wtorek, 30 lipca 2013

Jedzieje

Wychodzimy za furtkę prosto do lasu. Stamtąd zaledwie kilkaset metrów dzieli nas od torów kolejowych. Pociągi odmierzają nasz wakacyjny czas i radosnym trąbieniem oznajmiają swoje przybycie. Pierwszy raz przed przejazdem kolejowym, drugi raz przed stacją. Albo odwrotnie. Pospieszne zatrzymują się i można je wtedy dokładnie obejrzeć. Sprawdzić ile osób przyjechało. Może jest wśród nich ktoś znajomy? Dalekobieżne przejeżdżają przez naszą stacyjkę z głośnym szumem i pozostaje nam tylko desperackie liczenie wagonów. Nie zawsze się udaje. A czasem mamy szczęście trafić na towarowy.

- Jedzie pociąg z daleka... - zaczynamy podśpiewywać. Ni stąd, ni zowąd ktoś wymyśla alternatywną wersję:

Jedzie pociąg z Małkini,
ciągnie wagon cukinii.

i już po chwili mamy zaczątek poetyckiego zbiorku "jedziejów":


Jedzie pociąg z Katowic,
w środku siedzi jasnowidz.
 
Jedzie pociąg z Opola,
przez tunele i pola.

Jedzie pociąg z Krakowa,
w środku wielgachna krowa.

Jedzie pociąg z Poznania,
kawał siedzi w nim drania.

A co, Szymborska mogła wymyślać własne gatunki, to my też!

A jakie pociągi jadą w waszych rozkładach? Macie ochotę pobawić się z nami? Udostępniamy miejsce w komentarzach, a najfajniejsze opublikujemy w specjalnym "jedziejowym" wpisie.

piątek, 26 lipca 2013

Doktor Dolittle

Podróże Doktora Dolittle
Hugh Lofting
 il. Zbigniew Lengren
Nasza Księgarnia 1985













- Kiedy wreszcie skończymy Doktora Dolittle? - powtarzał swoją śpiewkę Tomek, regularnie od kilku miesięcy. Faktycznie, zaczęliśmy go czytać jeszcze w zeszłe wakacje. Potem nagle nadeszła jesień, opuściliśmy nasze wiejskie zacisze i wróciliśmy do miasta. Książka została, a jej miejsce zajęły biblioteczne zdobycze i wydawnicze nowości. "Podróże Doktora Dolittle" przeczekały cały rok i na szczęście nie straciły dla Tomka nic ze swojego czaru. Czytamy dalej nasz wytarty egzemplarz z ilustracjami Lengrena, a ja mam wrażenie, że czas się zatrzymał i to nie tylko na ten rok, ale na ostatnich 30.

źródło: www.galeriagrafikiiplakatu.pl
Seria książek o przygodach Doktora Dolittle powstawała w latach 1920-1948, z czego trzy ostatnie utwory ukazały się po śmierci autora w latach 50. Pierwsze opowiadania Hugh Lofting napisał podczas wojny, w żołnierskich okopach, kiedy otaczająca rzeczywistość była straszna i beznadziejna. Polskie tłumaczenia nie czekały długo na swój wielki debiut, bo pierwsze z nich ujrzały światło dzienne jeszcze w latach 30. Wśród nich nasze "Podróże". Z satysfakcją stwierdziłam, że przekład Janiny Mortkiewiczowej nie zestarzał się. Kolejny raz przy tej okazji żałuję, że czas równie łaskawie nie obszedł się z "Mary Poppins" w tłumaczeniu Ireny Tuwim, którą uwielbiałam w dzieciństwie, a dziś nie umiem jej czytać z równą swobodą.

Inspiracją do zbudowania postaci Doktora, który zna mowę zwierząt i całkowicie poświęca się pomocy im, był żyjący w XVIII w. John Hunter, szkocki chirurg, ceniony naukowiec tamtych czasów. Był on zwolennikiem uważnej obserwacji i naukowego podejścia w medycynie. W swoim domu na obrzeżach Londynu hodował najróżniejsze dzikie zwierzęta i prowadził szczegółowe badania naukowe.

Polskie wydania "Doktora Dolittle" ugruntowały w czytelnikach charakterystyczne wyobrażenie Doktora, stworzone kreską Zbigniewa Lengrena, jako szczupłego starszego pana, z siwym wąsikiem i bródką. W niczym nie przypomina on grubego jegomościa z oryginalnych ilustracji, narysowanych ręką samego autora.
Takiego Doktora Dolittle znają dzieci angielskojęzyczne.
 Dzisiaj w księgarniach niestety na próżno szukać lengrenowych wydań. A szkoda, bo mają one swój niepowtarzalny czar. Ucieszyłam się na wieść o najbliższej premierze wydawniczej Znaku, ale z niewiadomych powodów wybór wydawcy padł na jedną z ostatnich części serii ("Doktor Dolittle i tajemnicze jezioro"), która niestety nigdy nie została zilustrowana przez Lengrena. Na nas czeka jeszcze kilka innych pachnących starością tomów "Doktora". Oby wakacje trwały jak najdłużej.



piątek, 12 lipca 2013

Tonja z Glimmerdalen


Tonja z Glimmerdalen
Maria Parr
Dwie Siostry 2013
















"Jestem wściekła na Tonję z Glimmerdalen" - odpowiedziałam, kiedy mąż po dwóch tygodniach wspólnej rodzinnej lektury zapytał mnie, jak mi się podobało. Jestem wściekła, choć to świetna książka i chciałabym mieć ją na własność. Prawdą jest, że zanim wypożyczyłam ją z biblioteki, nie spojrzałam, że rekomendowana jest dla dzieci powyżej 8 lat. Co z tego, jak nawet na mnie zrobiła piorunujące wrażenie. Chyba nawet większe niż na 5-letnim Tomku. Bo nie jest to książka łatwych rozstrzygnięć. Raz nawet rzuciłam nią o stół, nie doczytawszy zdania do końca.

Maria Parr jest świetnie zapowiadającą się norweską pisarką. Mimo młodego wieku przylgnął już do niej przydomek "drugiej Astrid Lindgren". Czy udźwignie ciężar tego tytułu, przyjdzie nam się jeszcze przekonać, ale póki co jej dwie debiutanckie książki zdobyły uznanie czytelników nie tylko w Norwegii. Maria Parr przyznaje, że pierwsze historie zaczęła tworzyć na życzenie trójki młodszego rodzeństwa, które uwielbiało wieczorne opowieści w ich wspólnym pokoju. Dzisiaj autorka nadal spotyka się z dziećmi, na organizowanych w lokalnych szkołach lekcjach literackich. Podobno jest niezwykle otwartą, dowcipną i energetyczną osobą. Pochodzi z zachodniej Norwegii gdzie używa się nowonorweskiego (nynorsk) wariantu języka pisanego. W porównaniu z dialektem bokmål, którym posługuje się około 90 procent Norwegów, jest on słabiej rozpowszechniony. Parr czuje się jednak lokalną patriotką, dlatego swoje książki pisze również w standardzie nynorsk.

Idylliczne klimaty rodem z Bullerbyn to tylko wierzchnia powłoka tego co kryje w sobie "Tonja z Glimmerdalen".
I chyba nie możemy się irytować, tak jak mi się to zdarzyło, że Maria Parr celowo pokazuje świat, który nie jest przewidywalny, ludzi którzy nie są życzliwi i postawy, których nie da się łatwo wytłumaczyć. Nawet mając w ręku książkę dla dzieci. I oczywiście jest to margines na tle dobrych chwil, jakie "mała łobuziara z Glimmerdalen" przeżywa w swoim górskim azylu, pośród najbliższych i przyjaciół. Przyjaciół, którzy mimo że są mili, troskliwi i niezastąpieni również popełniają błędy, za które potem żałują, a czasem wcale nie. I można im mieć to za złe i można pomstować na autorkę, że zechciała piękny świat upstrzyć plamami ludzkich słabości. Bo "Tonja z Glimmerdalen" to książka, w której nie ma białych i czarnych charakterów. Tu dorośli popełniają błędy i nie zawsze umieją się z nich wytłumaczyć. A czasem nawet nie przyjdzie im to do głowy. "To nigdy nie jest wina dzieci" - przypomina uparcie Tonja i te słowa dźwięczą jak dzwon po lekturze książki.

I tylko jednej rzeczy nie mogę wybaczyć Dwóm Siostrom, że do wyjątkowo dobrego tłumaczenia wkradło się całe mnóstwo literówek. Może przy kolejnej tak grubej książce warto oddzielić redakcję od korekty?

wtorek, 9 lipca 2013

Mój brat czarodziej


Mój brat czarodziej
Anna Czerwińska-Rydel
Akapit Press 2013
















Rzadko ulegam czarowi artystycznych idoli. Nie czytuję biografii i nie zbieram autografów. Twórczość odbieram jako przejaw talentu, a nie miarę wielkości człowieka. Często bowiem czuję się rozczarowana, gdy za pięknym dziełem nie stoi piękny człowiek.

"Mój brat czarodziej" tylko w pewnym sensie jest opowieścią o Julianie Tuwimie i tylko trochę o Irenie Tuwim. Odebrałam ją przede wszystkim jako opowieść o braterskiej miłości starszego brata i młodszej siostry. Nie ma tu miejsca na czołobitność, pompę i ukłony. Jest zwykły chłopiec i zwykła dziewczynka, którzy w przedwojennej Łodzi spędzają piękne chwile swojego dzieciństwa. Chylę czoła dla pomysłu Anny Czerwińskiej-Rydel, która jako narratora wprowadziła małą Irenkę i to jej głosem opowiada o świecie, którego sama nie widziała i o ludziach, których nie znała. Kiedy w następnym kroku sięgnęłam do życiorysu Tuwimów, autentyczność świata przedstawionego w książce tylko nabrała kolorów. Wierzę, że właśnie tak bawili się, rozmawiali, tęsknili za sobą Julian Tuwim i jego siostra. I lubię ich bardziej niż czytając pochwalne elaboraty z okazji roku Tuwima. Tak łatwo wprowadzić jest ludzi wielkich na piedestał, a tak trudno potem ich stamtąd zdjąć. "Mój brat czarodziej" to książka, której udało się wykorzystać potencjał jaki Irena Tuwim zostawiła w swoich wspomnieniach ("Łódzkie pory roku"), żeby opowiedzieć najmłodszym czytelnikom, kim byli, zanim zostali Wielkim Poetą i Wielką Tłumaczką.

Więź jaka łączyła tych dwoje była wyjątkowa. Gdyby chcieć wesprzeć akcję "Pomyśl o dziecku", ta książka byłaby idealnym propagatorem wielokrotnego macierzyństwa. Jako mama trójki z ciepłym uśmiechem czytałam o Julku, który po powrocie z ferii świątecznych, mrugnąwszy porozumiewawczo okiem, obdarowuje młodszą siostrę zestawem papierowych zabawek. Znam to spojrzenie satysfakcji, gdy ona przyjmuje je z zachwytem i z podziwem patrzy na starszego brata. Często obserwuję je w naszym dziecinnym pokoju.

piątek, 5 lipca 2013

Lato Stiny


Lato Stiny
Lena Anderson
Zakamarki 2013
















Stina i Linnea, Linnea i Stina - te dwa imiona możemy wymawiać jednym tchem, a jeszcze kilka dni temu nie wiedzieliśmy, co, a właściwie kto, je łączy. Lena Anderson, ilustratorka "Linnei w ogrodzie Moneta" przedstawiła nam się z nową książką, tym razem autorską, której bohaterką znowu jest kilkuletnia dziewczynka. To niesamowite, że Skandynawowie tak skutecznie podważają mit, jakoby dziewczynki były gorszymi bohaterkami książek niż chłopcy. Na podręcznej półce leży też "Tonja z Glimmerdalen" Marii Parr, którą czytamy od tygodnia. Entuzjazm Tomka dla obu książek pokazuje jasno, że mity warto jest obalać.
"Lato Stiny" to przede wszystkim książka obrazkowa, utrzymana w fantastycznym wakacyjnym klimacie. Ale jest w niej jeszcze coś, co mnie urzekło. Autorka w uroczy i skuteczny sposób odczarowuje starość i przybliża ją dziecku. Nawet tę trudną, związaną z dziwactwem i niedołężnością. Przyjemnie patrzy się z boku na przyjaźń między główną bohaterką i jej dziadkiem, przez karty książki odczuć można silną więź, która łączy ich, mimo ogromnej różnicy wieku. I nie jest to relacja dominacji, ale bycia razem na równych warunkach. Przywołuję w pamięci Pana Blomkvista w "Linnei", Pettsona, Gunnvalda we wspomnianej już "Tonji", Dziadziusia w "Dzieciach z Bullerbyn". Za każdym razem starość w zetknięciu z młodością nabiera nowej mocy, daje z siebie wszystko to, co dorosły świat uznałby za objaw zdziecinnienia. "Patrz, dziadku!", "Prawda, dziadku?" woła co chwilę Stina, a dziadek za każdym razem z równym zainteresowaniem i uwagą odpowiada "Co ty powiesz...". Dziadek nie jest nauczycielem, ale towarzyszem. Uważnym obserwatorem gotowym być obok i pomagać, jeśli będzie taka potrzeba. Staje mi przed oczami "Pamiętnik Blumki" i korczakowe ABC bycia z dzieckiem. Ile tu wyrozumiałości, otwartości i zaufania.To dzięki tym uczuciom "Lato Stiny" ma w sobie tyle letniego ciepła.

Ps. W ostatniej chwili przed publikacją zauważyłam na pasku odnośnik do tego postu. Nie mogłam się oprzeć, żeby nie zalinkować. :)

środa, 3 lipca 2013

Jak groch wędrował


Jak groch wędrował
Józef Czechowicz
il. Mirosław Zdrodowski-Zdrozdowski
Wydawnictwo Lubelskie 1982

Spoglądam na kartkę w kalendarzu i ze zdziwieniem stwierdzam, że już trzeci lipca. Wakacje trwają od kilku dni. Najstarsza wyjechała na obóz, Tomek i Sadzonka spędzają lato w mieście, a ja nie mogę jeszcze przetrawić zamieszania związanego z zakończeniem roku. Na Małej czcionce widać to najwyraźniej. Przestój ten jest jednak  tylko pozorny. Na stole w jadalni piętrzą się nowe książki, a my z radością okupujemy osiedlowe ławki i czytamy, ciesząc się pogodą i wolnością.

Pamiętam z dzieciństwa, że wakacje wchodziły zwykle nieco bardziej płynnym krokiem. Najpierw na straganach zaczynały pachnieć nowalijki, potem na stole pojawiały się pierwsze truskawki ze śmietaną, a w mieście zaczynało robić się duszno i skwarnie. W szafie zimowe ubrania robiły miejsce letnim sukienkom i wreszcie można było wskoczyć w sandały. Dziś lato zakrada się i znienacka napada na mnie w natłoku innych spraw.

Zdałam sobie z tego sprawę, wyciągając z półki najbardziej letnią z moich dziecięcych lektur - "Jak groch wędrował". Zapachniało lokalnym warzywniakiem, kapustą kiszoną z beczki i świeżym koperkiem. A wszystko to za sprawą cienkiej książeczki, która dzieciom schyłku socjalizmu pokazywała mechanizmy wolnego handlu.
Przez długie lata nie miałam pojęcia, że swojskie klimaty z maluchem w tle, to w istocie gorzka satyra mająca obrzydzić czytelnikom kapitalistyczne, złodziejskie spekulanctwo. Tylko czy dzieci o tym wiedziały? Czy brzydkie, narysowane zniekształconą kreską twarze, o wąskich jak szparki oczach były odbierane negatywnie?

Historia wędrującego grochu to proste opowiadanie, w którym groch przemierza długą drogę od rolnika do sklepikarza, a po drodze drożeje, sprzedawany z rąk do rąk przez kolejnych pośredników. Gdyby nie nazwisko autora, nikt by się nie domyślił, oglądając wydanie z 1982 r., że powstało prawie sto lat temu, a nie na użytek ludowej propagandy.

Józef Czechowicz (1903-1939), poeta związany z Lublinem, był członkiem i przywódcą lokalnej cyganerii. Pracował jako nauczyciel, publikował w "Płomyku" i "Płomyczku", współpracował z wieloma czasopismami, wydał kilka tomików poezji. Był artystą wszechstronnym. Zajmował się fotografią, współtworzył słuchowiska radiowe, pisał sztuki teatralne, zajmował się kinematografią. Zmarł tragicznie w pierwszych dniach po wybuchu Wojny. Gdyby dzisiaj chcieć przywołać Czechowicza w świadomości szerokiego grona odbiorców, trzeba by wspomnieć o piosenkach wykorzystujących jego utwory - "Szalona lokomotywa" Marka Grechuty, "Naprawdę nie dzieje się nic" Grzegorza Turnaua.










"A ja wiem, skąd ta drożyzna.
Kto z was wie, niech też przyzna.
Groch by dużo nie kosztował,
gdyby tyle nie wędrował..."

Minęło 30 lat a moje dzieci też chętnie słuchają czechowiczowego "Grochu" i równie atrakcyjny jak i mi wydaje im się Fiat 126p. Socjalistyczni wydawcy nie osiągnęli jednak swojego ukrytego celu. Nadal lubimy warzywniaki.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...