niedziela, 23 kwietnia 2017

TEK. Nowoczesny jaskiniowiec



Tek. Nowoczesny jaskiniowiec
Patrick McDonnell
Wydawnictwo Kinderkulka 2017
















To chyba pierwszy tablet, od którego nie trzeba odganiać dzieci. Zdjęcie na pewno nie przekaże wam jak bardzo design tej książki upodabnia ją do elektronicznego gadżetu. Czarny, gruby, błyszczący karton okładki z charakterystycznym środkowym przyciskiem. Boczna krawędź idealnie dopasowana kolorem do okładki zlewa się z nią w całość, tworząc zwarty kształt. Na wyklejce miejsce do wklepania kodu, a na każdej stronie wskaźniki naładowania baterii i sygnału wifi. Czarny margines pozwala na chwilę zapomnieć, że mamy do czynienia ze zwykłą książką. Design to niewątpliwie ogromny jej atut.

Jednak mieszane uczucia dotyczące samej historii nie opuszczają mnie, mimo wielokrotnego czytania, samotnie i z Sadzonką. Treść jest zdecydowanie tym słabszym ogniwem, które zaprzepaszcza potencjał tkwiący w niebanalnej formie. Sympatyczny skądinąd pomysł na bohatera-jaskiniowca uzależnionego od elektroniki gubi się głównie w braku konsekwencji i lekko wymuszonym poczuciu humoru. Kultura masowa przyzwyczaiła nas niestety, że spotkanie człowieka z dinozaurem nie jest niczym dziwnym, ale nie lubię kiedy ten mit powiela się bez potrzeby, utrwalając go skutecznie w pamięci małych i dużych. Książka nie aspiruje wprawdzie do bycia źródłem naukowym, ale z drugiej strony nie równoważy braków formalnych wyjątkowym pomysłem na dowcipną fabułę. Żart czai się za rogiem, ale pokazuje się tylko czasami. Urzekł mnie pomysł by Internet pojawił się na świecie przed wynalezieniem ognia. Podobnie imiona dinozaurów wymyślone na własny użytek przez zapominalskiego Teka, naprawdę podnoszą do góry kąciki ust, ale już w drugiej części książki, gdy bohater na stałe traci zasięg, historia całkiem się banalizuje i nie przykuwa uwagi niczym więcej, poza lekkim dydaktycznym smrodkiem.

Zastanawiam się przy tej okazji na ile zamysł odciągnięcia uwagi czytelnika od gadżetów i pokazania, że świat realny ma wiele do zaproponowania w ogóle się sprawdza. Czy przypadkiem atrakcyjne skojarzenie z iPadem nie działa na korzyść elektroniki, a nudnawe zakończenie nie udowadnia, że z tabletem Tek był o wiele atrakcyjniejszym bohaterem niż bez niego? Dla mnie "Tek" zdecydowanie mógłby wygrać doroczny konkurs na książkę-zabawkę, ale w konkurencji na przemyślaną, pomysłową fabułę stałby gdzieś na szarym końcu. Krótkotrwały zachwyt moich dzieci potwierdza, że książka wygrywa głównie pierwszym wrażeniem, a traci przy dłuższym poznaniu.



piątek, 14 kwietnia 2017

Wilki z Nowego Meksyku



Wilki z Nowego Meksyku
William Grill
Kultura Gniewu 2017
















Po świetnej, obsypanej nagrodami "Wyprawie Shackletona" spodziewałam, że "Wilki z Nowego Meksyku", kolejna książka Williama Grilla, zaprezentuje podobny poziom. Doskonale skonstruowana narracja, oryginalny styl ilustracji i architektura książki, wreszcie wyważone stopniowanie emocji i bezbłędne operowanie faktami - opowieść o szalonej, podbiegunowej wyprawie była naprawdę angażującą i satysfakcjonującą lekturą. "Wilki z Nowego Meksyku" nie mogły okazać się gorsze. Faktycznie, Grill po raz kolejny powtórzył swój sukces, pytanie tylko czy nadal można nazywać go sukcesem?

"Wilki z Nowego Meksyku" nie odbiegają od standardów, do których autor przyzwyczaił nas swoją debiutancką powieścią graficzną. Znowu pojawia się niezłomny bohater, tym razem zwierzęcy, historia trzyma w napięciu, choć mówi zaledwie tyle ile jest niezbędne. Stworzone za pomocą kredek, ustawione niekiedy w długie sekwencje rysunki, z powodzeniem uzupełniają tekst. Grill potwierdza, że jest wizjonerem powieści graficznej - stosując symetrię ujmuje przemyślanym projektem rozkładówek, swobodnie przechodzi od ogółu do szczegółu, koncentruje się równie skutecznie na konkrecie jak i nastroju.

Oparta na faktach historia, która zainspirowała Grilla do napisana "Wilków z Nowego Meksyku" cofa czytelników w czasy Dzikiego Zachodu. Opowieść o losach osławionej watahy wilków i jej niezłomnego przywódcy - Lobo budzi szczere, silne emocje, uczy wrażliwości na cierpienie zwierząt, wzrusza, daje do myślenia. Grill nie potępia w jednoznaczny sposób bezwzględnych łowców wilków, jest raczej uważnym reporterem niż komentatorem opisywanych zdarzeń.

Cały czas jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że autor "Wyprawy Shackletona"skopiował sukces swojego debiutu. "Wilki z Nowego Meksyku" sprawiają wrażenie podstawionych pod ten sam schemat i mimo że jest to mistrzowska robota, towarzyszy mi męczące wrażenie wtórności. I pewnie uznałabym to za celowy  i usprawiedliwiony zabieg, gdyby obie książki były powiązane w ramach jednej serii. Boję się, że niedługo prawdziwe może stać się stwierdzenie: jeżeli znasz jedną książkę Willama Grilla, to tak jakbyś znał wszystkie. Boję się a jednocześnie czekam w napięciu, że talent młodego twórcy opuści bezpieczny ląd i wypłynie na szerokie wody. To może być fascynująca wyprawa.







 żródło il.: www.alejakomiksu.com


wtorek, 4 kwietnia 2017

Ruchome kartonówki Kubašty


Czerwony Kapturek & Jaś i Małgosia
Vojtěch Kubašta
Wydawnictwo Entliczek 2017












Wydawnictwo Entliczek zrobiło mi ogromną przyjemność przywracając do życia ruchome kartonówki Kubašty. Dla mnie i dla dużej części mojego pokolenia po prostu kultowe. Zachowałam jeszcze spory komplet tytułów, ale ich mizerny stan od razu rzuca się w oczy. Nie przez przypadek, zacni staruszkowie zostali przeze mnie obsadzeni w głównych rolach wspominkowej serii wortalu Ryms - Klub Osobników Czytających. Pop-upy Kubašty traktujemy w domu jak obiekty muzealne. Większość ruchomych elementów utraciła swoją funkcję, a taśmy klejące, którymi były tymczasowo podklejane, wyschły i wiszą smętnie tu i tam. Usunięcie ich grozi powstaniem jeszcze większych spustoszeń niż pozostawienie ich na miejscu.

Entliczek opublikował póki co dwa tytuły. "Czerwonego Kapturka" nie znałam, za to "Jaś i Małgosia" dostarczył mi i Sadzonce sporo materiału do studiów porównawczych. ;) Paulina na blogu Poczytaj dziecku wspominała, że edycji poszczególnych bajek było mnóstwo. Różniły się okładkami i liczbą rozkładówek, a my sprawdziłyśmy, że również treścią. Sadzonka była zaskoczona, że Baba Jaga zaprasza do pieca zależnie od wersji Jasia lub Małgosię. Pojawiły się też większe różnice: w starszym tekście dzieci niosą koszyk z jedzeniem dla taty drwala, w nowszym, wspólnie z ojcem idą do lasu, drwal pracuje, oni zbierają maliny. Ilustracji, które widzicie poniżej nie znajdziecie w wydaniu Entliczka.





Na blogach pojawiały się głosy wątpliwości, czy w erze dotykowych ekranów ruchome kartonówki kultowego architekta książek mają jeszcze szansę wzbudzić zainteresowanie współczesnych dzieci. Gdzie w tej chwili znajduje się złoty środek między książką tradycyjną a książką zabawką? Sadzonka od pierwszego wejrzenia pokochała koncepcję trójwymiarowych scen z ruchomymi zakładkami. Mam wrażenie, że, podobnie jak ja przed laty, wyobraża sobie, co kryje się w odległych szczegółach trzeciego planu, a co za kulisami. Bajeczne kolory, które tak kusiły dzieci w szarych latach peerelu dziś nadal wyglądają atrakcyjnie. W połączeniu z sielsko-baśniowymi motywami kreują świat, którego próżno szukać w dzisiejszej, zgoła innej, estetyce książkowej.







Spodziewam się, że dla wielu współczesnych rodziców stylistyka liczącego sobie ponad 60 lat "Czerwonego Kapturka", czy nieco młodszego "Jasia i Małgosi" może wydać się przestarzała i mało atrakcyjna. Nie zdziwię się nawet, kiedy padną zarzuty o kicz i brzydotę. Kanony piękna zmieniają się i Kubašta z pewnością nie jest artystą dzisiejszych czasów. Będę się jednak upierać, że warto dać mu szansę. Samo obserwowanie, jak dzieci momentalnie zatapiają się w ten trójwymiarowy świat, warte jest wygospodarowania dla nowej kolekcji Entliczka nieco miejsca na półce.

czwartek, 23 marca 2017

Rok Szczura


Rok Szczura
Clare Furniss
tł. Katarzyna Rosłan
Wydawnictwo Dwie Siostry 2016












Pewnie już wiecie, że nie jestem z tych co się dają łatwo podejść książce.  Żadna ckliwa melancholia, napuszona nastrojowość, ochy, achy i apostrofy do muzy nie zwiodą mnie, żeby uznać coś za idealną, nie daj Boże pouczającą lekturę dla dorastającego pokolenia. Stawiam na autentyczność, spójność i oryginalność. Nastolatek nie kupi fałszu, pobłażliwego traktowania i spłycania tematu. Według mnie Clare Furniss ma w ręku wszystkie atuty.

"Rok Szczura"  to debiut literacki, któremu udało się zrobić ze mną coś, co często nie udaje się książkom zasłużonych pisarzy: z miejsca weszłam w buty głównej bohaterki. Ten błahy z pozoru fakt pozwolił mi na dwie istotne rzeczy: bezkrytyczne spojrzenie na bohaterkę i całkowicie krytyczne na otaczający ją świat. Spodziewam się, że właśnie tak może czuć się piętnastoletnia dziewczyna, której matka umiera nagle z powodu ciążowej infekcji. Zanurzenie w powieść odbyło się w sposób bezbolesny, mimo że nie straciłam mamy, nie mam młodszej siostry ani ojczyma, nigdy nie adorował mnie student Akademii Muzycznej, ani nie nawiązałam kontaktu z duchem z zaświatów. Ba, nie mam nawet pociągu do ryzykownych zachowań, co najwyżej lekko depresyjne usposobienie, które wobec wszystkich różnic, nie uprawnia mnie do identyfikowania się z nastoletnią Pearl. Zatem to wyłącznie talent pisarski autorki przysłużył się książce i moim pozytywnym wrażeniom.

Zresztą to nie tylko postaci głównej bohaterki książka zawdzięcza swoją autentyczność. Wachlarz bohaterów i ciekawych relacji jest bardzo szeroki. Pogrążona w żałobie Pearl, mimo głęboko przeżywanego dramatu samotności, z konieczności wchodzi w szereg często trudnych związków. Poznajemy jej zatroskanego ojca, apodyktyczną babkę, przyjaciółkę, nieustannie chętną do kontaktu, delikatną staruszkę z sąsiedztwa, która dobiega kresu swoich dni w towarzystwie wnuka, wrażliwego muzyka. I mimo że akcja książki nie jest nadmiernie dynamiczna, przekonujące rysy postaci intensyfikują wrażenia z lektury i nie pozostawiają czytelnika obojętnego. Z czasem uświadamia on sobie, że "Rok szczura" pełen jest małych dramatów, które toczą się w tle przeżyć głównej bohaterki. Stopniowo odkrywa je także i ona.

Tytułowy Szczur to przydomek siostry głównej bohaterki, nadany jej w fazie skrajnego odrzucenia niemowlęcia. Książka może przynieść więc nieco rozczarowania wszystkim fanom zupek w proszku i ciasteczek z wróżbą. Ci, którzy nastawią się na dobrą literaturą psychologiczną dla młodzieży, powinni być zadowoleni.


czwartek, 16 marca 2017

Lodorosty i bluszczary



Lodorosty i bluszczary
Jerzy Ficowski
il. Gosia Herba
Wydawnictwo Wolno 2017



























Wiersze dla dzieci stanowią w twórczości Ficowskiego zaledwie margines. Znany w szerokich kręgach jako wszechstronny tłumacz, poeta, prozaik, nade wszystko cyganolog, znawca twórczości Schulza, autor wielu piosenek, w poezji dla dzieci odkrywał swoje drugie ja. "Lodorosty i bluszczary" kompletują niemal wszystkie wiersze dziecięce poety, również te opublikowane jedynie na łamach czasopism. Są niezwykle żywotne, przesycone związkami z naturą, dziecięcą beztroską, swobodą, ale też nostalgią, baśniowością i tęsknotą za mijającym czasem. W wierszach dla dzieci Ficowski nie odkrywa się do końca ze swoimi "dorosłymi" inklinacjami. Pobrzmiewają tu zaledwie echa cygańskiej fascynacji autora, nie zahacza o sferę absurdu, omija tematy bolesne. Jest posłańcem radości i nadziei.

Ficowski bywa nazywany uczniem Leśmiana. Jako tłumacz wczesnych, rosyjskich wierszy poety przejął od niego fascynację leksyką i zastosował ją w praktyce. Tytułowe lodorosty i bluszczary to świadkowie zabaw neologizmami, ale w wierszach pojawiają się też wdzięczne homofony, bogactwo epitetów i metafor. Czasem skłania się do niezwykle prostych środków wyrazu, które zbliżają go do nieco pospolitej stylistyki, ale nigdy nie przekracza cienkiej granicy dobrego smaku. Nawet banalną poetycką wizję kompensuje nieskazitelnym rytmem i melodią wiersza.

Opracowanie graficzne zbioru, który ukazał się niedawno nakładem wydawnictwa Wolno, przygotowała Gosia Herba - utalentowana graficzka i ilustratorka. Książka przygotowana jest z niezwykłą dbałością i smakiem. Na uwagę zasługuje podwójne wydanie, z dwoma niezależnymi, kontrastującymi ze sobą okładkami. Klucz pór roku w jakim skonstruowano zbiór "Lodorosty i bluszczary" pozwolił autorce zakotwiczyć pomysł graficzny wokół natury i dziecięcych  zabaw. Przewaga czerni oraz nieliczne kolorystyczne akcenty niebieskiego, zieleni, żółci i czerwieni dobrane stosownie do pory roku, dają ciekawy efekt oszczędnej elegancji, który jednak dla mnie nie odzwierciedla w pełni magicznej głębi poezji Ficowskiego. Zastrzeżenia budzi również architektura graficzna, która w ambitny sposób przenosi treść niektórych ilustracji na kolejną rozkładówkę, celowo zachodząc na kolejny wiersz. Efekt wprawdzie ciekawy, jednak tych naprawdę małych odbiorców poezji może okazać się nieco konsternujący.

"Lodorosty i bluszczary" z radością stawiam na półce obok "Chichotnika" w opracowaniu graficznym Elżbiety Wasiuczyńskiej i Doroty Nowackiej oraz zbioru "Bajek" Erny Rosenstein z ilustracjami Karola Banacha, ciesząc się, że wiersze dla dzieci co i raz dostają nową, lepszą szansę.













wtorek, 7 marca 2017

Odkurzacz czarownicy


Odkurzacz czarownicy
Terry Pratchett
tł. Maciej Szymański
il. Mark Bench
Wydawnictwo Rebis 2016











Kto z Was kiedykolwiek zabrał się za czytanie Pratchetta i mu nie poszło, ręka w górę? Kogo namawiali znajomi, przekonywali, że śmiesznie, że wciąga? Jak wciąga skoro nie wciąga? Zatem wciąga. I to jak!

"Odkurzacz czarownicy" ukazał się w Polsce dwa lata po premierze pierwszego tomu wczesnych opowiadań Pratchetta pt.:"Smoki na zamku Ukruszon". Wczesne, bo powstały jeszcze przed Światem Dysku, niosą w sobie zatem dopiero zwiastun pomysłów, które Pratchett rozwijał następnie przez lata w swojej przebogatej twórczości. Baśniowe krainy, które wynurzają się z tych zbiorów skutecznie konkurują ze światem Alicji, Czarnoksiężnika i Dorotki czy filmowej Arabelli. Są niezwykle sensualne, plastyczne, a przede wszystkim przewrotne. Elementy fantastyczne stoją na równi z elementami fikcji realistycznej i mimo że podlegają zupełnie innym prawom wewnętrznym, wymykającym się prostej empirii, nie są z nimi w sprzeczności. Przebogaty jest również wachlarz bohaterów: gnomy, żywe pomniki, rewolwerowcy, liliputy, czarownice i magowie. Każdy z nich zaprasza do swojego świata, który jednak dla czytelnika odsłania się zaledwie w małym procencie, pozostawiając wrażenie nieodkrytej głębi. Ta zdolność budowania światów, którą Pratchett zasłynął jako autor powieści, w opowiadaniach jako małej formie nabiera jeszcze większej wartości. Ma szansę wciągnąć młodego czytelnika i zachęcić do szukania nowych ulubionych krain na powierzchni Świata Dysku.

Przyznam, że czasem jestem jak dziecko, nie umiem skoczyć na głęboką wodę, potrzebuję zanęty, która podda ulubione motywy, odkryje słowne mielizny, zapozna z poczuciem humoru i sposobem rozkładania świata na czynniki pierwsze. Mam wrażenie, że Pratchett jest pisarzem, który stawia bariery, wpuszcza tylko zaufanych czytelników, koduje swoje książki specyficznym stylem pisarskim, który wymaga rozszyfrowania. Wczesne opowiadania są jak ukryte drzwi, przez które łatwiej dostać się do środka.

Wydawnictwo Rebis zadbało o to, by książki trafiły do młodych czytelników w atrakcyjnej szacie graficznej autorstwa Marka Bencha. Bardzo duża interlinia ułatwia samodzielne czytanie, różnorodny krój i wielkość pisma oddają emocje bohaterów, duża liczba dowcipnych ilustracji urozmaica śledzenie tekstu. Sądzę, że dzięki tym wszystkim zabiegom oraz głośnej lekturze "Zamku Ukruszon" przed dwoma laty, zawdzięczam fakt, że Tomek nie odłożył "Odkurzacza" po pierwszych dwóch stronach i z przyjemnością przeczytał go samodzielnie.





czwartek, 23 lutego 2017

Ewolucja według Calpurnii Tate


Ewolucja według Calpurnii Tate
Jacqueline Kelly
tł. Katarzyna Rosłan
Wydawnictwo Dwie Siostry 2016

Newbery Honor Book 2010










Nie chcę patrzeć na tę książkę wyłącznie jak na przejaw pierwszych prób kobiecej emancypacji. Noszę w sobie poczucie, że niezależnie od czasów każdy z nas wbijany jest w gorset stereotypów i oczekiwań, które nie zawsze są nasze i w które nie chcemy lub nie umiemy się wpasować.

Przełom dziewiętnastego i dwudziestego wieku, farma w Teksasie, zamożna wielodzietna, ziemiańska rodzina i jedenastolatka, niepewnie odkrywająca swój talent w badaniu otaczającej ją przyrody. To jej ewolucja, pod czujnym acz niedbałym okiem dziadka, przykuwa naszą uwagę przez ponad trzysta stron książki. Zaczyna się niewinnie, od przycięcia zbyt długich włosów, które w upalne lato przeszkadzają cieszyć się nieskrępowaną zabawą. Potem pojawia się mały kieszonkowy notes i pierwsze, nieśmiałe przyrodnicze obserwacje, skrzętnie zapisywane na jego stronach. Akcja powieści toczy się leniwie, podobnie jak życie na skąpanej w słońcu teksańskiej farmie i równie wolno jak książka, którą Callie z wypiekami, po kryjomu czyta w swoim pokoju - "O pochodzeniu gatunków". Tytułowa ewolucja nie przynosi niespodziewanych przełomów i zaskakujących zwrotów, to w gruncie rzeczy zmiana mentalna, proces powolnego uświadamiana sobie swojej roli w siatce społecznych powiązań i poszukiwania możliwości realizacji własnych aspiracji. Bohaterka zdaje się stać dopiero na progu zmian, które zadecydują o jej dalszym życiu. Prawdziwa ewolucja dopiero ma nastąpić.

Powieść Jacqueline Kelly nosi w sobie najlepsze cechy stylu tradycyjnej powieści dla dziewcząt.  Fakt, że nie powstała przed stu laty zdradza emancypująca perspektywa i bardzo świadome odniesienie do przejawów naukowych zdobyczy. Lucy Maud Montgomery czy Frances Hodgson Burnett nie musiałyby się wstydzić, postawione w jednym rzędzie z debiutującą, XXI-wieczną pisarką. Świetny styl i wyważona narracja nie ustrzegły jednak autorki przed nieco instrumentalnym potraktowaniem teorii Darwina. Uparcie stara się w kolejnych podtytułach rozdziałów, udowodnić, że darwinowskie tezy da się bez pudła dopasować do perypetii bohaterów. Jako demiurg powieści bez problemu dopina swego, ale w pewnym momencie staje się w tych zabiegach nużąca i przewidywalna.

Nie można tego samego powiedzieć o samej fabule powieści. Książka czyta się świetnie i bez rażących dłużyzn, a mimo to miejscami kartkowałam ją do przodu, żeby zaspokoić palącą ciekawość. Najstarsza wciągnęła się w akcję równie sprawnie, czyniąc porównania do "Ani z Zielonego Wzgórza".

Zakończenie książki nie przynosi decydujących rozstrzygnięć. Ewolucja Calpurnii Tate trwa nadal, choć w powietrzu czuć lekki powiew zmian. Nie tylko tych wielkich - na świecie hucznie witającym nowy wiek, ale również tych zupełnie małych - w życiu nastoletniej bohaterki. Sześć lat po napisaniu tej książki autorka zdecydowała się na wydanie kontynuacji powieści. "Dziwny świat Calpurnii Tate" ma szansę odpowiedzieć na pytania, z którymi pierwszy tom nie planuje się zmierzyć. Bardzo jestem ciekawa, czy uda mu się podźwignąć ciężar sukcesu swojego poprzednika.

piątek, 17 lutego 2017

Mała czcionka W Nieparyżu



Tego jeszcze na Małej czcionce nie było! Na zaproszenie Ali Szyguły wpadłam z wizytą do Nieparyża. Zagadałyśmy się na dobre. Oczywiście o książkach. Chcemy się z Wami podzielić zapisem naszej rozmowy. Na naszych blogach przeczytacie o książkach z dzieciństwa, przestarzałych przekładach i "dociąganiu" dziecka do książki, czyli książka czy czytelnik, gdzie przebiega granica między wolnym wyborem a narzuconą lekturą. Będziemy zaszczycone, jeśli zechcecie włączyć się do rozmowy. Wtrąćcie swoje trzy grosze w komentarzach. Zapraszam.

Zosia Gwardyś (Mała czcionka)






Książka czy czytelnik? O książkach z dzieciństwa, przestarzałych przekładach i "dociąganiu" dziecka do książki.

W Nieparyżu: Wszyscy dookoła mówią o książkach chcianych, wyczekiwanych. Zosiu, a może warto porozmawiać też o takich, które przez dorosłych uznawane są za fajne, a przez dzieci... nie zawsze? W pracy księgarza ten temat pojawia się nieustannie: dorośli kupują książki, które za ich czasów „się czytało”, „się oglądało”. Nie dziwi sięganie po to bezpieczne, co budziło zachwyt i sprawdziło się choćby raz. Ale z drugiej strony mam poczucie, że wielu skłonnych jest do pretensji, że po tych trzydziestu, czterdziestu latach już “nie zachwyca”. Bo przecież skoro ich porywał Szklarski, Nienacki, Niziurski, Karol May, Hugh Lofting, to jasne, że dzieci też powinien. Zamiast poszukiwać rozwiązań, rodzice narzekają na pokoleniową przepaść i na zgłupienie czy brak wrażliwości młodego pokolenia...

 Mała czcionka: Masz okazję wchodzić w takie rewiry książkowe, których na co dzień nie dostrzegamy. Internet zalewa nas informacjami o kolejnych nowościach. Poza sytuacją lektur szkolnych, mało kto tworzy kontekst dzieci - klasyka.

WN:  Nie chcę być źle zrozumiana: wspaniale, gdy rodzice, dziadkowie autentycznie krzepią siebie wspomnieniami i lekturą dziecięcych książek, bo potrafią zbudować wtedy wspaniałą atmosferę wokół czytania i nie traktują tego w kategoriach „odbębnić codzienne 20 minut”! Ale mamy też dorosłych, którzy czcząc lektury dzieciństwa, przedkładają książkę nad czytelnika. Potrafią nie akceptować „głupich”, „prostackich”, „dziwnych” dziecięcych lektur.
Co do kultu dziecięcych książek - do telewizyjnej reklamy kolekcji Karola Maya z Hachette nie zaangażowano ŻADNEGO dziecka. Czytelnikiem jest dojrzały mężczyzna, nie ojciec wprowadzający dziecko w lekturę.

Mcz: Znamienne. Właśnie sprawdziłam, że "Pięcioro dzieci i coś" na stronie Merlina opatrzone jest znaczkiem bestseller.

WN:  A czy dzieci naprawdę wyrywają to sobie z rąk jak “Lassego i Maję”? Mimo sentymentu, wątpię. Oczywiście znam wiernych fanów Nesbit. Zakładam, że jeśli wracają po kolejne części, to znaczy, że książka nie wypadła z obiegu. Z "Mary Poppins" podobnie – czasem uwielbiana, często odrzucana. Tu ciekawa sprawa: mamy czytają z ukontentowaniem – na głos. Jednak znajome bibliotekarki twierdzą, że Travers kurzy się na półkach, bo dziewięcio-dziesięciolatki wybierają co innego.

Mcz: Oj, tak. "Mary Poppins" to moja ukochana książka z dzieciństwa, tymczasem żadne z moich dzieci nie chciało jej nawet posłuchać. Owszem, uwielbiają oglądać musical Disneya, ale to jednak tylko adaptacja. Na półce kurzą się też "Pożyczalscy" - dla odmiany ulubiona książka z dzieciństwa mojego męża. Próbowaliśmy czytać dzieciom kilkukrotnie. Zawsze kończyło się na kilkunastu stronach.

WN:  Pewnie i tak przy głośnym czytaniu dziecko bardziej jest skłonne taką książkę przyjąć niż czytając ją samemu. Zaraża się zaangażowaniem rodzica, no i może dopytywać. Świetny francuski pisarz, eseista Daniel Pennac* namawia, żeby na głos czytać nawet tym, co czytać potrafią. Zwyczajnie: tak długo, kiedy jeden chce słuchać, a inny - być lektorem. To przyjemne, a poza tym pomaga przyswoić lektury, które mało wprawny czytelnik odrzuci. Jednak zastanawiam się, co w przypadku tych książek z pokolenia rodziców i dziadków może być barierą nie do pokonania.

Mcz: Przy takich książkach, jeśli uda się przeczytać, choćby wspólnie, możemy uznać, że mieliśmy szczęście. Miałam szczęście przeczytać Tomkowi jeden tom "Doktora Dolittle". A problem często tkwi po prostu w przegadaniu. Jako czytający rodzic też odczuwam te dłużyzny i mimowolnie skracam, skracam, skracam, żeby nie utracić uwagi słuchacza, który nie przywykł do tylu ozdobników w tekście. Współczesne książki są szybkie, nie dają czasu do namysłu - jak Walliams czy Pratchett.

WN: Zgadzam się. Długa ekspozycja, niezrozumiałe, a, co gorsza, niezbyt istotne dla dziecka realia. Młodzieżówka też ma swój termin przydatności. Uwielbiałam „Winnetou”, dziś nie obraziłabym się za „nie chcę”. No i sama właśnie tak cięłam Nesbit.  

Mcz: Młodzieżówka to osobna historia. Czyta się Bahdaj, ale Ożogowska już nieco gorzej. "Pan Samochodzik" ma całe akapity surowych wtrętów historycznych, które już za naszych czasów były przyciężkie, a we współczesnych standardach są prawie nieakceptowalne.

WN:  Historia, sprawy społeczne, obyczajowe w książkach dziecięcych to newralgiczne punkty i pewnie na osobną rozmowę. Dwie różne rzeczy do zastanowienia: protekcjonalne podejście Maya, Loftinga czy naszego Sienkiewicza do „dzikich” oraz utopijne dziś realia wielkiej swobody wykreowane przez Bahdaja, Ożogowską, czy Niziurskiego. Jesper Juul pięknie pisze o tym totalnym osaczeniu dziecka przez dorosłych.

Mcz: Czy ja wiem. Tym sposobem moglibyśmy też skreślić całą literaturę antypedagogiczną. Przecież ona na swój sposób też jest utopią. A pajdokracja? Czy kiedykolwiek była możliwa, a mimo to uwodzi do dziś. Najbardziej jednak żałuję tych historii, które nie budzą kontrowersji obyczajowo-społecznych, a mimo to wychodzą już tylnymi drzwiami. Choćby Kern. Cudny Kern, który też miejscami już przynudza. "Ferdynand Wspaniały" przeszedł u nas tylko dzięki bajce muzycznej. "Proszę słonia" czytała nam znów Anna Seniuk. Rodzice/dziadkowie boją się nowości, ale często też po prostu im się nie podobają. Wtedy trudno przekonywać.

WN: Z Kernem to taka sprawa, że nam podszedł. Ale strach przed nowością to jest pułapka. Bo kto powinien być z książki zadowolony, dorosły czy dziecko?

Mcz: Najlepiej, jeśli obie strony. Ale książka musi małego czytelnika porwać. Inaczej nie spełnia swojej funkcji. Ostatnio przekonywałam moją ciocię, że baśnie Andersena dla nielubiącego czytać 4-latka to kiepski wybór. Upierała się, że koniecznie muszą być bajki - klasyka i już. Stanęło na "Bajkach Samograjkach" Brzechwy.

WN: Andersen jest bogaty, emocjonalnie skomplikowany, teksty bywają długie. Ja skrótów i amatorskich przeróbek nie cierpię niestety, więc radziłabym opowiedzieć baśń własnymi słowami albo zwyczajnie poczekać, aż dziecko dorośnie do pełnego tekstu literackiego. Jeśli o przekładach ingerujących w oryginał mowa, z tezami Elizy Pieciul-Karmińskiej się zgadzasz?

Mcz: Częściowo. Zgadzam się, że tłumaczenie nie powinno być uładzane na potrzeby dzieci, jednak już dostosowanie słownictwa do możliwości percepcyjnych dziecka ma znaczenie i jest w zasięgu tłumacza. Druga moja wątpliwość dotyczy kwestii kulturowych. Czy naprawdę Maryla musi się zwracać do Ani "Aniu Shirley", skoro po polsku jest to zwrot dalece nienaturalny? Beręsewicz udowadnia, że nie.

WN: Pytanie więc, jakie muszą zaistnieć warunki, żeby dziecko książki nie odrzuciło. Kiedy to nie ono ma ubogi słownik, ale książka jest już jak skansen. 

Mcz: Moim zdaniem to duża zaleta przekładu, że może dociągać, może uwspółcześniać język. Podobno w Szwecji nie czyta się już Astrid Lindgren, u nas przekład jeszcze się nie zestarzał. Z drugiej strony my już nie przywrócimy do życia Konopnickiej. A może w przekładzie na język obcy można by ją jeszcze uratować.

WN: Aż sięgnęłam znowu do tego naszego arcydzieła, czyli „Sierotki Marysi” :) składnia, słownictwo, realia – wszystko obce dziecku! I znów różnica między czytaniem na głos i samodzielnym. „Dzieci z Bullerbyn” na listach lektur nużą wielu szkolniaków. Czytane na głos –  zupełnie inna sprawa. Ukłonem w stronę dzieci młodszych są kolorowe ilustracje Magdy Kozieł-Nowak w edycji z ubiegłego roku. Ale my czytaliśmy niedawno "Karlssona z dachu" i faktycznie, musiałam poszukać nowszego przekładu, bo łapałam się na tym, że tłumaczę wtórnie z polskiego na współczesne...

Mcz: :) Mnie "Dzieci z Bullerbyn" nużyły już 30 lat temu. Szkolna trauma. A co do przekładów, trzeba szukać swoich. Choćby taka "Alicja w Krainie Czarów". Przeczytałam synowi w przekładzie Tabakowskiej, kiedy miał 5 lat. Był zachwycony. Ktoś powie, że nie zrozumiał. Oczywiście, że nie wszystko zrozumiał, ale słuchał z zapartym tchem. Miał już swój pierwszy pozytywny odbiór.

WN: Tak, trzeba szukać swego tekstu. Ale sama widzisz: trudno ustalić, co do niego trafiło, a co nie, z jakiego powodu trafiło - czy przystępności języka? Uważa się przecież, że to książka, hmmm, dla starszych?

Mcz: Oczywiście. Tak samo trudno ustalić, co gimnazjalista zrozumiał z "Pana Tadeusza". 😉 Nie mam jednak wrażenia, że przekład Tabakowskiej jest nadmiernie uproszczony. Po prostu podszedł. Mam mentalność biblisty. Daję odbiorcy prawo do odczytywania tekstu na różnych poziomach.

WN: Pewnie. To bogate podejście. Mam podobne - liczę, że jeśli coś zahaczy, to się później odezwie. Książki nie trzeba całej od razu zrozumieć. Rażą mnie za to rzeczy, których przekład nie zmieni: przestarzałe treści, krzywdzące stereotypy itp., jeśli pozostają bez komentarza.

Mcz: Masz na myśli rozmowę z dzieckiem o przeczytanej książce?

WN: Tak. Ale wiem, że dziecko nie zawsze chce. Dobrze, jeśli samo się zdziwi i zapyta. Ale przecież młode często absorbuje bezkrytycznie - pamiętam siebie 🙂.

Mcz: Hmm, mam nadzieję, że jednak nie całkiem bezkrytycznie. Wszystko zależy też od wieku, wychowania i dojrzałości do odkrywania konkretnego utworu i jego uwarunkowań. Moja córka, na ten moment jest bardzo krytyczna w kwestiach obyczajowych. Drażnią ją różne rzeczy i głośno o tym mówi.

WN: Super. Dobrze że krytyczna. Ale chodzi o Anię Shirley?

Mcz: Nie, raczej współczesną literaturę obyczajową.

WN: A co do "Pana Tadeusza" - wiele tekstów ze szkolnego kanonu lektur nie powstało dla dzieci czy młodzieży - na jakim poziomie zachwytu i zrozumienia mają do niego trafić? Bohater? Akcja? Język? Obyczaj? Problematyka?

Mcz: Wraca potrzeba dorosłego przewodnika. Kogoś kto wprowadzi w kontekst. Znowu trzeba dociągać czytelnika do książki.

WN:  Byle przewodnik nie załatwiał wszystkiego za dziecko. Mówiłaś, że książka musi porwać! Wierzę w to, że książki muszą być „własne”, przeżyte, odczute, przemyślane. A nie wyuczone. Nie można żyć cudzym zachwytem: rodziców, nauczycieli, krytyków. A czy próbujesz wracać do książek, które „nie zaskoczyły”?

Mcz: Wracam, ale czym starsze dzieci tym bardziej oporne w tym względzie. Chociaż bywają zaskakujące momenty jak ten sprzed chwili, kiedy Tomek sam odkurzył "Czerwone krzesło" Maleszki i przeczytał całe, a od trzech lat twierdził, że to nuda. Często też czekam. Na przykład z "Muminkami", na gotowość u najmłodszej. Obserwuję. Żeby przedwcześnie nie spalić. A Ty? Szukasz złotego środka między namolnym podtykaniem, a godzeniem się na wybory dziecka?

WN: Tak. Na pierwszym miejscu jest czytelnik i przyjemność z czytania, nad która się bardzo jednak trzęsę. Ale podtykanie... Dopóki można, staram się. Mam poczucie, że niezmiernie ważny jest ten etap, kiedy dziecko słucha. Wtedy można naprawdę dużo "sprzedać". Eksperymentować, dawać nowe jakości słowa i obrazu.

Mcz: U mnie Sadzonka bywa zaimpregnowana na moje propozycje. Lubi czytać w kółko to samo. Chociaż wczoraj na przykład sięgnęłam po "Filonka Bezogonka". Koty są teraz na fali. Bałam się, że nie zaiskrzy. To tekst z 1939 roku. Udało się. Włożyłyśmy zakładkę. To dobry znak. :) Najstarsza w jej wieku dawała się wciągnąć w różne rzeczy. Była bardziej otwarta, ale też oferta rynkowa była niewielka, więc więcej czytało się starych książek.
Wracamy do punktu wyjścia? Czyżby przeszkodą w sięganiu po książki stare, wysłużone, trącące myszką był łatwy dostęp do książek współczesnych, atrakcyjniejszych, pisanych przystępniejszym językiem? Gdzie leży złoty środek?

WN:  A czy równolegle nie powinniśmy zastanawiać się, jak na przestrzeni lat zmienił się dziecięcy czytelnik? Czy jego słownictwo jest uboższe? Możliwość skupienia na tekście mniejsza? Zosiu, i czy we wszystkim należy ufać dzieciom i temu „podoba się/nie podoba się”? Przecież obie jesteśmy recenzentkami. Zdarza się nam mocno książki krytykować, także poczytne.

Mcz: Ha, poruszasz aktualny dla mnie temat. Ostatnio pisałam recenzję "Złego kocurka" dla Rymsa. Nie wiedziałam jak wybrnąć z faktu, że Kocurek jest bardzo popularną serią wśród amerykańskich dzieciaków. Mnie nie podoba się ani poczucie humoru, ani estetyka książki. Najciekawsze, że moim dzieciom też się nie podobał. Zdecydowałam, że szczerze napiszę o tym w recenzji. Są hity książkowe, których popularności nie da się wyjaśnić prostym rozróżnieniem: dobra książka - zła książka.

WN: Leszczyński powiedział: najgorsza książka dzieciństwa to ta, co się podoba dorosłemu.

Mcz: Leszczyński zakłada, że dziecko to mały buntownik.

WN: To wspaniała rzecz - niewymuszone dziecięce „uwielbiam”. Ale są książki, które zwyczajnie ocenia się nisko...

 Mcz: Z drugiej strony przecież gust u dziecka też się kształtuje. Możemy założyć, że te rzesze fanów "Złego kocurka" szukają książki łatwej i przyjemnej, bo jest ona w zasięgu ich możliwości. Może nikt nie nauczył ich korzystania z książek ambitniejszych, ładniejszych, bardziej wymagających, śmieszniejszych.

WN: Czyli jednak wierzymy, że przyjemność czytania bywa płytsza, bardziej popowa, a może też być, tu prowokacja - wyrafinowana?

Mcz: Mam takie przeświadczenie, że to co w dziecko włożymy, to z niego wyjmiemy. Wysiłek, jaki wkładamy w kształtowanie gustu czytelniczego, poskutkuje tym, że jego późniejsze, osobiste wybory będą kontynuowały tę ścieżkę, na której je postawimy. Przyjemność subiektywnie będzie taka sama. Dziecko tego nie zauważy. Korzyści będą różne.

WN: I tu ze swą wiedzą i wrażliwością powinien stać dorosły. Szanujący dziecięce „nie chcę”, ale ze świadomością, że musi być ono poparte „spróbowałem”. Wyrozumiały wobec różnych rozkoszy, fastfoodowych i tych „głębokich”. 

Mcz: Otóż to. Bo nie ma nic złego w przeczytaniu głupiej książki. Dorośli też to robią. Mamy do tego prawo. Dorosły powinien jednak pomóc odszukać tę ścieżkę, która będzie dobra i jednocześnie przyjemna. A że czasem dziecko z niej zejdzie? To przecież ludzkie.

WN: Innymi słowy – jak najwięcej i różnorodnie. Gatunkowo i poza konwencją, banalnie i wyrafinowanie, tasiemcowo i zwięźle. Z entuzjazmem, szacunkiem i uwagą. 

Mcz: Książka musi zachwycić, wciągnąć, zaskoczyć, czasem rozczarować, zdenerwować, znudzić, wymęczyć. Zwłaszcza ta samodzielnie czytana, połknięta w jeden wieczór czy odrzucona w kąt. Czym większa różnorodność, tym lepiej wyrobiony gust i tym dojrzalszy czytelnik.
Mam wrażenie Alu, że kroi nam się temat na osobną rozmowę. Książki do samodzielnego czytania muszą spełniać zupełnie inne warunki niż te czytane wspólnie na głos. Do niedawna w Polsce zupełnie nie istniały, ostatnio jest ich coraz więcej. Dasz się namówić na kolejne wirtualne spotkanie?

WN: Pewnie! To fascynujący etap, w którym szkoła trochę się mija z tym, co robi rynek i sami rodzice. Ale sądzę, że ochów i achów będzie więcej niż marudzenia!

wtorek, 14 lutego 2017

Łauma


Łauma
Karol Kalinowski
Kultura Gniewu 2016

















fot. www.aloszak-szerokitrakt.blogspot.com


Kiedy Dorotka i jej rodzice przyjeżdżają w odwiedziny do podsuwalskiej wioski, nie spodziewają się, że zostaną tam na dłużej. Nie przypuszczają również, że zabicie zaskrońca spod kredensu pociągnie za sobą szereg niecodziennych wydarzeń, a w role głównych bohaterów wcielą się bałtyjsko-słowiańskie bóstwa. Kurke - bóg urodzaju, Ajtwar - duszek domowy, przebudzona z długiego letargu, pozbawiona rozumu Łauma i jej małżonek - bóg piorunów Perun są wbrew pozorom świetnym materiałem na miłosną, nieco odjechaną opowieść. A kiedy dodamy do tej wesołej gromadki szeptuchę babcię Rozalię i nieboszczyka dziadka Lucjana, ostatniego kapłana przymierza zawartego przed wiekami między Perunem a ludźmi, robi się naprawdę interesująco.


Karol Kalinowski czyni z "Łaumy" baśń na miarę współczesności. Mimo że główną rolę powierza małej dziewczynce z czerwoną kokardą, tworzy opowieść na tyle wszechstronną, że trafia z nią do czytelnika w każdym wieku. Angażuje do swojego komiksu nie tylko mitologię północno-wschodnich rejonów Polski, ale cały potencjał języka, krajobrazu i obyczajów. Scenariusz komiksu sprawia wrażenie bardzo dogłębnie przemyślanej całości, okraszonej dowcipnymi aluzjami do współczesnych obyczajów, stereotypów i przywar, z akcentem położonym na różnice między "miastowymi" a lokalsami. Kalinowski, korzystając ze swych suwalskich korzeni, bez żenady czerpie z tego co jest mu najbliższe i świetnie na tym wychodzi. Swój specyficzny lekko baśniowy klimat "Łauma" zawdzięcza również doskonałym kadrom, które przesycone są atmosferą tajemniczości, ale też lekkością zaangażowanej do scenografii lokalnej przyrody. Najbardziej jednak jestem wdzięczna autorowi za język, który świetnie balansuje pomiędzy literackim wysublimowaniem a nieprzegadaniem. Kalinowski podchodzi do tekstu z odpowiedzialnością za słowo, ale i z należytym dystansem. Na dowód tego oddaje głos uroczej postaci Komisarza Bogumiła - posługującego się n i e z w y k l e bogatą gwarą.

Bardzo cenię w "Łaumie" bezpretensjonalne zakotwiczenie fabuły w lokalnej kulturze i odkrycie przed czytelnikami nieco zapomnianych, bałtyjskich korzeni tych rejonów Polski. Komiks Kalinowskiego jest jednocześnie komentatorem współczesnych czasów, głosem z przeszłości i mentorem międzypokoleniowego dialogu, dla młodszych czytelników wspaniałą baśnią o poszukiwaniu szczęścia, dla dorosłych dowodem na to, że zawsze warto zaczynać od nowa.



poniedziałek, 30 stycznia 2017

Wiktorio, I love you


Wiktorio, I love you
Maja Hjertzell
il. Anna Nilsson
tł. Marta Wallin
Zakamarki 2016











W małym szwedzkim miasteczku życie płynie spokojnym, prowincjonalnym rytmem. Ogłoszenie o zaginionym kocie wydaje się wyznaczać absolutny szczyt wyjątkowości. Za drzwiami mieszkań bloku, w którym mieszka Linn codzienność również toczy się swoim utartym torem. Zdziwaczała Runa bezustannie snuje intrygi i szuka wrogów. Mama Linn nie szczędzi wysiłków by uszczęśliwić swoją córkę i pokryć wyrzuty sumienia, że nie udaje im się nawiązać wystarczająco bliskiej relacji. Wszystko wydaje się mieć swój cel i z góry przewidziany scenariusz. Do czasu.

Niespieszna narracja powieści ma swój niezaprzeczalny urok. Kiedy do miasteczka przybywa Wiktoria swym tajemniczym książkobusem, świat nie przyspiesza nagle, a jedynie zmienia swój jednostajny rytm. Pierwszoosobowa narracja głównej bohaterki niesie czytelników przez kolejne wydarzenia, pokazując małe, z pozoru niewiele znaczące metamorfozy. Nielubiane koleżanki, nowy przyjaciel, relacja z mamą, a w końcu nawet Runa mają swój udział w tych zmianach.

Czytelnik ma odnieść wrażenie, że to Wiktoria, niebieski ptak, kobieta renesansu, wzór optymizmu i życiowej zaradności jest motorem tych zmian. Tymczasem fabuła ostatecznie wskazuje, że jej udział to zaledwie iskra, która rozpala długi lont wydarzeń.

Autorka nie sili się na powieść przełomową, zaskakującą czy burzącą stereotypy. Bierze na warsztat tematy dość oklepane, jednak podejmuje je w sposób odważny, wyrazisty i dla młodego czytelnika z pewnością dość świeży. Otwarcie mówi o relacjach, które z łatwością można przełożyć na osobiste doświadczenia. Linn jako narrator pierwszoosobowy jest niezwykle dojrzałym i wnikliwym obserwatorem. Ma w sobie również wszystkie te cechy, które sprawiają, że budzi sympatię jako bohaterka: szczerość, autentyczność i bezpretensjonalność. To taki typ postaci, której z radością kibicuje się przez całą książkę, bez poczucia wyobcowania czy też odseparowania od jej problemów.

Powieść jak klamra spina wątek zaginięcia kota. Ten sprytny zabieg zgrabnie podkreśla przemianę jaka zachodzi w trakcie trwania powieści. Kot wraca do całkiem innego domu. Można mieć nadzieję, że pozostanie w nim na dłużej.

"Wiktorio, I love you" wizualnie bardzo pozytywnie wyróżnia staranny i przyjemny dla oka layout. Szlachetny, płócienny grzbiet dodaje ponadczasowej klasy bardzo nowoczesnej szacie graficznej.

sobota, 21 stycznia 2017

Książkowe babcie i dziadkowie




Dam sobie głowę uciąć, że nie zdołaliśmy wybrać z domowych półek wszystkich książek o babciach i dziadkach. Przesympatyczna historia o trudnej starości: "Ninka. Dziadku, chodź!" Karoliny Lijklemy została na działce. Sadzonka  zawsze daje się porwać czarowi "Ninek", bo wyobraźnia w niewytłumaczalny sposób miesza się tam z rzeczywistością. W pamięci mamy też "Świat według dziadka" Staneckiej, inspirowany osobistymi wspomnieniami autorki.

Na chustę trafił za to cały przekrój naszej dziecięcej biblioteczki. Najdłużej jest z nami, książka o babci, która połknęła muchę ("There Was an Old Lady who Swallowed a Fly"), jest to jednocześnie rymowanka z długą brodą, znana powszechnie wśród anglojęzycznych dzieci. Egzemplarz, który widzicie uwielbiamy za dziury, w których znikają kolejne zwierzęta i za płytę z piosenką.

Kartonowa "Rzepka" Tuwima w opracowaniu graficznym Ewy Kozyry-Pawlak towarzyszyła Tomkowi od pierwszych miesięcy życia. Niezbyt staranna od strony typograficznej, urzeka charakterystycznymi tekstylnymi wycinankami. Raz na jakiś czas widuję ją jeszcze na wyprzedażowych stosach.

W ślad za nią "Kurczę blade" Chotomskiej, również ulubiona kartonówka Tomka. Ciągle zachwyca mnie ponadczasowy layout projektu Lutczyna. Książka swoją premierę miała w latach 80. Podobno marny peerelowski papier nie odbił się negatywnie na intensywości kolorów. Nowe, trwałe, dwujęzyczne wydanie, już nie na cienkim kredowym papierze, gwarantuje książce kolejne lata popularności.

"Babcia robi na drutach" (Uri Orlev) - znakomita, metaforyczna opowieść o akceptacji, zrozumieniu i szukaniu bezpieczeństwa powołuje do życia postać silnej, zdeterminowanej babci, która swoje wnuki dzierga starannie na drutach. Groteskowe, z pozoru niedbałe ilustracje Marty Ignerskiej doskonale oddają nastrój zagrożenia i niepewności, który towarzyszy tej niełatwej lekturze.

"Czy umiesz gwizdać Joanno?" garściami czerpie ze skandynawskiego naturalizmu. Ulf Stark znany jest z tego, że nie owija w bawełnę. Książka o poszukiwaniu bliskości, byciu razem i odchodzeniu - takiemu na zawsze.

 Nowością pachnie u nas "Łauma" Karola Kalinowskiego. Drugie wydanie komiksu pojawiło się tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Babcia - wiejska szeptucha z suwalszczyzny - to dość niecodzienny przypadek literackiej babci. Komiks wyróżnia się dobrze przemyślaną, oryginalną fabułą i doskonałym językiem.

Wyciągnęliśmy też na światło dzienne "A Squash and a Squeeze", historyjkę stworzoną przez Julię Donaldson, autorkę "Gruffala". Opowiadanie nawiązuje do tradycyjnej żydowskiej bajki, o kobiecie, która skarży się, że ma za mały dom i za namową mędrca, paradoksalnie żeby poprawić swój komfort, zaprasza do domu przeróżne zwierzęta. Finał pewnie większość z nas już zna. Zapewniam, że dla dzieci będzie on sporym zaskoczeniem.

Zbliżone wyliczankowym charakterem "Co?!" Kate Lum spodoba się wszystkim nieśpiochom. Pewnie mniej ucieszą się zdeterminowane do położenia wnuka do łóżka babcie.

Ostatnia w zestawieniu, "Babcia rabuś" wzbudziła swego czasu sporo kontrowersji, według mnie zupełnie niesłusznie, będąc posądzaną o bazowanie jedynie na prostackim dowcipie rodem z chłopięcej szatni. Warto przeczytać, żeby przekonać się, że nie w tym rzecz. Świetna książka do zakopywania międzypokoleniowych luk. Podobną funkcję spełnia najnowsza książka Walliamsa - "Wielka ucieczka dziadka" - wzruszająca, dowcipna i trzymająca w napięciu.

Miłego świętowania!

Ps. Niechcący umknęła mi najmniejsza formatem, "Babcia na jabłoni" - zwiastun poczytnej serii Wydawnictwa Dwie Siostry - Mistrzowie Ilustracji. Grafiki do polskiego wydania tej austriackiej powieści wykonał w latach 60. Mirosław Pokora. Uwielbiamy scenę przejażdżki samochodem z automatycznym podajnikiem malinowego soku. Mniam!

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Tymek i Mistrz


Tymek i Mistrz
Rafał Skarżycki & Tomasz Leśniak
Kultura Gniewu 2016
















Recenzję "Tymka i Mistrza" odkładałam na święte nigdy, szczerze onieśmielona zadaniem z jakim muszę się zmierzyć. W grudniu wyszedł drugi tom i poczułam dla odmiany totalnie zawstydzenie, że nadal nie znalazłam w sobie dosyć odwagi. Pora wziąć się w garść, pomyślałam i zaczęłam na nowo kartkować dwa atrakcyjnie prezentujące się tomiki od Kultury Gniewu.

"Tymek i Mistrz" swoją faktyczną premierę miał kilkanaście lat temu na łamach "Komiksowa". Krótkie historyjki ukazywały się tam przez dwa lata. Chwilę później, w formie zeszytów, zaczął pojawiać się za sprawą wydawnictwa Egmont. Rezolutny Tymek i ekscentryczny Mistrz zdobyli serca czytelników w różnym wieku i walnie przyczynili się do rozkwitu popularności swoich twórców - Tomka Leśniaka i Rafała Skarżyckiego.

Siłą komiksu są przede wszystkim świetnie wykreowane postacie i atrakcyjne przygody. Autorzy dokonali niemożliwego, w krótkich kilkunastookienkowych odcinkach upychając naprawdę niebanalne historie. Nie sposób odmówić im też inteligentnego, niewymuszonego poczucia humoru. Komiks skrzy się od zaskakujących gier słownych, poczynając od nieoczywistych dwuznaczności, poprzez szukanie inspiracji w przysłowiach, na idiomach kończąc. Mam wrażenia jednak, że tym co istotnie wyróżnia "Tymka i Mistrza" na tle innych komiksów dla dzieci jest wspięcie się na wyższy poziom narracji, który bez obaw nazwałabym metafikcją. Metafikcja to taki rodzaj budowania fabuły, który zaciera różnicę między światem przedstawionym a rzeczywistością. Skarżycki i Leśniak robią to na przeróżne sposoby. Przede wszystkim wykorzystują do tego celu samą architekturę komiksu. Bohaterowie rozmawiają ze sobą przez kadry, odnoszą się do scen z innych okienek i przeskakują między nimi, udowadniając, że w istocie wiedzą i widzą znacznie więcej niż uprawnia ich do tego status komiksowej postaci. Ale autorzy wykorzystują również samą narrację. Tymek i Mistrz niejednokrotnie pokazują, że są świadomi bycia wytworem fikcji i poza protokołem przejmują stery jej budowania. Tym samym wprowadzają autorów w charakterystyczny dla metafikcji niepewny status, gdy ich własne dzieło, na krótki moment, wymyka im się spod kontroli. Kontekst sytuacyjny komiksu również wydaje się bardzo chwiejny, co potęguje napięcie i wprowadza element zaskoczenia. Bohaterowie przemieszczają się w czasie i przestrzeni, posługują się magią i czytają w myślach. Ich otoczenie przypomina zakrzywioną rzeczywistość, gdzie nagłe pojawienie się przedmiotów spoza spójnie wykreowanego świata, jest możliwe i po pewnym czasie przestaje budzić początkowe zaskoczenie. W efekcie światy zaczynają się dublować i przenikać, a obserwowanie relacji, jakie między nimi zachodzą, staje się kolejną czytelniczą przyjemnością.

Od pierwszego kontaktu z "Tymkiem i Mistrzem" nie opuszcza mnie przekonanie, że Skarżycki i Leśniak są prawowitymi kontynuatorami twórczości Tadeusza Baranowskiego, który przed laty jako pierwszy i z równą swobodą zaproponował najmłodszym czytelnikom zabawę komiksem, w którym fikcja jest samoświadoma.  Radość  i satysfakcja z jaką łamią komiksowe reguły, by pokazać rzeczywiste możliwości komiksu jako medium, przebija z każdego odcinka i udziela się wdzięcznym czytelnikom. "Tymek i Mistrz" to komiks, który się nie nudzi, do którego warto i chce się wracać.







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...