,

Dom na kurzych łapach



Dom na kurzych łapach, Sophie Anderson, tł. Przemysław Hejmej, Wydawnictwo Kobiece 2020.


Jedna z tych książek, na które czeka się w napięciu: miejsce na shortliście Carnegie Medal, świetne opinie zagranicznych recenzentów i etykietka genialnego debiutu podsycały tylko mój apetyt. Tymczasem, jak to w życiu: czym większe oczekiwania, tym większe rozczarowanie. "Dom na kurzych łapach" nie uwiódł mnie ani słowiańskim tłem fabuły, ani przesłaniem dotykającym kwestii życiowego powołania. Co się stało?

Nie opuszcza mnie silne wrażenie, że "Dom na kurzych łapach" to książka-wydmuszka. Pomysł na fabułę zrodził się w głowie brytyjskiej autorki pod wpływem słowiańskich baśni opowiadanych jej w dzieciństwie przez babcię Rosjankę. Obcy motyw Baby Jagi i jej mobilnego domu ewidentnie uwiódł wyspiarzy w sposób wyjątkowy. Wokół niego, Sophie Anderson osnuła historię 12-letniej Marinki, która towarzyszy swojej babce Jadze w conocnym rytuale przeprowadzania zmarłych na tamten świat. Jadze - strażniczce Bramy i jej wnuczce, przeznaczona jest misja opieki nad domem na kurzych łapach i pilnowania, by świat doczesny nie miał dostępu do znajdującego się w jego wnętrzu przejścia. Marinka nie potrafi jednak pogodzić się ze swoją rolą i próbuje uniknąć konieczności realizowania tego scenariusza. W efekcie nieszczęśliwego zbiegu okoliczności Baba znika z domu, pozostawiając dziewczynę samą, bez pomysłu, jak poradzić sobie w tej sytuacji. Wygląda na to, że właśnie w tym momencie pomysłu zabrakło również autorce. Wykorzystanie potencjału kryjącego się w konflikcie powieści oraz satysfakcjonujące doprowadzenie czytelników do finału okazało się ponad jej siły. Druga połowa książki to typowe chodzenie w kółko i zapychanie fabuły pobocznymi wątkami, które ostatecznie nie budują historii.

Powieść w dużej mierze bazuje na baśniowej otoczce, która ma tworzyć atmosferę i budować napięcie. Znając jednak słowiańskie baśnie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Anderson stworzyła klimat grozy i oniryzmu, rezygnując z zakorzenienia w archetypicznej, modelowej przestrzeni typowej dla baśni. Można oczywiście uznać, że autorka zrobiła krok do przodu i przechodząc do horroru porzuciła typową baśniowość, akcentując pozafizyczną przestrzeń uniwersum. Ostatecznie nie jest to już jednak miła opowieść dla kilkulatków.

"Dom na kurzych łapach" to również porażka polskiego tłumacza i redaktora. Jak udało mi się sprawdzić, tekst oryginału nie dawał dużego potencjału w kwestii języka (pierwszoosobowa narracja, krótkie, poszarpane zdania), jednak liczba kalek językowych przerosła moją wytrzymałość, do tego stopnia, że w pewnym momencie nie wypuszczałam już ołówka z ręki. W polskim wydaniu zabrakło również klimatycznych ilustracji Elisy Paganelli, które być może mogłyby mieć pozytywny wpływ na ostateczne wrażenia z lektury.

 Zastanawiam się nad fenomenem popularności tej książki, podobnie jak przed laty zastanawiałam się nad poczytnością powieści Paulo Coehlo - w jednym z wywiadów, Filip Łobodziński określił je mianem intelektualnego fast foodu. Zastanawiam się, czy podobny syndrom nie dotknął Sophie Anderson, która tak bardzo zawiesiła się w sferze pozytywnego motywowania i szukania swojej drogi, że na śmierć zapomniała o fabule.


ilustracja z brytyjskiego wydania - Usborne Publishing

ilustracja z brytyjskiego wydania - Usborne Publishing


Share:

2 komentarze:

  1. Ja ostatnio zawiodłem się językowo na P. Hitchcock. Pierwszoosobowa narracja, krótkie poszarpane zdania, język jak ze szkolnego wypracowania. Rozumiem, że narratorką jest młoda osóbka, ale ... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzmi znajomo. Ciekawe czy w Twoim przypadku to wina przekładu (Zielona Sowa często tu kuleje), czy autorka tak pisze. A może jedno i drugie.

      Usuń