poniedziałek, 21 grudnia 2015

The Day the Crayons Quit


The Day the Crayons Quit
(Dzień, w którym kredki się zbuntowały)
Drew Daywalt
il. Oliver Jeffers
HarperCollins 2014









Z kredkami mam mały problem. Budzą u mnie współczucie samym faktem swojego istnienia, jak zbity pies albo stłuczone jajko. Mamy ich w domu kilka pudełek. Niektóre pamiętają jeszcze czasy mojego dzieciństwa. Krótkie i długie, z połamanym grafitem albo całe, w niechodliwym kolorze albo z obdartym papierkiem. Zawsze żal wyrzucić nawet te najkrótsze, bo przecież jeszcze można nimi rysować. Mało które mieszkają jeszcze w swoim prawowity, firmowym pudełku.

O zbuntowanych i niezadowolonych ze swego losu kredkach powstała książka. I to obrazkowa, ale z największą ilością tekstu jaką chyba kiedykolwiek w obrazkowej książce zdarzyło mi się zobaczyć. Za stronę graficzną odpowiedzialny jest Oliver Jeffers, który swoim charakterystycznym pismem wykaligrafował kilkanaście listów od kredek, które uciekły z pudełka. Formuła książki epistolarnej (epistolary book) -  to dość znany i sprawdzony gatunek w literaturze anglosaskiej dla dzieci. Jeśli pamiętacie "Listy Felixa", to zasada jest ta sama. Tam można było nawet samodzielnie wyjmować listy z kopert. Tu wszystko jest zintegrowane. Jeffers zrobił świetną robotę. Jest naprawdę nieoceniony w udawaniu dziecięcej kreski i mimo że na końcu, małym drukiem są wyszczególnione dzieci, które pomogły mu w stworzeniu części rysunków, trudno jest się zorientować, gdzie przebiega granica ich twórczych działań.

Treść listów to najczęściej potok żalów i pretensji, jednak trafionych w punkt. Biała kredka skarży się, że rysuje tylko po białym, żółta z pomarańczową kłócą się o pierwszeństwo w kolorowaniu słońca, często używana niebieska boi się, że jest już bardzo krótka, a cielista płacze, że nie ma już papierka i wstydzi się wyjść z pudełka. W to wszystko, co w historiach kredek może uwieść kilkulatka wpisana jest druga, bardzo subtelnie podana warstwa skierowana do dorosłego. Temperamenty kredek parafrazują charaktery dzieci z ich otwartymi, nieskrywanymi emocjami domagającymi się uwagi i zadośćuczynienia.

Jak zareaguje Duncan, na użytek domowego przekładu zwany przez nas Darkiem? Czy przejmie się losem swoich małych towarzyszy? Od razu mówię, że zakończenie nie jest zaskakujące, ale zgrabne i wspierające tezę o potrzebie dziecięcej kreatywności. W tym roku ukazała się zresztą druga część książki (The Day the Crayons Came Home), o tym jak kredki wróciły do domu, stąd finału nie należy traktować zbyt definitywnie. Obie książki znalazły się na prestiżowej liście bestsellerów New York Timesa, zajmując pierwszą pozycję. I jakkolwiek chciałoby się je zobaczyć w polskim przekładzie, jak namówić Olivera Jeffersa, żeby wykaligrafował tekst dla dzieci znad Wisły?










środa, 16 grudnia 2015

5 książek, którym się nie udało


Nie będę owijać w bawełnę. Przy opracowywaniu tego wpisu nie sprawdzałam rankingów w największych sieciach księgarskich, nie konsultowałam wyników sprzedaży wiodących hurtowni, ani nie robiłam podchodów u wydawców. Ranking 5 książek jest wyjątkowo subiektywnym zestawieniem książek, którym w 2015 roku się nie udało. Przez nieudanie mam namyśli to, że nie wypłynęły masowo na książkowe blogi, nie było o nich głośno na facebookach i innych instagramach i pewnie nie znajdziecie ich powszechnie obecnych wśród świątecznych polecanek. Zwyczajnie jest o nich za mało. Worstsellery? Być może. Dla mnie to książki, którym się nie udało. A powinno.


"Romeo i Julia" Wydawnictwa Format to zaledwie przedsmak tego, co seria Babylit oferuje w całym swoim przekroju: żłobek klasycznej literatury, element edukacyjny (w przypadku "RiJ" nauka liczenia do 10) oraz przyciągające wzrok ilustracje. Do tego należy dodać niezawodny karton oraz wersję dwujęzyczną. Dałabym się uwieść wszystkim tytułom, nawet tym bardziej egzotycznym jak "Jabberwocky" Lewisa Carrolla, gdyby tylko pojawiły się po polsku.

"Jestem miasto. Kraków" jest jakby drugą częścią miejskiej serii z mapami. Wprawdzie "Jestem miasto. Warszawa" Marianny Oklejak ukazało się pod szyldem Czułego Barbarzyńcy, a "Kraków" firmuje już Wilga oraz zespół autorski Artur Wabik & Marcin Surma, jednak pomysł, projekt okładki, a wreszcie tytuł, wyraźnie łączą je ze sobą. W pełni ilustrowana historia miasta od pierwszych Słowian do dziś. Polecam obie. Dla przypomnienia, porównania, przyjemności.

"Dźwięk". Duża dawka przystępnie podanej wiedzy i odważna szata graficzna. Prawdziwa gratka dla małych fascynatów fizyki, chociaż i ci mniej zagorzali nie zanudzą się na pewno. Można się dowiedzieć w szczegółach jak działa ucho, a nawet jak rozmawiają ze sobą rośliny. "Dźwięk" to również druga część serii, tym razem "czego nie widać". Książka nominowana do Nagrody Złotej Roży 2015 na Warszawskim Festiwalu Nauki. Poprzedził ją równie fascynujący "Brud" duetu autorskiego Olga Woźniak i Patryk Mogilnicki.

Na deser zostały dwie dziewczyny: Madeline i Ninka. "Madeline w Paryżu" to klasyka znana dobrze z filmowych adaptacji. Pierwsza książka z serii została wydana w 1939 r. Pierwsze w Polsce kompletne wydanie ukazało się w tym roku, nakładem Znaku. Ponad 300 pełnowymiarowych, zachwycających ilustracji i po dwie linijki tekstu na stronie.W sam raz do samodzielnego czytania.

Zestawienie zamyka "Ninka. Dziadku, chodź!" z typowo przedszkolnej serii ("Ninka. Patrzcie, morze!"). Ale nie dajcie się zwieść. "Ninka" ma coś w sobie, czego nie znajdziecie u Basi, Zuzi, Hani, Zosi i innych. Zachwyciło mnie z wyczuciem i przekonująco oddane zespolenie świata dziecięcej fantazji i prawdziwych wydarzeń. Bezcenne. Graficznie autorka również nie pozostała w tyle. Świetna, autorska seria (znowu!) do poczytania z 3-latkami i starszymi też.

Macie swoje propozycje? Którym książkom nie udało się Waszym zdaniem, a zdecydowanie powinno? Jeszcze mają szansę trafić do worków Świętych Mikołajów, Gwiazdorków i Aniołów. Okienko komentarzy poleca się Waszej uwadze.


 "Romeo i Julia", Jennifer Adams, il. Oliver Alison, Format 2015.
"Jestem miasto. Kraków", Artur Wabik, Marcin Surma, Wilga 2015.
"Dźwięk", Irena Cieślińska, il. Patricija Bliuj-Stodulska, Hokus-Pokus 2015.
"Madeline w Paryżu", Ludwig Bemelmans, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2015.
"Ninka. Dziadku, chodź!", tekst i il. Karolina Lijklema, Muza 2015.
 

środa, 9 grudnia 2015

Książka Roku 2015


 Znamy już szczęśliwych zwycięzców! Gratulacje.


5 sekund do Io, Małgorzata Warda, projekt okładki Ula Pągowska, Media Rodzina 2015, wiek16+.
Mat i świat, Agnieszka Suchowierska, projekt okładki  i il. Tomasz Kaczkowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015, wiek 7+.
Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych, Marianna Oklejak, Egmont 2015, wiek 3+
13 bajek z królestwa Lailonii dla dużych i małych, Leszek Kołakowski, projekt okładki, opr. graf. i il. Paweł Pawlak, Znak 2015, 9+.



wyróżnienia literackie:

Bajka o Wojnie, Joanna Rudniańska, il. Piotr Fąfrowicz, pr. graf. Mateusz Kowalski, Bajka 2015, wiek 10+.
Stary Noe, Zuzanna Orlińska, Literatura 2015, wiek 8+.
Strachopolis, Dorota Wieczorek, il. Nikola Kucharska, pr. okł. Łukasz Libiszewski, Skrzat 2015, wiek 10+.
Królowa Ptaków, Zofia Beszczyńska, il. Aleksandra Kucharska-Cybuch, Akapit Press 2014, wiek 14+.
Obcy w lesie, Danuta Parlak, i. Regina Bzyk, Alegoria 2015, wiek 5+.
Król, Katarzyna Ryrych, pr. okł. Elżbieta Chojna, Literatura 2015, wiek 12+.

wyróżnienia graficzne:

Bajki, Erna Rosenstein, il. Karol Banach, Warstwy 2014, wiek 7+.
Warszawa, Grażka Lange, Tako 2015, wiek 12+.
Mmmmm, Monika i Adam Świerżewscy, EneDueRabe, Gdańsk 2014, wiek 1+.
Zbuntowany elektron, Józef Wilkoń, Hokus-Pokus 2015, wiek 3+.

środa, 2 grudnia 2015

Cuda wianki


Cuda wianki. Polski folklor dla młodych i starszych
Marianna Oklejak
Egmont 2015










Wiwat Marianna Oklejak! - chciałabym wyjść przed dom i krzyknąć, ale przecież nie wypada. To chociaż napisać boldem na Facebooku, ale potem będzie, że Mała Czcionka jest wyraźnie stronnicza. Wszyscy wiedzą, że jest, więc może sobie jednak pozwolę przynajmniej powtórzyć: Wiwat! "Cuda wianki" zaskoczyły mnie totalnie, wprawiły w zachwyt, oczarowały genialnym, całościowym projektem i dodały otuchy, że duch w narodzie nie umiera i folklor da się pokazać nie tylko na wszędobylskich filcowych torbach i podkładkach pod garnek.

Ale nie o sam folklor tu chodzi, bo w gruncie rzeczy ukłony należą się autorce przede wszystkim za doskonałe opracowanie obrazkowej książki autorskiej - stworzenie spójnej koncepcji przekazu, zarówno w warstwie treści jak i formy. Koncepcji, która nie pozostawia wątpliwości, że stoi za nią nie tylko chęć przekazania wiedzy encyklopedycznej, ale również powiązania ludowych motywów ze współczesną, bliską nam rzeczywistością. To już druga po "Jestem miasto. Warszawa" autorska książka Marianny Oklejak. Z przyjemnością stwierdzam, że jeszcze lepsza od poprzedniej i utwierdzam się w przekonaniu, że wszechstronność i inteligencja autorki pozwoliłyby jej na zrobienie świetnej książki choćby o wiosennym deszczu, gdyby tylko przyszła jej na to ochota.

"Cuda wianki" z pozoru wydają się tylko zbiorem ludowych motywów zaaranżowanych w efektowne, graficzne kolaże. Rzeczywiście, nie sposób nie docenić ogromnej różnorodności materiału zgromadzonego na potrzeby książki, który ewidentnie jest wynikiem własnych doświadczeń i poszukiwań, a nie tylko eksperckiej wiedzy zaczerpniętej z fachowej literatury. Między stronami kryje się jednak coś jeszcze, czego zwiastun stanowią hasła obok paginacji. Dopiero zagłębienie się w treść pozwala w pełni odkryć ukrytą historię dwóch współczesnych par bohaterów, których życie zazębia się z ludowymi zwyczajami barwnie narysowanymi na kartach książki. Tradycyjne polskie motywy towarzyszą uroczystościom, w których biorą udział, pojawiają się w ich najbliższym otoczeniu oraz w postaci ludowych przyśpiewek komentujących ich wzajemne relacje. W bardzo subtelny sposób dochodzi do zetknięcia tego co stare z tym co nowe. Neony, witryny sklepów, koncert rockowy budują współczesny anturaż dla ozdobnych firan, krawatów w ludowe wzory, pasiastego koca plażowego, ale również religijnych uroczystości, które od lat w swej uniwersalności błądzą między teraz a dawniej.

"Cuda wianki" niosą w sobie urok pewnej powtarzalności, która łączy pokolenia niezależnie od czasów. Widzimy to w losach bohaterów książki, ale przede wszystkim w cyklu rocznym, który Marianna Oklejak sprytnie zamknęła w ramy Wielkanoc - Boże Narodzenie. Dostrzegam tu szeroką metaforę przechodzenia od śmierci do życia. Przypomina też o tym bocian, który samotnie wita czytelników na pierwszym rysunku i żegna się z nimi na ostatnim, odlatując z pustym zawiniątkiem. Niesłychane jak dużo w tej książce dzieje się na poziome metafor, nawiązań i symboli.

Jesteśmy jeszcze przed ogłoszeniem tegorocznych nagród IBBY. "Cuda wianki" otrzymały nominację w kategorii graficznej. Jeśli zdobędą tytuł Książka Roku 2015, będzie to nagroda w pełni zasłużona. Trzymam kciuki za sukces.









piątek, 20 listopada 2015

Malutki Lisek i Wielki Dzik. Tam


Malutki Lisek i Wielki Dzik. Tam
Berenika Kołomycka
Egmont 2015










Ktoś w Sieci napisał anonimowo, że "Malutki Lisek i Wielki Dzik" to książka przereklamowana. Przez kilka ostatnich dni trawię w sobie to zdanie i coraz silniej się z nim utożsamiam. Jednocześnie jest mi po ludzku niezwykle przykro.

W jednym z wywiadów Berenika Kołomycka przyznała, że własnoręczne napisanie scenariusza do komiksu było dla niej nowością i pewnym wyzwaniem. Nie da się ukryć, że to właśnie pomysł na fabułę, a właściwie jego brak, jest najsłabszym ogniwem "Malutkiego liska". Historia zatacza kręgi, ale do końca nie nakreśla celu i nie przynosi satysfakcjonującego finału. Lisek i Dzik spotykają się w niejasnych okolicznościach, zawiązuje się między nimi przyjaźń niepoparta żadnymi logicznymi przesłankami i w niezbyt przekonujący sposób rozwijająca się w kolejnych rozdziałach komiksu. Motyw wspólnej wyprawy Tam nie ma w sobie wystarczającego stopnia napięcia, a dialogi przypominają teksty ze szkolnych czytanek. Konia z rzędem temu, komu uda się zatrzymać dziecko przy historii Liska i Dzika i nie poczuje się zażenowany stopniem jej infantylności.

Mimo że nie znam autorki osobiście, czuję dużo emocji i osobistego zaangażowania włożonego w ten album, które niestety moim zdaniem nie przełożyły się na jego jakość. Jest mi również przykro ze względu na czytelnika, który otrzymuje książkę niedopracowaną, a mimo to rekomendowaną przez jury konkursu im. Janusza Christy. Od kilku lat domagamy się mądrych, niezmanierowanych książek dla dzieci i szczęśliwie co raz więcej takich pozycji mamy możliwość podsuwać dzieciom. Zawsze najlepszą gwarancją sukcesu będzie doskonała znajomość odbiorcy: jego wrażliwości, dojrzałości i zainteresowań. Odnoszę wrażenie, że w przypadku "Malutkiego Liska i Wielkiego Dzika" górę wzięła chęć realizacji projektu, nie poparta odpowiednim namysłem. Być może też projekt przerósł autorkę z powodu tempa pracy, jakie narzucił wydawca lub reguł konkursu, które zobowiązują twórcę do przysłania zaledwie ośmiu do dziesięciu plansz komiksu.

Od pierwszego kontaktu z okładką, która urzekła mnie skromnym, dobrze wyważonym stylem, minęło sporo czasu. Miałam nadzieję na ambitną książkę obrazkową, a widok nietypowych dla komiksu akwareli podsycił jeszcze moje nadzieje.Tymczasem forma przerosła treść. "Malutki lisek i Wielki Dzik" nie zasilą raczej raczkujących nadal szeregów dobrych, współczesnych komiksów dla dzieci. Szkoda.




sobota, 14 listopada 2015

Banzai. Japonia dla dociekliwych


Banzai. Japonia dla dociekliwych
Zofia Fabjanowska-Micyk
il. Joanna Grochocka
Wydawnictwo Dwie Siostry 2015















Ciekawie plotą się moje tegoroczne literackie zetknięcia z japońską kulturą. Są niejednoznaczne, zaskakujące i dość niespójne w ogólnym odbiorze. Ale, być może, nie powinnam się dziwić, poznając dwie zupełnie odmienne relacje o Kraju Kwitnącej Wiśni.

"Dzienniki japońskie" Piotra Milewskiego, które miałam okazję czytać letnią porą, wprowadziły mnie w dość przygnębiający nastrój i pozostawiły wrażenie Japonii gorącej, wilgotnej, przeludnionej i brudnej. Sukces gospodarczy czy jej bogata kultura nie wystawały na milimetr spod ciasnej pierzynki małometrażowych mieszkań, zabieganych ludzi, a przede wszystkim trudności ekonomicznych, z jakimi w trakcie podróży mierzył się sam autor. Z każdego rozdziału wylewał się obficie niskobudżetowy charakter wyprawy, zmaganie z głodem i brakiem dachu nad głową, co w efekcie sprawiło, że samej Japonii jest w "Dziennikach" stosunkowo mało.

"Banzai" przyniosło coś nowego i świeżego. Przede wszystkim potężną dawkę lekko i ciekawie podanej wiedzy, którą ja przyjęłam z ulgą, a Tomek z autentycznym zainteresowaniem, przekutym na postanowienie przygotowania w najbliższym czasie prezentacji o Japonii. "Banzai" nie jest ani przewodnikiem, ani fabularną opowieścią, a raczej małym kompendium wiedzy dla początkujących, pełnym istotnych informacji, ale i pomniejszych ciekawostek. W kilkudziesięciu naprawdę krótkich rozdziałach autorka przejrzyście napisała o przeróżnych aspektach życia w Japonii: od narodowych symboli, poprzez różne święta, japoński kalendarz, kuchnię, sztukę, uwarunkowania geograficzne, kończąc na ikonach współczesnej kultury, takich jak manga, sushi czy Hallo Kitty. Informacji jest bardzo dużo, ale podane z lekkością nie znudzą kilkulatka, a dorosłego, który zdaje sobie sprawę ze swojej powierzchownej wiedzy na temat Kraju Kwitnącej Wiśni, mogą wprawić w zakłopotanie. Najbardziej jestem jednak wdzięczna za przystępne wprowadzenie do japońskiego, zwłaszcza do metodologii zapisu, która przestaje być tak enigmatyczna i groźna, a zamieszczony przy każdym tytule rozdziału japoński napis oraz mały słowniczek na końcu książki pozwalają szukać analogii i rozszyfrowywać znaki na własną rękę. Pomocna jest również prosta transkrypcja. Mnóstwo zabawy gwarantowane.

Nie sposób nie wspomnieć o bardzo klimatycznej warstwie wizualnej książki, utrzymanej w stonowanej, różowo-zielonej tonacji i stylu nawiązującym do japońskiej kaligrafii. Mapka na początku pozwala zorientować się w topografii wysp, a legenda odnaleźć ciekawe miejsca i przeczytać o nich kilka słów. My dodatkowo skorzystaliśmy jeszcze z pomocy "Map" Mizielińskich, na których Tomek wyszukiwał i rozpoznawał japońskie motywy. Książka nie koncentruje się jednak przesadnie na samej geografii. Rozdziały można swobodnie czytać na wyrywki, omijać trudniejsze lub mniej interesujące. Obraz Japonii jaki wyłoni się z tej układanki będzie tak czy inaczej na wskroś pozytywny. Możemy mieć to autorce za złe, ale przyznam, że po moich wcześniejszych doświadczeniach, taka podróż bez biletu po idealnej Japonii jest wyjątkowo przyjemna.





czwartek, 5 listopada 2015

Stick Man


Stick Man
Julia Donaldson & Axel Scheffler
Scholastic Children Books 2011
















Dzisiaj o książce, która sprawia mi tyle samo kłopotu, co przyjemności: "Stick Man", czyli w wolnym przekładzie Pan Patyczek. Bohater znany, chociaż nie przedstawiony oficjalnie, przewija się w drugiej części przygód Gruffala ("Mały Gruffalo"), gdzie odgrywa niewielką rolę cichego towarzysza. Tu Pan Patyczek pokazuje nam zupełnie nowe oblicze i powiem szczerze - w tym wydaniu wypada znacznie ciekawiej. Pomijając fakt botaniczny, że, od czasu przygody ze Złą Mychą, wyrastają mu dwa liście na głowie i dwa podobne na ramieniu, to na dodatek zakłada rodzinę.



Przygoda opowiedziana w książce jest długa. Dość powiedzieć, że Pan Patyczek podczas porannego biegania wpada w łapy psa i od tego momentu zaczyna się jego wielka podróż, która trwa okrągły rok, a w jej trakcie, Pan Patyczek staje się obiektem zainteresowaniu wielu ludzi i zwierząt, którzy chcą go wykorzystać do swoich potrzeb. Julia Donaldson opisuje wszystko kwieciście, przy pomocy rymowanych zwrotek i powracających refrenów, a mi pozostaje trudzić się wielce, żeby sprostać dynamice opowieści i nie zanudzić słuchaczki słabym przekładem. Na szczęście na rysunkach dzieje się tyle, że Sadzonka nie zważa zanadto na moje słowne łamańce i to, że po prawie trzydziestu stronach tekstu, jestem ledwo żywa.



Jak zwykle u Schefflera, przyroda gra ogromną rolę. Jest oczywiście wielu zwierzęcych pierwszo- i drugoplanowych bohaterów i to zarówno tych leśnych jak i miejskich, a co za tym idzie parę bardzo ciekawych plenerów w tle. Mamy okazję śledzić Pana Patyczka w podmiejskim lesie, zatłoczonym parku, nieco brudnym kanałku, rzece, na gorącej plaży, a na koniec w małej miejscowości, gdzie trafia w ręce zmarzniętych, zbierających chrust kolędników. Co ciekawe, z każdej opresji wychodzi cało, nie tracąc swoich listków, które w jesienno-zimowych okolicznościach zmieniają tylko kolor na bardziej brązowy.


Pan Patyczek zupełnie czym innym uwodzi mnie w "Małym Gruffalo", a czym innym w tej książce. Tam rozczulał swoją nieporadnością i rozkładał na łopatki prostym pomysłem na uniwersalną, łatwą do wykonania maskotkę. W "Stick Manie" jest wręcz przeciwnie. Zaskakuje dynamiką - potrafi biegać! - i odwagą. Staje się bohaterem na miarę superbohaterów. Niezwyciężony jak James Bond ze szklaneczką Martini, czy Superman w niebieskim kostiumie, Pan Patyczek ze swoimi wiecznotrwałymi listkami powinien chyba, na użytek naszego domowego przekładu, zmienić imię na Superpatyk. Ciekawe, co na to Sadzonka?



piątek, 30 października 2015

Wyprawa Shackletona


Wyprawa Shackletona
William Grill
Kultura Gniewu 2015















Na co liczył Ernest Shackleton, wykupując w gazecie takie ogłoszenie: "Poszukiwani mężczyźni na niebezpieczną wyprawę, niska wypłata, przejmujące zimno, długie miesiące kompletnej ciemności, stałe niebezpieczeństwo, mała szansa na bezpieczny powrót, sława i rozpoznawalność w przypadku sukcesu"?


 Podobno odzew był ogromny. Zgłosiło się kilka tysięcy osób, w tym również kilka kobiet. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że wyprawa transantarktyczna zamieni się w najsłynniejszą i najbardziej heroiczną misję samoocalenia, w wyniku której całej załodze uda się szczęśliwie i bez szwanku powrócić do domu.

Historia, prawie jak za bajki, wymagała odważnej i pełnej rozmachu książki. "Wyprawa Shackletona" Williama Grilla właśnie taka jest. Wypada się nad nią pochylić chwilę dłużej, bo wspaniale odwdzięcza się za czas jej poświęcony. Jest książką wyważoną w sposób niebywały, oddziałującą na czytelnika zarówno atmosferą, jak i bardzo drobiazgowym ujęciem tematu. Nie sposób przejść obojętnie obok spisu załogi, czy listy 69 imion psów zabranych na pokład. Również w warstwie wizualnej Grill daje wyraźnie odczuć, jak bardzo dobrze zaplanowana i udokumentowana była to podróż. Na rysunkach pojawia się wyposażenie badawcze, prowiant, ale również mapy przedstawiające przebieg rejsu. Podczas gdy tekst cały czas sucho relacjonuje wydarzenia, obraz oddziałuje na emocje. Co jakiś czas przechodzi  od planu totalnego do detalu i z powrotem. Jest w tym ukryta jakaś metafora ogromu oceanu i kruchości ludzkiego istnienia, potęgi żywiołu i siły ludzkiej determinacji.

Mam wrażenie, że również okładka i umieszczona na niej rozeta, a może kalejdoskop, ma przypominać o tym, że wiele drobnych szczegółów składa się na obraz całości. Gdyby nie współpraca i siła woli kilkudziesięciu mężczyzn, których statek został zmiażdżony przez kry i którzy na długie miesiące utkwili na lodowej pustyni, bez możliwości wezwania ratunku, nie powstałaby ta książka, a ślad po załodze, nomen omen Endurance, zaginąłby na wieki.

"Wyprawa Shackletona" wypełnia lukę wśród książek obrazkowych, proponując powieść graficzną o charakterze przygodowym. Nie stara się zrobić z czytelnika eksperta od oceanografii, ani speca od żeglugi dalekomorskiej. Opowiada historię, kreśląc dość szerokie spektrum zarówno kulturowe, jaki i historyczno-geograficzne. Staje się impulsem do śledzenia mapy, odkrywania nowych lądów. Perfekcyjnie łączy rzetelną narrację z dopracowanym i spójnym layoutem.  Dzięki temu może trafić do odbiorców w różnym wieku, każdemu proponując inne odczytanie. W zależności od dojrzałości i zainteresowań, naprowadzając na odmienne tory własnych czytelniczych poszukiwań.







czwartek, 22 października 2015

Hilda i nocny olbrzym


Hilda i nocny olbrzym
Luke Pearson
Centrala 2013
















Z dwuletnim opóźnieniem dogrzebałam się nareszcie do "Hildy", na którą już od dawna miałam apetyt. Najstarsza podebrała mi ją natychmiast i nim zdążyłam się zorientować została jej fanką, entuzjastką, zwolenniczką, bezkrytyczną absolutnie i z miejsca żądającą pozostałych części. Na moje nieszczęście, dostarczyłam jej nie pierwszy lecz drugi tom serii, co spotkało się z dużym zawodem, bo jakże tak, zaczynać czytanie od środka. W sumie racja. Sama miałam dylemat, czy pisać o Hildzie, jeżeli nie poznałam pozostałych wydanych w Polsce tytułów ("Hilda i troll", "Hilda i ptasia parada"), ale doszłam do wniosku, że uda mi się bez generalizowania opowiedzieć o moich wrażeniach z lektury, które były mniej jednoznaczne niż mojej córki.

Zacznę od tego, że sama Hilda jest bardzo trafionym typem postaci. Zarówno jej wygląd, jaki i sposób bycia  oraz życiowa determinacja konstruują bohatera, z którym chce się być. To niezaprzeczalny atut. Czytelnik po lekturze zostaje w ręku z komiksem, o którym po prostu nie chce mówić nic złego, bo nie wypada przecież obgadywać dobrego przyjaciela. Właśnie tak się poczułam i mimo że zwykle z miejsca dzielę się z najbliższymi pierwszymi wrażeniami po lekturze, tym razem przemilczałam fakt, że "Hilda i nocny olbrzym" okazała się moim małym zawodem.

Imię głównej bohaterki i tytuł pierwszego komiksu ("Hildafolk") nawiązują prawdopodobnie do islandzkiego słowa huldufólk oznaczającego elfy - ukrytych ludzi - stworzenia zbliżone wyglądem do ludzi i noszące ludzkie ubrania, ale niebezpieczne, bo zwodzące swym atrakcyjnym wyglądem. Sama Hilda jest ludzką dziewczynką, choć kto wie, może to tylko przejaw tej ujmującej elfiej powierzchowności. Świat Hildy jest wielobarwny i ciekawy. W ujęciu obrazu, żółto-niebiesko-czerwona Hilda świetnie kontrastuje z ograniczoną paletą kolorów pozostałych elementów. Z punktu widzenia samej opowieści, bardzo inspirująco na wyobraźnię działa łączenie fantastycznego świata przedstawionego, zdominowanego przez folklor islandzki, z motywami współczesnych, ludzkich problemów, takich jak: uciążliwe sąsiedztwo, obietnice wyborcze bez pokrycia, jałowe mechanizmy biurokracji, czy manipulowanie opinią publiczną. Hilda ma okazję poczuć się jednocześnie w skórze dominującego jak i zdominowanego. Jako postać sytuuje się pomiędzy olbrzymem a elfami. Kontrast miedzy potężnym lecz zagubionym Jorgenem a małymi, pozbawionym dłoni elfami, działającymi siłą grupy, świetnie pokazuje wielobarwność społecznych zjawisk i ich zmienność, zależną często od konsolidacji i rozpadów. Mimo to w "Hildzie" nie sposób znaleźć realną przemoc czy nawet rywalizację. Wszystkie postacie mają naprawdę pozytywny wydźwięk.

Jednocześnie jest coś takiego w "Hildzie", co nie daje mi pełnej satysfakcji obcowania z fabułą. To tak jakby jechać ekspresem przez wyjątkowo urokliwą okolicę i zerkać na różne ciekawe widoki, nie mogąc się im jednak dostatecznie długo przyjrzeć. Mój pociąg, podczas czytania "Hildy i nocnego olbrzyma", pędził bardzo szybko, rozpoczynając kilka ciekawych wątków i kończąc je, zanim jeszcze zdążyłam wczuć się na dobre w ich klimat. Po wyjściu na peron mogłam tylko drugi raz wsiąść do tego samego pociągu, żeby znowu stwierdzić, że taki zasób pomysłów, jaki Pearson zgromadził w "Hildzie i nocnym olbrzymie", aż prosi się o szersze ujęcie. Tymczasem opowieść jest nierówna. Rozpoczyna się od obszernych fragmentów, w którym autor poświęca dużo okienek na detale i budowanie atmosfery.  Czym bliżej końca, tym więcej jest skrótów i tempo fabuły zaczyna koncentrować się raczej na wpasowaniu i połączeniu wszystkich wątków, niż dbaniu o równy poziom formy artystycznej komiksu.Szkoda, bo dobrze widać, że Pearson umie budować atmosferę i cieszą go detale świata przedstawionego.

Z przyjemnością sięgnę jeszcze do innych komiksów Luke'a Pearsona, żeby przekonać się, czy mój niedosyt związany z "Hildą i nocnym olbrzymem" to tylko konsekwencja zwykłej niedyspozycji początkującego autora, czy raczej sukces serii przerósł profesjonalizm twórcy i na perfekcyjne komiksy Pearsona przyjdzie mi jeszcze poczekać.

środa, 14 października 2015

Niezła draka, Drapak!



Niezła draka, Drapak! Puść to jeszcze raz
Sztybor & Kaczkowski
Egmont 2015
















Już drugi raz Egmont dał zielone światło debiutom komiksowym dla dzieci. Zorganizował konkurs im. Janusza Christy, wyłonił zwycięzców, a następnie wydał prace, rozwinięte do objętości pełnowymiarowego zeszytu. Cieszę się niezmiernie, że inicjatywa nie została pogrzebana po pierwszej edycji. Mimo że tym razem nie przyznano pierwszej nagrody, nie odniosłam wrażenia, że poziom się obniżył.

W oko od razu wpadł mi "Drapak"i to nie tylko dlatego, że nieustannie moja uwaga nakierowana jest na książki dla młodszych chłopców. Uśmiecham się na widok okładki i myślę z satysfakcją, że nareszcie w polskim komiksie dla dzieci pojawił się rozpoznawalny bohater na miarę zagranicznych cartoonowych postaci. Główny motyw fabuły, w którym Kornel - antykwarysta zamienia się w superbohatera, żeby walczyć o spokój w Mieście Naszym, jest wprawdzie dość oklepany, ale odnoszę wrażenie, że komiks broni się ekipą ciekawych postaci i przystępnym poczuciem humoru. Tomek przeczytał cały za jednym razem, co uznaję za sukces, a i Najstarsza nie zraziła się mniej wymagającą formułą. W porównaniu powiedzmy z komiksami patrona konkursu Janusza Christy, okienka są bardzo duże, kolorowe, a napisy wyjątkowo jak na dymki czytelne. Nawet "Ryjówki" Tomasza Samojlika nie są tak przystępne wizualnie. Błogosławię za to autorów Drapaka, zwłaszcza, że za ich przyczyną nie tylko seria "Czytam sobie" będzie się mogła chwalić, że jest pomocą w nauce czytania. Komiks dla dzieci też.





wtorek, 6 października 2015

Tańcowała igła z nitką

Tańcowała igła z nitką
Jan Brzechwa
il. Stanisław Zamecznik
Czytelnik 1969, Wydanie VIII










Mam wrażenie, że w Polsce istnieje niepisany podział na tych co lubią Brzechwę i tych co wolą Tuwima. Sama zaliczam siebie do tych pierwszych i stale mam poczucie bycia na przegranej pozycji, bo jak mi się zdaje, Tuwima jednak wydaje się więcej. Dlatego dziś wyjęłam z półki pachnące starością, moje ulubione, zbiorowe wydanie poezji Brzechwy w opracowaniu graficznym Stanisława Zamecznika. Słabiej znane niż kanoniczne wydania z ilustracjami Szancera czy Themersonów, zasługuje na szczególną uwagę ze względu na wyjątkowy styl i charakter.

Jeżeli stale toczą się w kuluarach, a i na forach publicznych zdarza się, że również, dyskusje na temat tego czy Grażka Lange albo Marta Ignerska nie są zbyt nowoczesne, a przez to niezrozumiałe dla dzieci, nie mam pojęcia jakie emocje musiało wzbudzić pojawienie się w latach 50. XX w. tego opracowania wierszy Brzechwy. Światła dziennego nie ujrzeli wtedy jeszcze: sielski Miś Uszatek Rychlickiego (1957) ani Gąska Balbinka Hoffmann (1957), nie mówiąc już o wyjątkowo odważnym w tym zestawieniu Gapiszonie (1957). Opracowanie Zamecznika musiało spotkać się co najmniej z zaskoczeniem, podobnie jak dziś rozbrzmiewając pytaniem: dla dzieci czy już raczej nie?

Zamecznik plakacista, odważny architekt poszukujący nowych form wyrazu, scenograf miał wyjątkowe poczucie przestrzeni. Twierdził, że podobnie jak istnieje słuch muzyczny, istnieje też taka forma postrzegania wzrokowego, która odpowiada mu stopniem wrażliwości. Swój architektoniczny zmysł przekładał na projektowanie książek. W "Igle i nitce" bawi się układem graficznym, korzysta z niebanalnych skojarzeń, eksperymentuje z pikselizacją, geometrią i kolorem. Zamecznik przenosi wiersze Brzechwy w inny wymiar, poza utarty schemat dziecięcej poezji, w przestrzeń o wiele szerszą i bardziej namacalną. Wyszukuje w tekście podwójne znaczenia, uwypukla frazeologię, podkreśla metafory. Z jednej strony jest blisko tekstu, z drugiej jednak zawsze o krok do przodu, zagląda tam gdzie autor nie zdążył się zapuścić.

Wiersze Brzechwy w opracowaniu Zamecznika dobrze znoszą tanią, broszurową oprawę z 1969 roku. Szorstki, kremowy papier nie gryzie się z barwną litografią, uwypuklając tylko jej niewymuszoną prostotę. Pomijając obecność koloru, ten przymusowy mariaż kojarzy mi się bezwarunkowo z wydaniami codziennej prasy, które pamiętam z wczesnych lat 80. Kojarzy mi się miło. Bardzo miło.







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...