskie. Już nie ma obaw, że zgubimy się w nazwach eonów, epok i okresów, nie umknie nam również niewyobrażalna skala liczbowa wyrażana w milionach. Aina Bestard zrobiła kawał dobrej roboty, żeby każdy czytelnik, niezależnie od wieku, mógł nie tylko zrozumieć procesy zachodzące w trakcie trwania ewolucji, ale również umiał osadzić je w czasie. Bezcenne zwłaszcza dla tych, którzy do prawdziwego szczęścia potrzebują precyzji i porządku. 

Wiem, że "odpowiednia proporcja tekstu do obrazu" to słowo wytrych, ale tutaj faktycznie tak jest. Zdania są dość proste, ale Aina Bestard nie unika terminów naukowych (stromatolity, Pangea, sedymentacja), używa ich jednak w kontekście, wzbogacając tekst odpowiednią ryciną. Tych jest tutaj mnóstwo. Nie pełnią roli ozdobników (choć też) - zawsze mówią razem z tekstem. Przekaz jest spójny i klarowny. Przy niewielkiej pomocy, zrozumiały również dla uczniów młodszych klas SP.

Kremowe strony kilkukrotnie przeplatają podwójne kartki delikatnej kalki. Na nich autorka umieściła małą scenografię. Przezroczysty papier pozwolił zbudować kompozycję, która lekko prześwitując tworzy specyficzną głębię. Prehistoryczny świat nieco ożywa, wychodzi poza ciasne ramy płaskiej kartki. To co Bestard w serii "Co kryje...?" osiągnęła za pomocą kolorowych szkiełek, tu dokonuje z równą gracją, korzystając wyłącznie z wyobraźni czytelników.

Książka pierwotnie została wydana przez barcelońskie Museo de Ciencias Naturales. Złożony proces ewolucji Ziemi i związki zachodzące między zamieszkującymi ją istotami stanowiły na początku temat stałej muzealnej wystawy (można ją wirtualnie zwiedzić na stronie). Dopiero na jej podstawie powstała książka. Duży format i nieoczywista różowa okładka nie pozwalają przejść obok niej obojętnie. To nie jest kolejna pozycja o wielkim wybuchu. To piękna biografia Ziemi i jej mieszkańców od początku, niemal do dnia dzisiejszego.

 




 



 



 


10/29/2020

Wirus i inne drobne ustrojstwa

 

Wirus i inne drobne ustrojstwa, Boguś Janiszewski, il. Max Skorwider, Publicat 2020.

Dla jednych to wada: "Janiszewski i Skorwider znowu łapią gorący temat", dla mnie zaleta: Janiszewski i Skorwider znowu łapią gorący temat. "Wszystkie ich książki są takie same". To prawda. Wszystkie tak samo dobre.

Pod szyldem kolektywu autorskiego Katastrofa ukazują się obecnie dwie serie popularnonaukowe. Obie bardzo cenię i lubię. Choć różnią się stylem i poziomem oczekiwań w stosunku do czytelnika, łączy je rzetelnie przepracowany temat, odpowiednia doza dystansu, zrozumiały język i świetna szata graficzna. Wydawnictwo Publicat ma szczęście wydawać jedno z najlepiej opracowanych kompendiów wiedzy, poruszających szerokie spektrum zagadnień (Ekonomia, Polityka, Mózg, Kosmos, Sztuczna inteligencja). Wydawnictwo Albus gromadzi zaś kolejne gorące tytuły na tematy społeczno-polityczne (Mury, Rewolucje). W zalewie książek non-fiction, Janiszewski i Skorwider to autorzy, którzy w godny pozazdroszczenia sposób nawiązują więź z czytelnikiem. Profesjonalnie przygotowany temat łączą z przystępnym językiem, który nie uderza ani w ton infantylny, ani mentorski, ani też sztucznie kumpelski. Złoty środek jaki osiągają zdaje się być absolutnie nie do podrobienia. 

 "Wirus i inne drobne ustrojstwa" nie ukazał się w serii "To, o czym dorośli ci nie mówią", ale graficznie i koncepcyjnie stanowi jej kontynuację. Mocnym wejściem tego cyklu była "Ekonomia", która trafiła w pustą niszę tematyczną i została ciepło przyjęta przez wielu znajomych chłopców lat około 10. "Wirus" niesie ze sobą atrakcyjność książki "na czasie", ale na tym zalety się nie kończą. Autorzy poszli ciekawą ścieżką. Głównym bohaterem uczynili Piotrka - wirus SARS-CoV-2. Mamy okazję śledzić jego karierę od mutacji zwierzęcej, do spektakularnych sukcesów na polu ludzkich organizmów. Zwarty tekst przeplata się z dowcipnymi, komiksowymi  historyjkami, których bohaterami są spersonifikowane mikroorganizmy i ich lekko surrealistyczne, jednak osadzone na gruncie naukowym, przygody. To właśnie dzięki absurdalnemu poczuciu humoru, uczłowieczenie bohaterów uszło autorom na sucho i nie wyszło infantylnie. Dawka wiedzy podana przystępnie i fachowo zaspokoiła głód zarówno mój jaki i ośmiolatki. Na dodatek nie zdążyłyśmy się znudzić.

 "Mury" Bogusia Janiszewskiego i Maksa Skorwidera były nominowane w kategorii Fakt w Plebiscycie Blogerów - Książka dla niedorosłych LOKOMOTYWA 2019.







7/27/2020

Nolens volens, czyli chcąc nie chcąc


Nolens volens, czyli chcąc nie chcąc. Prawie 100 sentencji łacińskich i kilka greckich, Zuzanna Kisielewska, il. Agata Dudek i Małgorzata Nowak, Wydawnictwo Druganoga 2020.

O łacinie w szkołach mówią ostatnio wszyscy lecz mało kto wspomina o premierze wydawnictwa Druganoga. A szkoda, bo świetna książka mogłaby stanowić niezłą zachętę do nauki nowego przedmiotu. "Nolens volens" to przede wszystkim publikacja bardzo efektowna. Szalona feeria soczystych kolorów wybucha, kiedy egzemplarz bierzemy do ręki. Nie widać tego na elektronicznych wyświetlaczach, ani gazetowych wydrukach. Stając oko w oko z książką, przekonujemy się, że nie sposób się jej oprzeć.

Elegancki szafir, nasycony pomarańcz i świetlista żółć to dość odważny strój dla książki na bardzo klasyczny temat. Kolorystyczne odcięcie idzie w parze z kontrastem treści i formy. To bardzo ciekawe podejście projektowe sprawiło, że książka już na wstępie nabrała lekkości. To ważne, bo temat starożytnych sentencji nie jest bliski współczesnym nastolatkom. Swoją drogą, Zuzanna Kisielewska, autorka książki, zrobiła kawał dobrej roboty, bo zebrane przez nią znane (głównie łacińskie) cytaty okrasiła ciekawym tłem historycznym i kulturowym. Dzięki temu mamy okazję dowiedzieć się dlaczego kości zostały rzucone, komu przysłużyło się odkrycie Archimedesa albo co mieszkańcy Amsterdamu sądzą o sikaniu pod wiatr. W efekcie, napisany lekkim i przystępnym stylem tekst można czytać w sposób ciągły, praktycznie bez zmęczenia, chociaż istnieje również opcja skorzystania z wygodnego indeksu.

To pierwsza tego typu książka na polskim rynku skierowana do młodego odbiorcy, która na dodatek sprawnie przełamuje pokutujący od lat stereotyp, że łacina to język martwy, hermetyczny, a co najważniejsze, nie mający zastosowania współcześnie. Do tej pory z przywracaniem jej do świata żywych doskonale radziła sobie Małgorzata Musierowicz ustami dziadka vel taty Borejko, dzięki temu wiele czytelniczek, zwłaszcza tych dorastających pod koniec XX wieku, kojarzyło sporo łacińskich sentencji. Jednak i ta saga przechodzi już do literackiego lamusa. Dowcipne, często nieco groteskowe rysunki Agaty Dudek i Małgorzaty Nowak znoszą kulturę klasyczną z wysokiego piedestału, czyniąc to z szacunkiem i klasą. Warto podsunąć "Nolens volens" nastolatkom, warto przeczytać samemu. Zakupiona i postawiona na półce nie zniknie pośród innych okładek. Co do tego nie ma wątpliwości.






5/28/2020

Którędy do Yellowstone?


Którędy do Yellowstone? Dzika podróż po parkach narodowych, Aleksandra i Daniel Mizielińscy, Wydawnictwo Dwie Siostry 2020.

Mizielińscy z komiksem nie byli dotąd kojarzeni. Lata dłubania w książkach edukacyjnych musiały ich jednak sprowadzić również na te ścieżki. Komiks i talent autorskiego małżeństwa to mieszanka wybuchowa, która wypaliła. Poznajcie "Którędy do Yellowstone?".

Jeśli kiedykolwiek mieliście problem z przebrnięciem przez pełną informacji i szczegółów książkę non-fiction, witajcie w klubie. Nie każdy ma w sobie wystarczająco dużo cierpliwości i determinacji, żeby przeczytać encyklopedię od deski do deski. Mizielińscy pokonali niemożliwe i "Którędy do Yellowstone?" skończyłam w jeden wieczór. Fabuła osnuta jest wokół podróży po parkach narodowych pary zwierzaków z Puszczy Białowieskiej - wiewiórki Uli i żubra Kuby - w asyście marudnego gołębia Filipa. Katalizatorem wyprawy staje się list od bizonicy Dakoty, która śle zaproszenie do Stanów. Podróż niespodziewanie nabiera tempa, gdy okazuje się, że amerykańskiej kuzynki chwilowo nie ma w domu i trzeba jej szukać aż w dalekich Chinach.

Mizielińscy bardzo wprawnie łączą komiksowe kadry z informacjami przyrodniczo-historycznymi, cały czas nie wychodząc poza przyjętą konwencję. W praktyce oznacza to, że komiks trwa nadal, mimo że raz na jakiś czas historia umyka na boczny tor dygresji i przez chwilę odciąga nas od przygód bohaterów. Jedyny formalny przerywnik stanowią plansze z charakterystyką poszczególnych parków narodowych oraz wyimki z notatnika Uli, w którym znajdują się rysunki charakterystycznych dla danego obszaru gatunków roślin. Co ciekawe, rośliny umieszczone w notatniku w większości przypadków, zachowują skalę jeden do jednego względem autentycznych okazów, przez co jestem w stanie wybaczyć autorom kolejny nieporęczny format książki, który nie mieści się na standardowej półce w biblioteczce.

Plus przyznaję też książce za posuniętą do granic łopatologii przejrzystość wykładu teoretycznego. Jak dowcipnie i obrazowo wyjaśnić mechanikę ruchu słońca i występowania dnia i nocy polarnej, korzystając z pomocy komiksowych dymków i polarnego niedźwiadka? Albo opowiedzieć o rożnych teoriach dotyczących migracji prehistorycznego przodka żubra i bizona? Okazuje się, że z komiksem to żaden kłopot.

Mizielińscy znowu rozbili bank i dam się porąbać na kawałki, że "Którędy do Yellowstone?" w różnych przekładach odbędzie równie satysfakcjonującą podróż dookoła świata jak jej bohaterowie. Mam nadzieję, że autorzy przy tej okazji nie zaprzepaszczą szansy, by książka stała się ambasadorką naszej małej Białowieży. Trzymam kciuki.







4/29/2020

Aaa! Masz w sobie szkielet!


                                                        **Patronat Małej czcionki**

Aaa! Masz w sobie szkielet!, Idan Ben-Barak & Julian Frost, Kinderkulka  2020.

Patronat Małej czcionki nad tym różowym cudem oznacza tylko jedno: bardzo polecam! To już drugi tytuł australijskiego duetu Ben-Barak i Frost, który wydawnictwo Kinderkulka zdecydowało się wydać w Polsce. "Nie liż tej książki!" opowiadało o mikrobach na powierzchni różnych przedmiotów, "Aaa! Masz w sobie szkielet!" to podróż wgłąb naszego ciała.

Pomysł na książkę interaktywną nie jest nowy. Najbardziej jaskrawym przykładem wdrażania całego spektrum różnorakich środków aktywizujących jest oczywiście niezastąpiony Herve Tullet. To myślenie o książce jako o przedmiocie, a nie tylko o mieszaninie tekstu i obrazu jest dla mnie przejawem postmodernistycznego, niesztampowego przekraczania granic. Wychodzenia poza ciasne ramy i pobudzania wyobraźni w takiej sferze, w jakiej książka nigdy dotąd tego nie robiła. Ale to naprawdę działa!

Ben-Barak i Frost przyciągają maluchy najpierw kolorem (sama łapię się na ten różowo-żółto-zielony lep), potem bohaterami, którzy wchodzą w dialog z czytelnikiem (w polskim komiksie, lata temu robił to już Tadeusz Baranowski), a na koniec za pomocą prostych instrukcji, które wywołują w dzieciach poczucie sprawczości. I naprawdę dzieją się cuda! Kto nie ulegnie czarowi prześwietlania ręki, którego efektem są kolorowe grafiki idealnie odwzorowujące szkielet, mięśnie i nerwy ludzkiej dłoni? Całość okraszona jest uroczą historią dwóch ufoludków, którzy przypadkowo lądują na Ziemi, ale bez pomocy czytelników nie mogą sobie poradzić z naprawą awarii w swoim pojeździe.

Autorzy bardzo sprytnie i przystępnie przemycają podstawowe informacje z ludzkiej anatomii, pokazując z jakimi czynnościami nie może poradzić sobie pozbawiona kości i mięśni zielona, kosmiczna galaretka. Otwarcie drzwiczek, popychanie silnika i podnoszenie go w stronę statku kosmicznego to zadania dla najmniejszych. Mnie natomiast urzekła totalnie nietypowa tylna wyklejka ze szczegółową instrukcją, jak wyhodować dodatkową parę rąk. Miejsce i pomysł bezkonkurencyjne. Spróbujemy?


 Tu  kliknij, żeby zajrzeć do środka.

1/13/2020

Mury



Mury, Boguś Janiszewski, il. Max Skorwider, Albus 2019.


Kiedy książka o krzykliwym haśle MURY trafia w ręce indywidualistki, która z zestawienia jednostka - wspólnota niemal zawsze wybierze to pierwsze, musi pojawić się wahanie. Jaką narrację będzie chciał mi sprzedać autor? Czy starczy w niej miejsca na moją autonomiczność?

Potrzebowałam chwili, żeby zdystansować się od prześladującego mnie przeczucia, że autor zaserwuje mi za chwilę lekcję otwartości na moje strachy i fobie, kurs szybkiego wydostawania się ze strefy komfortu, a na koniec wariant wyrzutów sumienia dla niepokornych. Jednak styl narracji dość szybko uświadomił mi, że mogę czytać spokojnie. To było zresztą pierwsze i największe zaskoczenie związane z "Murami": charakterystycznie swobodny, nawet lekko zblazowany język, który nic nie chce sprzedać, ani wkupić  się w niczyje łaski. Dawka wiedzy podana przez dobrego kumpla, który co i rusz mrugnie okiem, jakby chciał zaznaczyć, że nie ma tu miejsca na moralizatorstwo i belferskie lekceważenie. Ta doza zaufania przejawia się również w kredycie zaufania, że czytelnik przychodzi już z pewną bazową wiedzą, którą chce rozwinąć.

Gawędziarska, zdystansowana narracja "Murów" pokazała inne oblicze Bogusia Janiszewskiego niż to zaprezentowane w konkretnej, nieco podręcznikowej serii społeczno-przyrodniczej opublikowanej nakładem Publicatu. Doceniam to, bo w ten sposób autor uniknął przeładowania tekstu informacjami, zostawiając nas z przystępną charakterystyką poszczególnych murów i małą metryczką zawierającą istotne fakty.

W zestawieniu znalazły się różne przykłady fortyfikacji: od starożytnej Troi, poprzez płot Stoczni Gdańskiej, aż do współczesnej granicy amerykańsko-meksykańskiej. Wszystko po to, żeby zadać pytanie o funkcje murów, sposoby ich obalania, a przede wszystkim o ludzkie motywacje, które kryją się za poszczególnymi historiami. W tyglu tych wszystkich namiętności Janiszewski umiał stanąć z boku i za to najbardziej go podziwiam.

Przy wszystkich zaletach, "Mury" nie są lekturą przyjemną i poprawiającą nastrój.  Narysowane zdecydowaną, dynamiczną kreską ilustracje Maxa Skorwidera pogłębiają atmosferę niepewności. Ludzkie twarze, beznamiętne lub wykrzywione grymasem, nie budzą nadziei. Naturalną konsekwencją panujących nastrojów okazuje się "Rewolucja". Czyżby panowie planowali kolejną część serii?






9/18/2019

Ciało. Ty i miliardy twoich mieszkańców



Ciało. Ty i miliardy twoich mieszkańców, Jan Paul Schutten, il. Floor Rieder, tł. Małgorzata Diederen-Woźniak i Iwona Mączka, Wydawnictwo Format 2019.

Ostatnio więcej grzebię w popularnonaukowych pozycjach dla dzieci. Wreszcie doczekałam się w domu przychylnego testera w postaci Najmłodszej, więc z radością korzystam. 

Letnim hitem okazało się "Na dworze" od Dwóch Sióstr, regularnie wracaliśmy też do "Małych atlasów" Pawlaków, aktualnie niestrudzenie brniemy przez "Balticarium". "Ciało" Jana Paula Schuttena spotkało się z ciepłym przyjęciem 7-latki, choć nie przeczytałyśmy go w całości. Zwłaszcza rozdział o prawidłowej pozycji do robienia kupy i inne zagadnienia dotyczące wędrówki jedzenia przez brzuch wzbudziły duże zainteresowanie.  Do lektury całej książki, wrócimy pewnie za rok lub dwa, bo mimo że autor po mistrzowsku przechodzi od konkretu do abstraktu, niektóre konkrety wymagają jeszcze silniejszego osadzenia w wyobraźni pierwszoklasistki.

Schutten ma w ręku ogromny atut: nie jest naukowcem, jest autorem książek dla dzieci. Dzięki temu informacje, które zamieszcza w książce sprawiają wrażenie przepracowanych, podanych w ciekawych kontekstach i skojarzeniach. Ponadto, mimo dość gęstego podziału na rozdziały i podrozdziały (te zwłaszcza opatrzone chwytliwymi tytułami), całość dobrze się czyta ciągiem. Nie sposób przecenić tu wprawnego przekładu. "Ciało", mimo nagromadzenia specyficznej naukowej terminologii, naprawdę brzmi lekko i przyswajalnie.

Co ciekawe, odkrywam w tej książce dysonans między jej przystępną treścią a bardzo eleganckim i budzącym respekt projektem wizualnym. Ryciny wykonane przez Floor Rieder wprawdzie tylko na pierwszy rzut oka są poważne, a po bliższym poznaniu okazują się dowcipne i stworzone z dystansem, ale już choćby grzbiet pokryty imitującą tkaninę okładziną z wybitymi na niej złotymi literami, mówi: "jestem książką z wyższej półki". W sumie czytelnik może się poczuć wystrychnięty na dudka albo w bardziej optymistycznej wersji nobilitowany do rangi znawcy tematu, naukowca sięgającego po specjalistyczną literaturę. Ale o tym dowie się dopiero po przeczytaniu "Ciała".

Są takie książki non-fiction dla dzieci, które tworzą prawdziwą barierę: krzyczą kolorami, rozrzucając tekst w nieharmonijny sposób po stronie, posługują się hermetycznym językiem albo nadmiernie infantylizują. "Ciało" na szczęście tylko straszy. Jest ciekawsze od podręcznika do przyrody i z pewnością lepiej niż podręcznik pozwala zapamiętać informacje. A że przy okazji można się pośmiać, to dodatkowy atut. Więcej o endorfinach na stronie 123. ;)







7/27/2019

Na dworze


Na dworze. Przewodnik dla odkrywców przyrody, Maria Ana Peixe Dias, Inês Teixeira do Rosário, il. Bernardo P. Carvalho, tł. Tomasz Pindel, adapt. Mikołaj Golachowski, Dwie Siostry 2019.

Od miesiąca wertujemy z Sadzonką "Na dworze". Czytamy, sprawdzamy, najgorętsze niusy przekazujemy dalej innym członkom rodziny. Mam wrażenie, że książka trafiła na odpowiedni moment i nie mam tu jedynie na myśli letniej pory. Narracja jest idealnie skrojona na potrzeby siedmiolatki, a może to siedmiolatka jest wymarzonym konsumentem tak pomyślanej książki.

Elegancka materiałowa oklejka, matowy papier, niebieska wyklejka z przodu, pomarańczowa z tyłu, perfekcyjnie dobrana niebieska kapitałka i utrzymane w tej samej, naprzemiennej kolorystyce rysunki. Przyjemny retro-klimat książki dobrze komponuje się z nowocześnie zaprojektowaną treścią i bardzo przystępną narracją. Nie sposób nie powiedzieć tego już na samym wstępie: "Na dworze" mimo swej objętości (ponad 300 stron), "niekolorowych" ilustracji i zaawansowanej informacyjnie treści, nie przestaje być ani na moment książką przystępną dla kilkulatka.

Autorki obierają ciekawą strategię wspólnego odkrywania przyrody. Bezpośrednie zwroty do czytelnika, porady i wskazówki, liczne rysunki ilustrujące przykłady, ciekawe anegdoty, a wreszcie podpowiedzi atrakcyjnych aktywności czynią z "Na dworze" prawdziwy przewodnik. Dzięki takiej formule, znalezione w lesie piórko szybko zidentyfikowałyśmy jako lotkę z ogona i pozbyłyśmy się wątpliwości, czy nie jest to przypadkiem element skrzydła. Wyeliminowałyśmy również w naszym ogrodzie gałęzie, które nie nadają się do powieszenia huśtawki. Faktem jest, że "Na dworze" gromadzi przede wszystkim informacje przydatne: jak i gdzie przygotować domek dla ptaków, jakie płazy żyją w Polsce i jak je odróżnić, ciekawe: kto jeszcze może mieszkać w mrowisku, z czego robi się korki do butelek i niezbędne: czym są i jak rozpoznać fazy księżyca.

Polskie akcenty to efekt doskonałej współpracy Wydawnictwa Dwie Siostry i portugalskiego wydawcy - Planeta Tangerina. Niemała praca została włożona w to, by polski czytelnik ani na chwilę nie odczuł, że książka pierwotnie opowiadała o środowisku naturalnym innego rejonu świata. I choć pojawiają się również informacje spoza naszego podwórka, zawsze są one opatrzone odpowiednim komentarzem. Zresztą już pobieżne przewertowanie Sieci potwierdziło moje przypuszczenie, że nie tylko polska edycja, ale na przykład również brytyjska doczekała się adaptacji zgodnych ze środowiskiem przyrodniczym regionu. Zmiany są na tyle daleko posunięte, że w polskim wydaniu znajdziemy na przykład dorysowany przez portugalskiego ilustratora liść klonu zwyczajnego, owoce jarzębiny a nawet rodzime motyle na kolorowych planszach w środku książki. Zmiany odnoszą się również do całych fragmentów tekstu, opowiadających o polskich regionach, ciekawych miejscach, pomnikach przyrody i specyfice środowiska. Wydawca zadbał również o docenienie różnorodności języka, wypuszczając na rynek małopolski egzemplarze opatrzone banderolą z tytułem: "Na polu".

Adaptacja naprawdę robi wrażenie i wydaje się być ewenementem na rynku dziecięcego non-ficition. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że sama w sobie stanowi wartość i jest świadectwem ogromnej dbałości. Biorąc również pod uwagę bardzo liczne nagrody przyznane przez międzynarodowe gremia, w tym prestiżową Bologna Ragazzi "Opera Prima" Award, jest to książka, której nie powinno zabraknąć w roli towarzysza rodzinnych wypraw i spacerów.

wersja polska


wersja brytyjska

wersja polska

wersja brytyjska

wersja portugalska



6/03/2019

Słoń


Słoń, Jenni Desmond, tł. Anna Błasiak, Łajka 2019.

Już dobrych kilka lat temu zasmakowaliśmy w zwierzęcej serii Jenni Desmond o gatunkach zagrożonych, czytając "Płetwala Błękitnego". W międzyczasie pojawił się jeszcze "Niedźwiedź polarny", a ostatnio "Słoń". I znowu powraca chłopiec w koronie, a wraz z nim nieodłączne skojarzenie z Sendakiem i jego wszechwładnym Maksem.

Siadam do recenzji kolejnego tytułu Jenni Desmond z pewnym onieśmieleniem. Czuję, że z trudem obejmuję fenomen jej książek i wciąż buzuję emocjami, które wywołują u mnie, a chyba jeszcze bardziej u siedmioletniej Sadzonki. Następny tytuł autorki nie wnosi nic nowego do samej koncepcji serii. Jeszcze raz dostajemy do rąk książkę non fiction, która świetnie przefiltrowuje informacje, zostawiając małego i dużego czytelnika z akuratną dawką wiedzą. Jenni Desmond myśli wizualnie, co widać w jej rysunkach bazujących na skojarzeniach i porównaniach, ale oprócz tego, umie znaleźć klucz, dzięki któremu tekst również nabiera plastyczności i dobrze się go słucha i czyta. Po raz kolejny mamy do czynienia z książką, której bohater jak u Sendaka w "Tam gdzie żyją dzikie stwory", być może za sprawą czarodziejskiej korony, wchodzi do świata swojej wyobraźni i niespodziewanie staje się jego współbohaterem.

Ta wtórność pomysłu nie jest jednak nużąca. Ciągle jestem pod ogromnym wrażeniem, jak subtelnie autorka potrafi połączyć obie przestrzenie i ukradkiem wpuścić chłopca tam, gdzie przynależy wyłącznie na prawach czytelnika, podobnie jak my wszyscy czytający "Słonia", w zaciszu swojego pokoju. Pod tym względem nie przypomina on Maksa z książki Sendaka. Jego korona wycięta z milimetrowego papieru, nie ciąży mu jak poprzednikowi, nie sprawia, że mieszkańcy świata, do którego wkracza, czynią go jednym z nich. Tak jak my jest niestrudzonym obserwatorem, czasem naśladowcą, ale przede wszystkim fascynatem, którego słoniowa pasja, manifestuje się również w rzeczach, które go otaczają.









10/25/2018

Kto ty jesteś?


Kto ty jesteś?, Joanna Olech, il. Edgar Bąk, WYtwórnia 2013.

Pamiętam dobrze rok 2013 i Warszawskie Targi Książki na Narodowym. Sympatyczna pani ze stoiska Wytwórni zaprosiła moją 10-letnią wówczas córkę do obejrzenia premierowej wystawy plansz z książki "Kto ty jesteś?". Młoda ruszyła między stojaki, po czym po niedługiej chwili wróciła wyjątkowo czymś poirytowana: "Jak to patriotyzm nie ma koloru?". Rzuciła zdegustowana i nie czekając ani chwili, opuściła stoisko wydawcy.

Reakcja Najstarszej dała mi wtedy sporo do myślenia. Perspektywa patriotyczna w jakiej wychowywaliśmy ją my i katolicka szkoła była cierpiętniczo-martyrologiczna, jak to ujęła w notce okładkowej sama Joanna Olech, jednak nie wykluczała wielu bardzo prospołecznych aktywności, które wychodziły daleko poza ramy sprzątania po psie czy nieniszczenia zieleni. Moja przedsiębiorcza, wrażliwa i otwarta 10-latka była również świadomą swojej historii, dumną Polką.

Patrząc na "Kto ty jesteś?" Joanny Olech i Edgara Bąka z czasem co raz silniej uświadamiam sobie, że jest to książka, która w niepotrzebny sposób konfrontuje patriotyzm pamięci, powiewający flagami i śpiewający "Warszawiankę", ze zwykłym, codziennym dbaniem o siebie, innych i otoczenie. Ta konfrontacja zaczyna się już na pierwszej planszy. Innej niż pozostałe, bo nie spointowanej pojawiającym się na pozostałych stronach refrenem: "jestem patriotką/patriotą". Stanowiącej jakby założenie nie wymagające dowodów. "Patriotyzm nie ma koloru". Założenie skądinąd prowokacyjne, mogące zaskoczyć, zaciekawić, zranić, zastanowić, wywołać uśmiech albo uniesienie brwi, ale nieprawdziwe.  Patriotyzm nie ma JEDNEGO koloru. Ma ich wiele. Dla każdego inny, zależny z oczywistych względów od miejsca zamieszkania, pochodzenia, ale również od tak prozaicznych kwestii jak wiek, tożsamość społeczna czy wykształcenie. Odbieranie patriotyzmowi koloru spłaszcza go i niepotrzebnie buduje granice, które w założeniu "obywatelska" książka, ambitnie nakreślająca nowe, współczesne ramy patriotyzmu, powinna niwelować. Otwierając "Kto ty jesteś?" i oprotestowując wstępną tezę od razu czuję się ustawiona po przeciwnej stronie barykady.

Wbrew założeniom autorów, "Kto ty jesteś?", ze swoim uniwersalistycznym przesłaniem i pięknym minimalistycznym designem nie jest moim zdaniem książką, która stanowi wyczerpującą alternatywę dla myślenia o patriotyzmie, zaproponowanego 118 lat temu w "Katechizmie polskiego dziecka" przez Władysława Bełzę. Wyeliminowanie kwestii narodowych, zwłaszcza dziś, w świecie zdominowanym przez problem uchodźstwa, krwawiącym ranami opuszczonych ojczyzn, przypomina zamknięcie oczu przez małe dziecko, chcące bawić się w chowanego. Zredukowanie patriotyzmu do kwestii życia codziennego to ślepy zaułek. Jeżeli słowo ojczyzna nie będzie wywoływać w dzieciach żadnych skojarzeń, jak uda im się zrozumieć skomplikowane uczucia jakie towarzyszą problemom ludzi z obszarów ogarniętych konfliktami. Gdzie podziać tęsknotę ukraińskich dzieci, które w polskich podstawówkach próbują znaleźć akceptację? Jak dla odmiany pokazać polskim dzieciom drogę wsparcia dla przybywających z różnych stron świata nowych kolegów i koleżanek, jeśli patriotyzm ograniczymy do kasowania biletu i chodzenia na wybory?

Wydaje się, że autorzy "Kto ty jesteś?" nie do końca umieją  lub chcą zdefiniować swojego odbiorcę.  Z jednej strony stawiają na uniwersalność, jakby mieli zamiar stworzyć książkę dla szerokiego grona odbiorców, nie tylko dla polskich dzieci, z drugiej  niespodziewanie nawiązują do narodowych aspektów - języka polskiego i polskiego hymnu. Mimo to ani razu nie pada słowo Polska. Tak jakby tylko polskość w obszarze języka i kultury otrzymała specjalny glejt.

Nie niszczę książek. Jestem patriotką. Ale na potrzeby własne i moich lubiących "cierpiętniczo-martyrologiczne" klimaty dzieci, chętnie pozbawiłabym ją jednej strony. Tylko jednej.