,

#instant / Jeleń



"Gdy jak zwykle podjechał pod blok, w którym czekało na niego mieszkanko, okazało się, że nie ma gdzie stanąć. Jego miejsce zostało zajęte przez samochód Pana Muflona, a żadne inne nie było wolne. Próbował raz i drugi. Z tej strony i z tamtej strony. Bez skutku".


 Podobno mieszkam w najgorzej skomunikowanej dzielnicy Warszawy, pozbawionej też z założenia miejsc do parkowania. Światły pomysł urbanistów, że każdy ma swoje miejsce postojowe i to wystarczy, ewidentnie nie wypalił. Z konieczności uskuteczniamy więc komunikację per pedes. Pół godziny piechotą w jedną stronę na zajęcia dodatkowe? Proszę bardzo. Autobus nie dojeżdża, samochodu nie zaparkujesz, bo nie ma gdzie. 45-minutowy dojazd dwoma autobusami, do szkoły oddalonej w prostej linii o niecałe 5 kilometrów od domu? Czemu nie. Przy ładnej pogodzie lepiej wziąć hulajnogę. Zimą skuter śnieżny? Można pomyśleć. W weekend robi się jeszcze ciekawiej, bo część linii komunikacji miejskiej zawiesza kursowanie. Chcesz puścić dziecko z wizytą do kolegi z sąsiedniej dzielnicy? Pora wsiąść za kółko. Samo nie dojedzie. Mieszkam w stolicy od urodzenia i przyznam, że temat komunikacji jeszcze nigdy nie był dla mnie tak palący. To że w ogóle istnieje, wraca jak bumerang, objawia się w regularnym przeglądaniu stron internetowych lokalnego transportu i wieczornych Polaków rozmowach, uważam za kompletną klapę. Jesteśmy jeleniami, że tu mieszkamy? Na to wygląda.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel chwyta za temat dnia miejskich dzieciaków. Pomijając korporacyjno-behawioralne uwikłania, czuję że główny bohater to przede wszystkim ziomal zza rogu, pochłonięty wraz z porożem przez wielkomiejską dżunglę i jej skomplikowane zależności. Budzi litość, ale daje nadzieję. Jego nagłe oswobodzenie z codziennych zależności jest oczywistą utopią, ale niezwykle oczyszczającą. Jeleń jest jak Ferdynand Wspaniały współczesnych czasów. Zrzuca garnitur, opuszcza kanapę i wraca do natury. Czego wszystkim i sobie serdecznie życzę.

Jeleń, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, il. Grażyna Rigall, Bajka 2018.
Share:
Czytaj dalej

Kto ty jesteś?


Kto ty jesteś?, Joanna Olech, il. Edgar Bąk, WYtwórnia 2013.

Pamiętam dobrze rok 2013 i Warszawskie Targi Książki na Narodowym. Sympatyczna pani ze stoiska Wytwórni zaprosiła moją 10-letnią wówczas córkę do obejrzenia premierowej wystawy plansz z książki "Kto ty jesteś?". Młoda ruszyła między stojaki, po czym po niedługiej chwili wróciła wyjątkowo czymś poirytowana: "Jak to patriotyzm nie ma koloru?". Rzuciła zdegustowana i nie czekając ani chwili, opuściła stoisko wydawcy.

Reakcja Najstarszej dała mi wtedy sporo do myślenia. Perspektywa patriotyczna w jakiej wychowywaliśmy ją my i katolicka szkoła była cierpiętniczo-martyrologiczna, jak to ujęła w notce okładkowej sama Joanna Olech, jednak nie wykluczała wielu bardzo prospołecznych aktywności, które wychodziły daleko poza ramy sprzątania po psie czy nieniszczenia zieleni. Moja przedsiębiorcza, wrażliwa i otwarta 10-latka była również świadomą swojej historii, dumną Polką.

Patrząc na "Kto ty jesteś?" Joanny Olech i Edgara Bąka z czasem co raz silniej uświadamiam sobie, że jest to książka, która w niepotrzebny sposób konfrontuje patriotyzm pamięci, powiewający flagami i śpiewający "Warszawiankę", ze zwykłym, codziennym dbaniem o siebie, innych i otoczenie. Ta konfrontacja zaczyna się już na pierwszej planszy. Innej niż pozostałe, bo nie spointowanej pojawiającym się na pozostałych stronach refrenem: "jestem patriotką/patriotą". Stanowiącej jakby założenie nie wymagające dowodów. "Patriotyzm nie ma koloru". Założenie skądinąd prowokacyjne, mogące zaskoczyć, zaciekawić, zranić, zastanowić, wywołać uśmiech albo uniesienie brwi, ale nieprawdziwe.  Patriotyzm nie ma JEDNEGO koloru. Ma ich wiele. Dla każdego inny, zależny z oczywistych względów od miejsca zamieszkania, pochodzenia, ale również od tak prozaicznych kwestii jak wiek, tożsamość społeczna czy wykształcenie. Odbieranie patriotyzmowi koloru spłaszcza go i niepotrzebnie buduje granice, które w założeniu "obywatelska" książka, ambitnie nakreślająca nowe, współczesne ramy patriotyzmu, powinna niwelować. Otwierając "Kto ty jesteś?" i oprotestowując wstępną tezę od razu czuję się ustawiona po przeciwnej stronie barykady.

Wbrew założeniom autorów, "Kto ty jesteś?", ze swoim uniwersalistycznym przesłaniem i pięknym minimalistycznym designem nie jest moim zdaniem książką, która stanowi wyczerpującą alternatywę dla myślenia o patriotyzmie, zaproponowanego 118 lat temu w "Katechizmie polskiego dziecka" przez Władysława Bełzę. Wyeliminowanie kwestii narodowych, zwłaszcza dziś, w świecie zdominowanym przez problem uchodźstwa, krwawiącym ranami opuszczonych ojczyzn, przypomina zamknięcie oczu przez małe dziecko, chcące bawić się w chowanego. Zredukowanie patriotyzmu do kwestii życia codziennego to ślepy zaułek. Jeżeli słowo ojczyzna nie będzie wywoływać w dzieciach żadnych skojarzeń, jak uda im się zrozumieć skomplikowane uczucia jakie towarzyszą problemom ludzi z obszarów ogarniętych konfliktami. Gdzie podziać tęsknotę ukraińskich dzieci, które w polskich podstawówkach próbują znaleźć akceptację? Jak dla odmiany pokazać polskim dzieciom drogę wsparcia dla przybywających z różnych stron świata nowych kolegów i koleżanek, jeśli patriotyzm ograniczymy do kasowania biletu i chodzenia na wybory?

Wydaje się, że autorzy "Kto ty jesteś?" nie do końca umieją  lub chcą zdefiniować swojego odbiorcę.  Z jednej strony stawiają na uniwersalność, jakby mieli zamiar stworzyć książkę dla szerokiego grona odbiorców, nie tylko dla polskich dzieci, z drugiej  niespodziewanie nawiązują do narodowych aspektów - języka polskiego i polskiego hymnu. Mimo to ani razu nie pada słowo Polska. Tak jakby tylko polskość w obszarze języka i kultury otrzymała specjalny glejt.

Nie niszczę książek. Jestem patriotką. Ale na potrzeby własne i moich lubiących "cierpiętniczo-martyrologiczne" klimaty dzieci, chętnie pozbawiłabym ją jednej strony. Tylko jednej.













Share:
Czytaj dalej
,

Pustka


Pustka, Marianna Sztyma, Centrala 2017.

Po raz pierwszy w życiu świadomie sięgnęłam po książkę terapeutyczną. O efektach kuracji nic nie powiem, chyba jednak pozostaną niemierzalne, natomiast o samej "Pustce" nie sposób nie wspomnieć. Niepozorna okładka kryje w sobie bogatą graficznie treść i dość lakoniczny ale głęboki tekst.

Kiedy odchodzi ukochany zwierzak dziecka, naprawdę trudno znaleźć słowa pocieszenia. Pomijam konieczność przekazania trudnej informacji, że mimo wysiłków naszych i lekarzy, nie udało się uratować życia najlepszego przyjaciela. Pierwszy szok po tej wiadomości może minąć dość szybko. Pozostanie codzienne zmaganie ze wspomnieniami i łzami, które same cisną się pod powieki w najmniej oczekiwanych momentach.

Sięgając po "Pustkę", nie wiedziałam czego się spodziewać. Z pobieżnie przejrzanych internetowych skanów, pojawiło się skojarzenie z opublikowaną dobrych kilka lat temu przez wydawnictwo Filia książką Lemony Snicketa "Laszlo boi się ciemności". W obu przypadkach dziecięcy bohater samotnie konfrontuje się ze spersonifikowanym problemem. Na szczęście podczas lektury "Pustki", charakterystyczne de ja vu ustąpiło dość szybko. Pewnie za sprawą mikrokomiksu, który zaproponowała autorka, a który w znaczący sposób zadecydował o odbiorze całej książki.

Mamy tu zatem rozmowę: ciekawą, zaskakującą, szczerą. Pustka po kocie jest delikatna, ostrożna, ale bezpośrednia. Nie jest samym kotem, jest brakiem kota. Większym, niemruczącym, niedającym się pogłaskać. Potrafi być ogromna w chwilach wzruszenia i smutku, albo całkiem mała, kiedy przychodzi moment pogodzenia się ze stratą.

Bardzo lubię nastrojowe kolaże Marianny Sztymy. Realizm ilustracji skojarzony z symbolicznym ujęciem Pustki wypada niezwykle przekonująco, stwarza poczucie intymnej relacji między tym co prawdziwe a tym co wewnętrzne. Pustka istotnie nie jest czymś, ale bardziej niczym, brakiem na kartce, który przekłada się na brak w sercu bohaterki.

"Pustka" to książką stworzoną z ogromnym wyczuciem. Nie uzurpuje sobie prawa do wydawania sądów, nie szuka rozwiązań, ani nie daje pustych obietnic na poprawę samopoczucia. Pozostawia czytelnika z przesłaniem, że czas leczy rany. Najważniejsza wiadomość pojawia się jednak na końcu. Pustka nie jest jak kot. Ona nigdy nie zniknie.






Share:
Czytaj dalej
,

Mitologia. Przygody słowiańskich bogów


Mitologia. Przygody słowiańskich bogów, Melania Kapelusz, il. Ewa Poklewska-Koziełło, Egmont Art 2018.


 Odkąd pamiętam, czytanie mitologii z kilkulatkiem w naturalny sposób zaczynało się u nas od pogawędki religijnej. No bo jak to tak? Bogowie, a w dodatku wielu. A co z Trójcą Świętą? Gdzie Maryja? Coś tu się nie zgadza. I mimo że z czasem wydawało się, że wszystko zostało już obgadane, nowy tytuł zawsze inicjował powrót do tematu i ustalanie wszystkiego od nowa. Nie inaczej stało się ze słowiańskimi bogami.

Najstarsza jeszcze w przedszkolu otrzaskała się z grecką kulturą antyczną, dzięki "Mitom dla dzieci" Grzegorza Kasdepke. Następnie w sukurs przyszedł Rick Riordan z Percym Jacksonem i kolejnymi seriami, z innych mitologicznych światów. Czytanie Parandowskiego w szkole było już tylko uszczegółowieniem zdobytej wcześniej wiedzy. Słowiańszczyzna nie zaglądała do nas zbyt często. W 2016 roku Łukasz Wierzbicki opublikował zbiór pt. "Drzewo. Mity słowiańskie i inne opowieści", który nie zdobył jednak szerokiej popularności wśród czytelników. Mitologia Melanii Kapelusz to pierwsza książka dla najmłodszych, która dotyka tej tematyki.

Książka pojawiła się jako kontynuacja serii, zapoczątkowanej przez autorską książkę Marianny Oklejak "Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych dzieci". Mimo że obie publikacje wiąże głównie spójny projekt graficzny i szeroko rozumiany folklor, "Mitologia" Melanii Kapelusz w podobnie lapidarny sposób traktuje słowo, pozostawiając sporą przestrzeń dla wykonanych z rozmachem przez Ewę Poklewską-Koziełło ilustracji. W zbiorze znalazło się zaledwie pięć mitów, skupionych zasadniczo wokół dwóch bohaterów: Welesa i Peruna. Książka stanowi, więc zaledwie wstęp do dalszych czytelniczych poszukiwań. Wstęp o tyle istotny, że budujący świadomość, iż nasi przodkowie, podobnie jak inne cywilizacje, pielęgnowali swój świat duchowy i tworzyli spójny system wierzeń i opowieści, które towarzyszyły im w codziennym życiu.

Czytając "Mitologię" Melanii Kapelusz, przypomniałam sobie swoje osobiste zachwyty, kiedy jako nastolatka szukałam analogii w mitach o stworzeniu świata, pochodzących z różnych kultur. Dzięki takim książkom jak ta i znając na wyrywki biblijny opis stworzenia świata i człowieka, możemy z Sadzonką już teraz pokusić się o pierwsze porównania. Trochę jak w zabawie znajdź dziesięć różnic, choć tu jest ich z pewnością więcej, bo na przykład: na początku była woda i światło, Perun nie mógł stworzyć świata w pojedynkę, Weles zdobył podmorski piasek który posłużył do stwarzania świata, a człowiek powstał w dwóch fazach, najpierw jego ciało a potem dusza.

Wydana z dużą starannością, bogato ilustrowana "Mitologia" stanowi przepustkę nie tylko do świata starożytnych wierzeń, ale również do rozbudowanej przestrzeni wyobrażeń, które odsłania przed czytelnikami ilustratorka. Ewa Poklewska-Koziełło udowadnia, że potrafi działać z rozmachem i nie boi się wyzwań.



Share:
Czytaj dalej
,

Books, Bücher, Libros, Livres // wrzesień 2018





Så mycket kärlek kan inte dö (Tak wiele miłości nie może umrzeć)
Moni Nilsson
Natur & Kultur Allmänlitteratur, 169 s.
wiek odbiorcy: 9+

- Możesz ze mną walczyć - proponuje Lucas.
- Nie - odpowiadam - chcę tylko, żeby mama wyzdrowiała.
- Wszyscy tego chcemy - mówi tata, ruszając ze szpitalnego parkingu.
Jeśli miniemy dziewięć czerwonych samochodów, mama wyzdrowieje. Mimo że dziewięć jest moją ulubioną cyfrą, nie udaje się.
Mama Lei umiera. Lea nie cierpi lekarzy, którzy nie mogą podać jej odpowiedniego leku i nie cierpi węży pod swoim nosem i jeszcze swojego krótkiego oddechu. Nie cierpi też Noah, który przez całe dotychczasowe życie był dla niej taki ważny. Ale już nie jest.
Trafiają się dni z meczami king balla na szkolnym boisku i treningami piłki nożnej.  Pojawiają się marzenia o snurkowaniu w Morzu Południowym. To wszystko kiedy jednocześnie mama robi się co raz bardziej chora.
Z dużą dociekliwością, ciepłem i humorem Moni Nilsson pisze o tym co najtrudniejsze: stracie mamy gdy jest się jeszcze dzieckiem. Książka o życiu i przyjaźni oraz o miłości, która nigdy nie umrze.

Gropen (Baza)
Emma Adbåge
Rabén & Sjögren, 32 s.
wiek odbiorcy: 3+

Dorośli nienawidzą bazy. Uważają, że nie powinniśmy tam przebywać i bawić się w "zanim umrzesz".
- Przynajmniej uderz i bij - mówi Ewa.
"Pewnego razu przewróciłam się i uderzyłam" - opowiadam. Ale to nie było w bazie, tylko kiedy Hannes postanowił zeskoczyć z drabinki i spadł na mnie zamiast na materac.
Ewa nie odpowiada. Robi dzióbek z ust i patrzy w bok.
- Baza nadal jest zła - mruczy.
Baza znajduje się za salą gimnastyczną. Ktoś naniósł w to miejsce mnóstwo gruzu, przez co zrobił się tam okropny bałagan. Idealne miejsce do siedzenia i zabawy. Długo i świetnie można się tam bawić. Wszyscy lubią bazę, z wyjątkiem dorosłych. Oni nienawidzą bazy.

"Baza" to znakomita książka o fantazji i zabawie. O dorosłych i niepoddawaniu się. Jakby to było gdyby dorośli decydowali o wszystkim?




Billy cherche un trésor  (Billy szuka skarbu)
Catharina Valckx
ECOLE DES LOISIRS, 24 s.
wiek odbiorcy: 3+


Nie każdy ma szczęście mieć za przyjaciela dżdżownicę. Billy wie, że zawsze może liczyć na Konstantego. Dzisiaj na przykład Billy znalazł wyjątkowy skrawek papieru. To mapa skarbów jego dziadka! Nic nie da się zrozumieć z tej masy wskazówek... Konstanty wpada jednak na genialny pomysł: a co jeśli mają one coś wspólnego z podziemiami?

Do tej pory w Polsce ukazała się jedna książka o przygodach Billy'ego, "Łapy do góry" (Wydawnictwo Muchomor).













Once Upon a Raindrop: The Story of Water (Była sobie kropla: opowieść o wodzie)
James Carter, il. Nomoco
Caterpillar Books, 32 s.
wiek odbiorcy: 5+


Zanurz się w cudownym świecie wody i poznaj historię H2O. Poetycka, pouczająca treść płynie wprost z kart książki, a wspaniałe ilustracje sprawiają, że opowieść rwie naprzód i tryska życiem.













The Day You Begin (Kiedy zaczynasz)
Jacqueline Woodson, il. Rafael Lopez
Penguin USA, 32 s.
wiek odbiorcy: 5+



Są takie chwile, kiedy wchodzisz gdzieś i nie spotykasz nikogo podobnego do ciebie. Istnieje wiele powodów dla których czujesz się inaczej: może to kwestia twojego wyglądu, sposobu mówienia lub miejsca, z którego pochodzisz, może to sprawa tego, co jesz lub coś jeszcze innego i równie przypadkowego. Nie jest łatwo zrobić pierwszy krok, ale udaje ci się. 
Liryczny tekst Jacqueline Woodson i oszałamiające ilustracje Rafaela Lopeza uświadamiają nam, że wszyscy czasem czujemy się jak odmieńcy. Mimo to odważnie idziemy naprzód. A gdy sięgniemy do naszych historii i zaczniemy się nimi dzielić, inni z radością spotkają się z nami w połowie drogi.








The Assassination of Brangwain Spurge (Zabójstwo Brangwaina Surge'a)
M.T. Anderson, il.Eugene Yelchin
Candlewick, 544 s.


Nerwowy, elficki historyk Brangwain Spurge otrzymuje misję: przetrwać katapultowanie na terytorium goblinów, dostarczyć bezcenny dar pokojowy tajemniczemu mrocznemu lordowi i udać się na przeszpiegi do goblińskiego królestwa, z którego od przeszło stu lat żaden elf nie wrócił żywy. Gospodarz Brangwaina, gobliński archiwista Werfel, z radością oprowadza Brangwaina po okolicy. Powinni zostać najlepszymi przyjaciółmi, ale seria niezwykłych zbiegów okoliczności, błędów i nieporozumień kulturowych rzuca tych dwóch nieudolnych naukowców w środek międzynarodowego kryzysu, który dla nich samych może oznaczać śmierć a dla ich narodów wojnę.
Dowcipny i zjadliwy komentarz społeczny spod ręki zdobywcy National Book Award, M.T. Andersona i laureata Newbery Honor, Eugene'a Yelchina skrzy się wizualnym humorem i ekscytującą akcją, zaś komiczna rozbieżność między warstwą tekstową a ilustracjami potwierdza, że ostatecznym zwycięzcą jest niekoniecznie ten kto wygrał wojnę, ale ten komu dane będzie ją opisać.




* Zamieszczone opisy książek oraz zdjęcia pochodzą z materiałów wydawców. Tłumaczenie: Mała czcionka.



Share:
Czytaj dalej