Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poznaj świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poznaj świat. Pokaż wszystkie posty

3/30/2022

Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci

 Brittanica. Nowa encyklopedia dla dzieci, opr. Christopher Lloyd, tekst: Michael Bright, John Farndon, Jacob F. Field, Abigail Mitchell, Cynthia O'Brien, Jonathan O'Callaghan, il. Marc Ruffle, Jack Tite, tł. Anna Bereś, Kropka 2021.

8 sekcji tematycznych, 424 strony i prawie 2 kilogramy wiedzy. Zwykle jestem sceptyczna wobec takich encyklopedii. Tym razem mam poczucie, że ten pokaźny zespół specjalistów odwalił naprawdę niezłą robotę.

Co mnie zwykle drażni w encyklopediach obrazkowych? Chaos. Feeria kolorów, pomieszane kroje pisma, brak strategii doboru informacji i wizualnego połączenia elementów strony. W efekcie nawet dorosły, co dopiero dziecko, męczy się po krótkiej chwili i traci zainteresowanie tematem. Tymczasem między klasyczną encyklopedią PWN a pseudo wydaniami à la lata 90. jest jeszcze spora przestrzeń.

 Chwała Christopherowi Lloydowi, że udało mu się spiąć w całość pracę sześciu autorów i dwóch ilustratorów tak, że nie widać szwów. Mark Ruffle i Jack Tite zjedli zęby na rysowaniu książek non fiction dla dzieci i dobrze czują ten styl. Rysunki są standardowe, ale przez to nie odciągają uwagi od meritum, czyli treści, typowo ilustrują i o to przecież chodzi. Infografiki utrzymane w tym samym stylu nie zaburzają graficznej równowagi, a zdjęcia, często zintegrowane z tekstem, nie przytłaczają. Zespół grafików wydawnictwa What on Earth spisał się na medal.

Książka pomyślana jest jako zbiór niezależnych sekcji, uporządkowanych logicznie w całość: od początków wszechświata do technologii przyszłości. Każda z nich skupia się na węższych tematach, zajmujących przestrzeń jednej rozkładówki. W finale sekcji można się sprawdzić, rozwiązując quiz, składający się z kilkunastu przystępnie sformułowanych pytań.

Przystępność to zresztą atut "Britanniki" na każdym poziomie. Książka nie ma ambicji szczegółowego omawiania zagadnień, chociaż zważając na objętość robi to wystarczająco wnikliwie. Pozostawia jednak czytelnika z odrobinę niezaspokojoną ciekawością i różnymi ścieżkami, którymi można podążać w dalszych poszukiwaniach. Indeks na końcu pomaga odszukać kluczowe hasła, a odnośniki na parzystych stronach, kierują do kolejnych stron, rozszerzających wiedzę z danego tematu.

"Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci" otrzymała nominację w Plebiscycie blogerów - Książka dla niedorosłych Lokomotywa 2021 w kategorii FAKT.







 

6/23/2021

Fikamy po Szczecinie

 

Fikamy po Szczecinie, koncepcja i realizacja: Małgorzata Narożna, il. Aleksandra Szwajda, Fika 2021.

 "Fikamy po Szczecinie" to projekt, który stworzyła Małgosia Narożna, właścicielka szczecińskiej księgarni kameralnej Fika i lokalna przewodniczka. Wyszukiwanka, przewodnik, kartonówka z zadaniami - przypomina mi jako żywo serię "znam to miasto" autorstwa Judith Drews, wydaną przez Zakamarki.

Nigdy nie byłam w Szczecinie, więc do książki podeszłam zadaniowo. Najpierw porządnie obejrzałam mapkę na pierwszej rozkładówce, próbując zorientować się w topografii miasta. Następnie spróbowałam zlokalizować na planie budynek z drugiej rozkładówki. Podpowiedź sugerowała Akademię Morską, Muzeum Narodowe w Szczecinie lub Wały Chrobrego. Z pomocą Internetu trafnie zidentyfikowałam punkt startu. Wyruszyłam.

9-latka dla odmiany poszła na żywioł. Byłam zaskoczona, choć właściwie nie powinnam. Uważnie przejrzała strony i przeszła do pracy z zadaniami. Gdyby była na miejscu, pewnie od razu ruszyłaby w miasto szukać charakterystycznych punktów, a potem siedząc na ławce jechałaby palcem przez parkowy labirynt albo rozpoznawała gatunki drzew.

Książka ma do zaproponowania różne ścieżki czytania, w zależności od upodobań, stylu zwiedzania i wieku. Nawet jeśli nie opuścisz fotela, masz szansę nauczyć się rozróżniać charakterystyczne bryły budynków i poznasz ich lokalizację. Brak tekstu wyklucza zagłębianie się w szczegóły. Fikanie po Szczecinie oznacza spacer, odkrywanie, tropienie, śledzenie, szpiegowanie. Gdzie stoi pomnik Mickiewicza a gdzie Sokratesa? Dokąd da się dojechać tramwajem? Czy w Szczecinie jest jakiś zamek? 

Ale miasto to także ludzie. Na kartach książki jest ich mnóstwo. To kolejny etap tropienia, klasycznie wyszukiwankowy. Tropić można także mewę, która pojawia się na każdej stronie i jest patronką trasy, którą idziemy w pierwszym z sześciu planowanych tomów "Fikania". Ta książka to także okazja do przedstawienia się dla kilku lokalnych przewodników. Można ich poznać z imienia i nazwiska, a kiedyś może zaprosić na wspólny spacer po Szczecinie?

Jestem pod wrażeniem spójnej i przemyślanej koncepcji książki, która podążając od szczegółu do ogółu (obiekt - mapa), ma dla czytelników swój plan wędrówki, ale jednocześnie pozwala się od niego oderwać i pójść własną drogą. Rysunki Aleksandry Szwajdy, w stonowanych, naturalnych kolorach, nie przytłaczają i pozwalają snuć swoją własną, niespieszną opowieść o mieście.




9/28/2018

Koziołki, rury i czarcie ogony


Koziołki, rury i czarcie ogony, Małgorzata Swędrowska, il. Joanna Bartosik, Centrum Turystyki Kulturowej Trakt 2018.
www.szlaklegend.pl

Śmiesznie jest z tą książką, bo niby jest, ale tak jakby jej nie było.  Papierowa wersja leży u mnie i pewnie jeszcze w paru innych miejscach, ale nie można jej kupić. Istnieje wirtualnie na witrynie Poznańskiego Szlaku Legend Dla Dzieci. Bo właściwie nie o książkę tu chodzi, ale o zwiedzanie.

Szlak legend to zwycięski projekt zeszłorocznej edycji Budżetu Obywatelskiego. Celem rojektu była promocja miejsc na mapie Poznania, związanych z miejskimi legendami. Na terenie Starego Miasta wytyczony został szlak, który można przemierzać korzystają z folderu zawierającego mapkę i zadania. Na kolejnych przystankach trasy należy przeczytać lub odsłuchać odpowiednią legendę, a potem rozwiązać zagadkę zamieszczoną w folderze, a odgadnięte hasło wpisać w kratki. Legendy zostały wybrane specjalnie tak, żeby dotyczyły tylko miejsc znajdujących się w obrębie Starówki. Dziesięć legend i dziesięć zagadek do rozwiązania.

Opracowaniem graficznym projektu zajęła się znana rysowniczka Joanna Bartosik. Lekki i dowcipny styl artystki świetnie zrównoważył tradycyjną formę literacką. Szlak prowadzi od opowieści o Lechu, Czechu i Rusie, poprzez historię krzyża z Chwaliszewa i wielkiej powodzi, pochodzenia rogali świętomarcińskich i poznańskich rur, czyli tradycyjnych ciastek w kształcie dachówki. Autorka książki, Małgorzata Swędrowska, przywołuje oczywiście znaną legendę o koziołka, ale również te mniej znane: o królu kruków, czy o diabłach, które chciały zatopić Poznań. Idąc szlakiem zwiedzimy Chwaliszewo, obejrzymy Mury Miejskie, barokową Farę, ratusz i Górę Przemysława. Zwiedzanie zakończymy pod nowoczesną Fontanną Wolności.

Nagrodą za znalezienie odpowiedzi na wszystkie pytania jest odczytanie końcowego hasła. Nagrodą za przejście całej trasy, poznanie fascynującej tradycji Poznania.








5/21/2018

Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy



Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy, Justyna Styszyńska, Widnokrąg 2018.

Justyna Styszyńska ma w mojej świadomości status polskiego Erica Carle'a: barwne plamy z wyraźną strukturą pędzla, brak widocznych kresek i przewaga zwierzęcych bohaterów. Przyznam, że po premierze  pierwszej części "zwykłych-niezwykłych mieszkańców" miałam z tym podobieństwem niemały problem.

Autorka najbardziej rozpoznawana jest właśnie dzięki tej krajobrazowej serii, choć od pewnego czasu, równolegle, rozwija drugą, poświęconą znanym postaciom świata nauki i kultury - "Idol". Nie jestem specjalną fanką idolowej serii. Wolę Styszyńską w przyrodniczej odsłonie, a patrząc na jej prace, odnoszę wrażenie, że i sama artystka czuje się w tej tematyce bardziej swobodnie.

Zaskakuje już sama architektura książki. Forma kołonotatnika, z dwoma  szerokimi skrzydełkami pozwala bardzo ergonomicznie przeskakiwać ze stron, do arkuszy naklejek zlokalizowanych na końcu bloku. Układ jest tak dobrze przemyślany, że ani razu nie przyszło nam do głowy wyrywać strony z naklejkami, żeby ułatwić sobie pracę. Prosta rzecz, a wyraźnie wpływa na postrzeganie książki w perspektywie innych zeszytów z zadaniami.


Pomijając niewątpliwe artystyczne walory "zwykłych-niezwykłych mieszkańców", szalenie przypadł mi do gustu sam pomysł na książkę popularnonaukową, która pozostawia dziecku mnóstwo przestrzeni do naukowej eksploracji. Bardzo często borykamy się w tym segmencie literatury z problemem książki przeładowanej informacjami. Pojawiają się narzekania, że dzieci nie chcą sięgać po pozycje non-ficion, choć ich oferta jest co raz bardziej konkurencyjna i ciekawa z punktu widzenia dorosłego. Książki przeładowane informacjami, graficznie bogate, wykorzystujące cały potencjał strony, dla przebodźcowanego pokolenia kilkulatków okazują się nie do przebrnięcia. Styszyńska robi coś innego. Proponuje bardzo mało tekstu, wprowadza kilka nowych, kluczowych słów i daje czytelnikom do dyspozycji naklejki, przeważnie z częściami ciała zwierząt, do używania w dowolny sposób. Można posłużyć się nimi tradycyjnie i ułożyć istniejący gatunek lub stworzyć coś zupełnie nowego. Praktycznie cała przestrzeń książki jest do swobodnego wyklejania. Wolność wyboru budzi twórczy zapał i działa bardzo oczyszczająco.

Moje początkowe wątpliwości związane z uderzającym podobieństwem do stylu ikony amerykańskiej książki obrazkowej, Erica Carle'a, już dawno rozwiały się we mgle niepamięci. Co więcej, dostrzegam przewagę Styszyńskiej, która w swych pracach odwzorowuje autentyczne zwierzęta a nie ich baśniowe odpowiedniki. Kibicuję serii i czekam na jej debiut za granicą. Zdecydowanie na niego zasługuje.











4/11/2018

Ja, Jonasz i cała reszta


Ja, Jonasz i cała reszta, Anti Saar, il. Alvar Jaakson, tł. Anna Michalczuk, Wydawnictwo Widnokrąg 2018.


Nie pamiętam kiedy ostatnio spotkałam się z tak żywymi i spontanicznymi wybuchami śmiechu podczas czytania książki Sadzonce. Śmiechu, który co lepsze udziela się również czytającemu dorosłemu. 

Anti Saar proponuje czytelnikom odwiedziny w estońskiej rodzinie, żeby dowiedzieć się "jak się u nas robi" przeróżne rzeczy. Lekka konwencja pamiętnika przedszkolaka, zgrabnie imituje monolog kilkulatka, ale w bardzo kontrolowany sposób pozostaje w granicach języka literackiego. Efekt przerósł oczekiwania, bo pewnie nie raz spotkaliście się już pewnie z nieudolnymi autorskimi próbami wejścia w buty małego dziecka, które kończyły się kompletnym fiaskiem. Na szczęście książka ma w zanadrzu coś więcej niż tylko udaną komedię pomyłek, która sprawia, że niektóre fragmenty bez żadnych dyskusji trzeba koniecznie przeczytać dwa razy, bo przecież przeczytanie raz będzie ogromną stratą dla tak udanego żartu.

"Ja, Jonasz i cała reszta" stała się pretekstem do opowiedzenia dzieciom o Estonii, ale bynajmniej nie o zabytkach i historii, ale o byciu estońskim dzieckiem. W praktyce mamy okazję posłuchać trochę o estońskiej rodzinie, co robi w wolnym czasie, jak dzieli się obowiązkami, jak żyje z sąsiadami, je, podróżuje, świętuje Adwent. To pewnie kwestia dość bliskiego sąsiedztwa i podobnych kolei powojennej historii, że w Tallinie dzieci żyją w sumie podobnie jak w Polsce. Autorzy poszerzają jednak nieco perspektywę umieszczając co jakiś czas kody QR odnoszące do zdjęć lub stron o Estonii. Mam często problem z takimi odnośnikami, bo nie lubię przerywać czytania. Sięganie po telefon, skanowanie kodu i oglądanie lub czytanie treści w telefonie często wyrywało nas z toku fabuły, dlatego nie zawsze korzystaliśmy z napotkanych kwadracików. Efekt pracy autorów to fabularyzowana książka non-fiction o bardzo nienarzucającej się formule. Pozwala uzupełniać informacje w swobodny sposób i naprawdę daje się lubić.

Na koniec słowo o warstwie graficznej, która też łamie konwencję, bowiem czarno-biało-pomarańczowe rysunki można sobie... pokolorować. Sadzonka chyba nie uwierzyła, bo najpierw pojawiła się na jej czole charakterystyczna zmarszczka zdziwienia, potem dwa razy spytała czy na pewno, a na koniec zostawiła obrazki w spokoju, bo przecież nie rysuje się po książkach.









6/26/2014

Wind-up Bus

Wind-up Bus
Usborne House 2013
Znacie to? Przychodzicie z dzieckiem do biblioteki a ono chce wybrać samo. Z Sadzonką jest łatwiej. Ostatnio bez problemu zgodziła się na podmiankę "czegoś" co wyjęła ze skrzynki, na "Pana Maluśkiewicza". Ze starszymi bywa trudniej. U nas uwaga skoncentrowana jest przeważnie na komiksach Giganta - to Najstarsza i Bobie Budowniczym - to oczywiście Tomek. W księgarni zwykle szukamy kompromisów, bo w grę wchodzą już konkretne kwoty.

W wyniku takiego kompromisu na półce Tomka stanął "Wind-up Bus". Zwykle nie kupujemy książek zabawek, zgodnie z zasadą, że lepsze jest wrogiem dobrego: dodatkowe puzzle się gubią, baterie wysiadają, wypadają magnesowe obrazki i książka trafia do kąta. "Wind-up Bus" nie wyróżnia się na tym tle, ale jest na pewno ciekawą alternatywą dla wysłużonych londyńskich breloczków z autobusem, taksówką lub budką telefoniczną. To typowa pamiątka z podróży o nieco bibliofilskim zabarwieniu. Mamy więc duży format (31 x 24 cm), gruby karton, cztery rozkładówki z charakterystycznymi punktami miasta oraz nakręcany autobusik, który porusza się po krętej trasie. Na dodatek każda z czterech tras stanowi duży puzzel, który można wyjąć i połączyć w całość na podłodze, tworząc pokaźnych rozmiarów tor. Angielskiego tu niewiele, czytania jak na lekarstwo, ale cieszy oko jako przyjemna książka obrazkowa, tym razem tylko do oglądania i zabawy, oraz kolorowe repetytorium z podstawowych wiadomości o Londynie. Przyznam, że takie gadżeciarskie publikacje o miastach z czysto pragmatyczno-promocyjnych pobudek, chętnie zobaczyłabym również w polskim wydaniu, zwłaszcza u progu wakacji. A skoro już o nich mowa, życzymy Wam ciekawych książkowych odkryć, ale przede wszystkim dużo odpoczynku i radości.


6/10/2014

Pojazdy i nie tylko


Pojazdy i nie tylko
Z notatnika młodego podróżnika
Katarzyna Węgierek
il. Ryszard Niedzielski
Widnokrąg 2011
Z Najstarszą to było prosto. Każdy zeszyt do bazgrania, rysowania, kolorowania wzbudzał entuzjazm, intrygował. Pojawiał się w domu z perspektywą rychłego wykorzystania, w sposób do tego celu przeznaczony albo niekoniecznie. W ruch szły kredki i flamastry, rogi już za chwilę wykręcały się w artystycznych zawijasach, a marginesy upstrzone zostawały przypadkowymi bazgrołami.

Tomek nie daje się łatwo porwać plastycznej twórczości. O wiele bardziej od kolorowania, woli strugać patyki, stawiać budowle ze znalezionych na działce deseczek, sadzić rośliny i doglądać porządku w drewutni. Ma swój świat, zwykle bardzo daleki od tego, tworzonego na kartce papieru. Słowem-wytrychem, którym można do niego trafić bez przeszkód, jest "projekt". Pod wpływem natchnienia potrafi narysować schemat instalacji w wymyślonym przez siebie budynku albo poszczególne etapy powstawania elewacji. Robi to jeszcze niezdarnie, pokonując swoją dziecięcą nieporadność, szaloną fantazją i determinacją.

Lubi, kiedy książki traktują jego pasję poważnie, co niestety na obecnym etapie bywa bardzo trudne. Jego biblią od lat pozostaje "Uwaga, budowa!" i skrupulatnie kolekcjonowane zeszyty z serii "Mam przyjaciela". W internetowej księgarni z fascynacją przegląda obcojęzyczne poradniki dla studentów architektury, czując w sobie potencjał do wypełnienia zbyt trudnych jeszcze ćwiczeń.

"Pojazdy i nie tylko" czekały na niego ponad dwa lata, od momentu kiedy pierwszy raz wypatrzyłam je w księgarni. Są rodzajem notatnika z wyprawy, pisanym przez chłopca odwiedzającego ze swoimi rodzicami różne zakątki świata. Tradycyjna forma pamiętnika z podróży została przełamana nietypowym ujęciem tematu, bowiem każdy rozdział dotyczy pojazdu charakterystycznego dla danego państwa. Ciekawe opowieści uzupełniają szczegółowe rysunki i schematy, które można samodzielnie dokończyć, uzupełnić lub naszkicować w zaproponowany przez autorów sposób, najczęściej wyłącznie z użyciem ołówka i gumki. W tej chwili nadal są to zadania trochę na wyrost, ale zawsze wolę stawiać poprzeczkę nieco wyżej, zwłaszcza że w warstwie tekstowej książka nie nastręcza trudności sześcioipółlatkowi.

Miło jest przeglądać "Pojazdy i nie tylko", bo pomimo że zgromadzono tu naprawdę sporo informacji, nie przytłaczają formą jak wiele publikacji popularnonaukowych skierowanych do dzieci. Mam alergię na dziecięcą pstrokaciznę, która ku mojemu rozczarowaniu nadal święci triumfy, często jako wyraz najwyższego stopnia nowoczesności. Poprzez zaburzoną organizację tekstu, niejedna książka staje się nieczytelna i trudna w odbiorze. Tutaj piękne szkice pojazdów wykonane przez Ryszarda Niedzielskiego tworzą niepowtarzalny klimat, przenosząc czytelnika w najdalsze rejony świata. Na razie tylko jadąc palcem po załączonej mapce.




2/22/2014

Oto jest Londyn

Oto jest Londyn
Miroslav Šašek
Wydawnictwo Dwie Siostry 2014

Niewiele brakowało, a nowy tom bestsellerowej serii Miroslava Šaška nie zdążyłby na wtorkowy poranny lot do Londynu. Przekładana od kilku miesięcy premiera "Oto jest Londyn" wciąż nie dawała pewności, że nasz egzemplarz zdoła dotrzeć do nas przed feryjnym wyjazdem. Mieliśmy jednak dużo szczęścia, bo dokładnie dzień wcześniej dostawa świeżych jak bułeczki "Šašków" zawitała do naszej księgarni.

Atmosfera miasta, które autor ponad 50 lat temu uwiecznił na kartach książki, praktycznie nie istnieje. Długa errata do książki pokazuje, że zmianie uległ nie tylko nastrój, ale również miejsca straciły swe poprzednie znaczenie. Londyn zmienia się po cichu, być może niezauważalnie dla stałych mieszkańców, ale dłuższe okresy nieobecności bardzo wyraźnie dają odczuć te zmiany. Na próżno szukać mieszczańskiej atmosfery obecnej w książce sprzed półwiecza, nie ma panów w melonikach, ani bileterów na stacji metra. Pozostały wprawdzie kolejki do autobusów, ale stare Routemastery, zostały zastąpione przez nowoczesne wehikuły, do których wsiada się wejściem od strony kierowcy. No i nadal mali londyńczycy, mimo lutowego chłodu, biegają po placu zabaw w krótkich spodenkach, a Big Ben i monumentalna Katedra św. Pawła wciąż stanowią dominantę stołecznego krajobrazu, chociaż coraz skuteczniej wypierają je szklane wysokościowce o nowoczesnej architekturze.



zabytkowy wagon metra w londyńskim muzeum transportu
Oczywiście przesadzam mówiąc, że Londynu z książki nie można już znaleźć. Najlepszym na to dowodem są załączone obok zdjęcia. Londyńczycy na szczęście pielęgnują tradycje swojego miasta. Nasza reprezentacja, podczas zwiedzania Tower Bridge natknęła się przypadkowo na znajomo wyglądający plakat (patrz wyżej), zaproszenie na wystawę zaprezentowaną w zabytkowych wnętrzach mostu. Można więc przypuszczać, że sami główni zainteresowani nadal uznają "Oto jest Londyn" Šaška za ważny punkt odniesienia, którym warto pochwalić się przyjezdnym i którego przejawy na szczęście wciąż da się odkrywać na ulicach tego pięknego miasta.



"Oto jest Londyn" w porównaniu z opowieścią o Paryżu zarzuca nas większą liczbą informacji, które utrudniają czytanie książki z młodszymi dziećmi. Trzeba wykazać się wyczuciem i uwagą, żeby dawkować wiadomości zależnie od percepcji, nastroju i ciekawości. Mimo wszystko warto wziąć "Oto jest Londyn" w podróż albo po prostu mieć pod ręką w trakcie czytania "Paddingtona" czy "Mary Poppins". Na pewno się przyda.




wystawa "This is London" w Tower Bridge



8/17/2013

Oto jest Paryż

„Oto jest Paryż”
Miroslav Šašek
Wydawnictwo Dwie Siostry 2013

















Ktoś w sieci zareklamował „Oto jest Paryż” jako album zamiast podróży. Sprytne, bo przecież zamiast podróży oznacza, że w każdej chwili: po powrocie, przed wyjazdem, przed snem, po spacerze, dla tych, którzy byli, będą albo Paryża nigdy nie zobaczą. Przed nami miejmy nadzieję kilkanaście spotkań z miejską serią Šaška, a ja od podróży wolę głęboki fotel i podróżniczą książkę na kolanach. No dobrze, Paryż widziałam i mogę go skonfrontować z książkową wersją, czy to jednak oznacza, że odpowiednia liczba stempelków w paszporcie jest konieczna do polubienia tej serii?
„Oto jest Paryż” to książka na wskroś magiczna. Przeglądam ją kolejny raz i nadal nie mogę oderwać oczu. Jej siła tkwi we wspaniałej kresce Šaška, to po pierwsze i najważniejsze oraz lekkim, żartobliwym ujęciu tematu, dzięki któremu czytelnik nie zostaje przytłoczony nadmiarem informacji. Jest raczej jak album, pokazuje różne ujęcia niczym w obiektywie dobrego fotografa. Moje dzieci przyrównały styl ilustracji autora do polskich mistrzów: Stannego i Pokory.

Zamiast mapy dostajemy obrazek Paryża z lotu ptaka. Na nim tylko pięć wyraźnych elementów. Niby nic, a wszystko już wiemy. Gdzie leży Łuk Triumfalny, katedra Notre Dame oraz Sacre Coeur i jak całość spina swoją wstęgą Sekwana. A potem można dać się porwać nastrojowi miasta: jego zabytkom, mieszkańcom, zwyczajom. I naprawdę nie jest ważne, że to Paryż sprzed 50 lat. Takim chyba chcielibyśmy go widzieć i dzisiaj. Drobne różnice można wyprostować, korzystając ze swoistej erraty na końcu wydania: Oto jest Paryż – dziś, czyli o tym co się zmieniło.

Doświadczenia z niezliczonych podróży i uważnej obserwacji Šašek z sukcesem przeniósł do swoich książek, przyjmując, co wydawało mu się najważniejsze, dziecięcą perspektywę patrzenia na świat dorosłych. Jednocześnie wziął na siebie rolę przewodnika, objaśnił, zauważył, odszukał, porównał. Nie zawahał się zwrócić uwagę na szczegóły, które dorosłym mogły wydać się niestosowne: dziwny czepiec siostry szarytki, paryżanka z bardzo długą bagietką, czy psi cmentarz.

Ta obrazkowa opowieść o mieście bez nadęcia snuje swoją niebanalną narrację i naprawdę można ją swobodnie czytać do poduszki. Wyobrażam sobie, że mając całą serię da się bez biletu zwiedzić pół świata. W komplecie z „Mapami”, „Mapownikiem” i „Dokąd iść? Mapy mówią do nas” może też stanowić podstawę wielu interesujących lekcji w szkole.














miroslavsasek.com

8/06/2013

Dokąd iść? Mapy mówią do nas



Dokąd iść? Mapy mówią do nas
Heekyoung Kim
il. Krystyna Lipka-Sztarbałło
Wydawnictwo Entliczek 2012











„Dokąd iść? Mapy mówią do nas” wymyka się tradycyjnemu rozumieniu książki dla dzieci. Może właśnie dlatego, a właściwie dzięki temu zdobyła na polskim rynku uznanie i zachwyt zarówno krytyki jaki i młodych czytelników. Filozoficzno-edukacyjne ujęcie tematu, wzbogacone artystyczną wizją ilustratorki, to nowość, która inspiruje, zachwyca i każe szukać wciąż nowych dróg jej odkrywania.

„Dokąd iść?” to książka o poszukiwaniu klucza do opisania świata, o przechodzeniu od konkretu do abstraktu, o tworzeniu symboli, o weryfikowaniu faktów i o samodoskonaleniu. Jednocześnie jest to publikacja, która sama wymaga mapy - odpowiedniego klucza poznania. Historia rozpisana na dwóch planach toczy się najpierw w bogato ilustrowanej formie z lapidarnym komentarzem, a następnie w trzystronicowych objaśnieniach, pełnych szczegółowych danych. Konieczne jest odnalezienie własnej ścieżki czytania, oswojenie się z przesłanie i dopiero wtedy wspólna, spokojna lektura z dzieckiem.

Dręczy mnie pytanie, jak wyglądałaby „Dokąd iść?”, gdyby wyszła spod pióra europejskiej autorki. Czy wzbudziłaby taki sam zachwyt? A może byłaby bardziej przewidywalna, a przez to mniej fascynująca i odkrywcza? Faktem jest, że widzenie świata przez Heekyoung Kim wymaga przestawienia się na inny tor myślenia. Przyzwyczajeni jesteśmy uznawać europocentryczną wizję świata za jedyną słuszną, tymczasem lektura tej książki dowodzi, że świat widziany z drugiej strony kuli ziemskiej, ma całkiem inną perspektywę, niemniej ciekawą. Historia powstawania map zaproponowana przez Kim  to nie tylko opowieść o mapach i technikach ich tworzenia, ale przede wszystkim o stanie wiedzy i możliwościach poznawczych ludzi różnych epok. Jakże fascynujące może stać się odkrycie, że w tym samym czasie świat widziany z perspektywy europejskiej i azjatyckiej mógł być zupełnie inny. Weźmy na przykład koreańską mapę Gangnido z przełomu XXIII i XIV wieku przedstawiającą zarys kontynentu afrykańskiego, który europejskim podróżnikom tamtych czasów nie był jeszcze znany!

„Dokąd iść?” to nie tylko przewodnik po mapach świata, ale również odniesienie do map rozumianych w szerszym kontekście: mapa nieba, ludzkie DNA, nawigacja GPS, wreszcie mapa ludzkich myśli. Aż chciałoby się, żeby ta opowieść trwała dłużej, bo przecież jest jeszcze tyle innych map, których autorka nie opisała: plan dnia, schemat elektryczny, siatka budowy bryły, instrukcja składania szafy… Może to jest jednak cechą dobrych przewodników, że stanowią punkt wyjścia, impuls do samodzielnego odkrywania?

Kiedy w 2012 roku książka została nominowana do nagrody „Der Deutsche Jugendliteraturpreis”, jej angielski tytuł „Maps are always talking to me” został roboczo przetłumaczony na „O czym mówią mapy?”. Żałuję, że tłumaczka skłoniła się ku niemieckiej wersji tytułu ( „Wo geht’s lang? Karten erklären die Welt”, czyli „Dokąd iść? Mapy objaśniają świat”). Ta samozwańcza o wiele lepiej odczytywała treść książki.

3/31/2013

Zakochany w Warszawie
















Zakochany w Warszawie
Edukacyjna gra planszowa
Granna (dla Miasta Stołecznego Warszawy) 2008


Syp, syp. Śnieg sypie z nieba, jakby chciał z nas sobie zażartować. Więc my na przekór pogodzie wyciągnęliśmy z szafy grę, którą latem zeszłego roku wygraliśmy podczas terenowej gry zorganizowanej przez księgarnię Badet. Od razu przypomniały nam się upalne chwile spędzone na poszukiwaniu Kłamczuchów ukrytych w zakamarkach warszawskiego Wilanowa. Mimo że wtedy pod nosem przeklinaliśmy skwar lejący się z nieba,

dzisiaj z przyjemnością wspominaliśmy ubiegłe lato.

Gra od razu przypadła do gustu 5-letniemu Tomkowi, mimo że na jego wiek jest trochę za trudna. Celem gry jest odnalezienie w jednym z obiektów zlokalizowanych na mapie Zakochanego w Warszawie, którym jest jeden z graczy. Zakochany w Warszawie porusza się po planszy bez pionka, przez co trudno go znaleźć.

Jedyny ślad jaki po sobie pozostawia stanowią wskazówki, które odczytuje z kart obiektów, w których aktualnie przebywa. Pozostali gracze, po uiszczeniu odpowiedniej kwoty, poruszają się po planszy pieszo, rowerem lub omnibusem. Wygrywa ten, kto pierwszy złapie Zakochanego.
Niezaprzeczalnym atutem gry jest  fotograficzna mapa Starego Miasta i okolic oraz karty z historycznym opisem zabytków. Grę uatrakcyjniają karty z zadaniami w dwóch specjalnych pulach: dla Zakochanego i dla pozostałych graczy.

Gra jest niestety trochę niedoinwestowana. Przydałaby się czytelniejsza plansza, dodatkowa mapka dla Zakochanego, tak żeby śledząc swój ruch po dużej planszy, nie zdradzał wzrokiem, w której okolicy aktualnie się znajduje i lepszej jakości kostki - oczka powoli się zdrapują. Mimo to warto zdobyć "Zakochanego w Warszawie", bo kupić tej gry chyba się nie da. Gwarantowane emocje i dużo ciekawych informacji do zdobycia zupełnie mimochodem.