piątek, 17 lutego 2017

Mała czcionka W Nieparyżu



Tego jeszcze na Małej czcionce nie było! Na zaproszenie Ali Szyguły wpadłam z wizytą do Nieparyża. Zagadałyśmy się na dobre. Oczywiście o książkach. Chcemy się z Wami podzielić zapisem naszej rozmowy. Na naszych blogach przeczytacie o książkach z dzieciństwa, przestarzałych przekładach i "dociąganiu" dziecka do książki, czyli książka czy czytelnik, gdzie przebiega granica między wolnym wyborem a narzuconą lekturą. Będziemy zaszczycone, jeśli zechcecie włączyć się do rozmowy. Wtrąćcie swoje trzy grosze w komentarzach. Zapraszam.

Zosia Gwardyś (Mała czcionka)






Książka czy czytelnik? O książkach z dzieciństwa, przestarzałych przekładach i "dociąganiu" dziecka do książki.

W Nieparyżu: Wszyscy dookoła mówią o książkach chcianych, wyczekiwanych. Zosiu, a może warto porozmawiać też o takich, które przez dorosłych uznawane są za fajne, a przez dzieci... nie zawsze? W pracy księgarza ten temat pojawia się nieustannie: dorośli kupują książki, które za ich czasów „się czytało”, „się oglądało”. Nie dziwi sięganie po to bezpieczne, co budziło zachwyt i sprawdziło się choćby raz. Ale z drugiej strony mam poczucie, że wielu skłonnych jest do pretensji, że po tych trzydziestu, czterdziestu latach już “nie zachwyca”. Bo przecież skoro ich porywał Szklarski, Nienacki, Niziurski, Karol May, Hugh Lofting, to jasne, że dzieci też powinien. Zamiast poszukiwać rozwiązań, rodzice narzekają na pokoleniową przepaść i na zgłupienie czy brak wrażliwości młodego pokolenia...

 Mała czcionka: Masz okazję wchodzić w takie rewiry książkowe, których na co dzień nie dostrzegamy. Internet zalewa nas informacjami o kolejnych nowościach. Poza sytuacją lektur szkolnych, mało kto tworzy kontekst dzieci - klasyka.

WN:  Nie chcę być źle zrozumiana: wspaniale, gdy rodzice, dziadkowie autentycznie krzepią siebie wspomnieniami i lekturą dziecięcych książek, bo potrafią zbudować wtedy wspaniałą atmosferę wokół czytania i nie traktują tego w kategoriach „odbębnić codzienne 20 minut”! Ale mamy też dorosłych, którzy czcząc lektury dzieciństwa, przedkładają książkę nad czytelnika. Potrafią nie akceptować „głupich”, „prostackich”, „dziwnych” dziecięcych lektur.
Co do kultu dziecięcych książek - do telewizyjnej reklamy kolekcji Karola Maya z Hachette nie zaangażowano ŻADNEGO dziecka. Czytelnikiem jest dojrzały mężczyzna, nie ojciec wprowadzający dziecko w lekturę.

Mcz: Znamienne. Właśnie sprawdziłam, że "Pięcioro dzieci i coś" na stronie Merlina opatrzone jest znaczkiem bestseller.

WN:  A czy dzieci naprawdę wyrywają to sobie z rąk jak “Lassego i Maję”? Mimo sentymentu, wątpię. Oczywiście znam wiernych fanów Nesbit. Zakładam, że jeśli wracają po kolejne części, to znaczy, że książka nie wypadła z obiegu. Z "Mary Poppins" podobnie – czasem uwielbiana, często odrzucana. Tu ciekawa sprawa: mamy czytają z ukontentowaniem – na głos. Jednak znajome bibliotekarki twierdzą, że Travers kurzy się na półkach, bo dziewięcio-dziesięciolatki wybierają co innego.

Mcz: Oj, tak. "Mary Poppins" to moja ukochana książka z dzieciństwa, tymczasem żadne z moich dzieci nie chciało jej nawet posłuchać. Owszem, uwielbiają oglądać musical Disneya, ale to jednak tylko adaptacja. Na półce kurzą się też "Pożyczalscy" - dla odmiany ulubiona książka z dzieciństwa mojego męża. Próbowaliśmy czytać dzieciom kilkukrotnie. Zawsze kończyło się na kilkunastu stronach.

WN:  Pewnie i tak przy głośnym czytaniu dziecko bardziej jest skłonne taką książkę przyjąć niż czytając ją samemu. Zaraża się zaangażowaniem rodzica, no i może dopytywać. Świetny francuski pisarz, eseista Daniel Pennac* namawia, żeby na głos czytać nawet tym, co czytać potrafią. Zwyczajnie: tak długo, kiedy jeden chce słuchać, a inny - być lektorem. To przyjemne, a poza tym pomaga przyswoić lektury, które mało wprawny czytelnik odrzuci. Jednak zastanawiam się, co w przypadku tych książek z pokolenia rodziców i dziadków może być barierą nie do pokonania.

Mcz: Przy takich książkach, jeśli uda się przeczytać, choćby wspólnie, możemy uznać, że mieliśmy szczęście. Miałam szczęście przeczytać Tomkowi jeden tom "Doktora Dolittle". A problem często tkwi po prostu w przegadaniu. Jako czytający rodzic też odczuwam te dłużyzny i mimowolnie skracam, skracam, skracam, żeby nie utracić uwagi słuchacza, który nie przywykł do tylu ozdobników w tekście. Współczesne książki są szybkie, nie dają czasu do namysłu - jak Walliams czy Pratchett.

WN: Zgadzam się. Długa ekspozycja, niezrozumiałe, a, co gorsza, niezbyt istotne dla dziecka realia. Młodzieżówka też ma swój termin przydatności. Uwielbiałam „Winnetou”, dziś nie obraziłabym się za „nie chcę”. No i sama właśnie tak cięłam Nesbit.  

Mcz: Młodzieżówka to osobna historia. Czyta się Bahdaj, ale Ożogowska już nieco gorzej. "Pan Samochodzik" ma całe akapity surowych wtrętów historycznych, które już za naszych czasów były przyciężkie, a we współczesnych standardach są prawie nieakceptowalne.

WN:  Historia, sprawy społeczne, obyczajowe w książkach dziecięcych to newralgiczne punkty i pewnie na osobną rozmowę. Dwie różne rzeczy do zastanowienia: protekcjonalne podejście Maya, Loftinga czy naszego Sienkiewicza do „dzikich” oraz utopijne dziś realia wielkiej swobody wykreowane przez Bahdaja, Ożogowską, czy Niziurskiego. Jesper Juul pięknie pisze o tym totalnym osaczeniu dziecka przez dorosłych.

Mcz: Czy ja wiem. Tym sposobem moglibyśmy też skreślić całą literaturę antypedagogiczną. Przecież ona na swój sposób też jest utopią. A pajdokracja? Czy kiedykolwiek była możliwa, a mimo to uwodzi do dziś. Najbardziej jednak żałuję tych historii, które nie budzą kontrowersji obyczajowo-społecznych, a mimo to wychodzą już tylnymi drzwiami. Choćby Kern. Cudny Kern, który też miejscami już przynudza. "Ferdynand Wspaniały" przeszedł u nas tylko dzięki bajce muzycznej. "Proszę słonia" czytała nam znów Anna Seniuk. Rodzice/dziadkowie boją się nowości, ale często też po prostu im się nie podobają. Wtedy trudno przekonywać.

WN: Z Kernem to taka sprawa, że nam podszedł. Ale strach przed nowością to jest pułapka. Bo kto powinien być z książki zadowolony, dorosły czy dziecko?

Mcz: Najlepiej, jeśli obie strony. Ale książka musi małego czytelnika porwać. Inaczej nie spełnia swojej funkcji. Ostatnio przekonywałam moją ciocię, że baśnie Andersena dla nielubiącego czytać 4-latka to kiepski wybór. Upierała się, że koniecznie muszą być bajki - klasyka i już. Stanęło na "Bajkach Samograjkach" Brzechwy.

WN: Andersen jest bogaty, emocjonalnie skomplikowany, teksty bywają długie. Ja skrótów i amatorskich przeróbek nie cierpię niestety, więc radziłabym opowiedzieć baśń własnymi słowami albo zwyczajnie poczekać, aż dziecko dorośnie do pełnego tekstu literackiego. Jeśli o przekładach ingerujących w oryginał mowa, z tezami Elizy Pieciul-Karmińskiej się zgadzasz?

Mcz: Częściowo. Zgadzam się, że tłumaczenie nie powinno być uładzane na potrzeby dzieci, jednak już dostosowanie słownictwa do możliwości percepcyjnych dziecka ma znaczenie i jest w zasięgu tłumacza. Druga moja wątpliwość dotyczy kwestii kulturowych. Czy naprawdę Maryla musi się zwracać do Ani "Aniu Shirley", skoro po polsku jest to zwrot dalece nienaturalny? Beręsewicz udowadnia, że nie.

WN: Pytanie więc, jakie muszą zaistnieć warunki, żeby dziecko książki nie odrzuciło. Kiedy to nie ono ma ubogi słownik, ale książka jest już jak skansen. 

Mcz: Moim zdaniem to duża zaleta przekładu, że może dociągać, może uwspółcześniać język. Podobno w Szwecji nie czyta się już Astrid Lindgren, u nas przekład jeszcze się nie zestarzał. Z drugiej strony my już nie przywrócimy do życia Konopnickiej. A może w przekładzie na język obcy można by ją jeszcze uratować.

WN: Aż sięgnęłam znowu do tego naszego arcydzieła, czyli „Sierotki Marysi” :) składnia, słownictwo, realia – wszystko obce dziecku! I znów różnica między czytaniem na głos i samodzielnym. „Dzieci z Bullerbyn” na listach lektur nużą wielu szkolniaków. Czytane na głos –  zupełnie inna sprawa. Ukłonem w stronę dzieci młodszych są kolorowe ilustracje Magdy Kozieł-Nowak w edycji z ubiegłego roku. Ale my czytaliśmy niedawno "Karlssona z dachu" i faktycznie, musiałam poszukać nowszego przekładu, bo łapałam się na tym, że tłumaczę wtórnie z polskiego na współczesne...

Mcz: :) Mnie "Dzieci z Bullerbyn" nużyły już 30 lat temu. Szkolna trauma. A co do przekładów, trzeba szukać swoich. Choćby taka "Alicja w Krainie Czarów". Przeczytałam synowi w przekładzie Tabakowskiej, kiedy miał 5 lat. Był zachwycony. Ktoś powie, że nie zrozumiał. Oczywiście, że nie wszystko zrozumiał, ale słuchał z zapartym tchem. Miał już swój pierwszy pozytywny odbiór.

WN: Tak, trzeba szukać swego tekstu. Ale sama widzisz: trudno ustalić, co do niego trafiło, a co nie, z jakiego powodu trafiło - czy przystępności języka? Uważa się przecież, że to książka, hmmm, dla starszych?

Mcz: Oczywiście. Tak samo trudno ustalić, co gimnazjalista zrozumiał z "Pana Tadeusza". 😉 Nie mam jednak wrażenia, że przekład Tabakowskiej jest nadmiernie uproszczony. Po prostu podszedł. Mam mentalność biblisty. Daję odbiorcy prawo do odczytywania tekstu na różnych poziomach.

WN: Pewnie. To bogate podejście. Mam podobne - liczę, że jeśli coś zahaczy, to się później odezwie. Książki nie trzeba całej od razu zrozumieć. Rażą mnie za to rzeczy, których przekład nie zmieni: przestarzałe treści, krzywdzące stereotypy itp., jeśli pozostają bez komentarza.

Mcz: Masz na myśli rozmowę z dzieckiem o przeczytanej książce?

WN: Tak. Ale wiem, że dziecko nie zawsze chce. Dobrze, jeśli samo się zdziwi i zapyta. Ale przecież młode często absorbuje bezkrytycznie - pamiętam siebie 🙂.

Mcz: Hmm, mam nadzieję, że jednak nie całkiem bezkrytycznie. Wszystko zależy też od wieku, wychowania i dojrzałości do odkrywania konkretnego utworu i jego uwarunkowań. Moja córka, na ten moment jest bardzo krytyczna w kwestiach obyczajowych. Drażnią ją różne rzeczy i głośno o tym mówi.

WN: Super. Dobrze że krytyczna. Ale chodzi o Anię Shirley?

Mcz: Nie, raczej współczesną literaturę obyczajową.

WN: A co do "Pana Tadeusza" - wiele tekstów ze szkolnego kanonu lektur nie powstało dla dzieci czy młodzieży - na jakim poziomie zachwytu i zrozumienia mają do niego trafić? Bohater? Akcja? Język? Obyczaj? Problematyka?

Mcz: Wraca potrzeba dorosłego przewodnika. Kogoś kto wprowadzi w kontekst. Znowu trzeba dociągać czytelnika do książki.

WN:  Byle przewodnik nie załatwiał wszystkiego za dziecko. Mówiłaś, że książka musi porwać! Wierzę w to, że książki muszą być „własne”, przeżyte, odczute, przemyślane. A nie wyuczone. Nie można żyć cudzym zachwytem: rodziców, nauczycieli, krytyków. A czy próbujesz wracać do książek, które „nie zaskoczyły”?

Mcz: Wracam, ale czym starsze dzieci tym bardziej oporne w tym względzie. Chociaż bywają zaskakujące momenty jak ten sprzed chwili, kiedy Tomek sam odkurzył "Czerwone krzesło" Maleszki i przeczytał całe, a od trzech lat twierdził, że to nuda. Często też czekam. Na przykład z "Muminkami", na gotowość u najmłodszej. Obserwuję. Żeby przedwcześnie nie spalić. A Ty? Szukasz złotego środka między namolnym podtykaniem, a godzeniem się na wybory dziecka?

WN: Tak. Na pierwszym miejscu jest czytelnik i przyjemność z czytania, nad która się bardzo jednak trzęsę. Ale podtykanie... Dopóki można, staram się. Mam poczucie, że niezmiernie ważny jest ten etap, kiedy dziecko słucha. Wtedy można naprawdę dużo "sprzedać". Eksperymentować, dawać nowe jakości słowa i obrazu.

Mcz: U mnie Sadzonka bywa zaimpregnowana na moje propozycje. Lubi czytać w kółko to samo. Chociaż wczoraj na przykład sięgnęłam po "Filonka Bezogonka". Koty są teraz na fali. Bałam się, że nie zaiskrzy. To tekst z 1939 roku. Udało się. Włożyłyśmy zakładkę. To dobry znak. :) Najstarsza w jej wieku dawała się wciągnąć w różne rzeczy. Była bardziej otwarta, ale też oferta rynkowa była niewielka, więc więcej czytało się starych książek.
Wracamy do punktu wyjścia? Czyżby przeszkodą w sięganiu po książki stare, wysłużone, trącące myszką był łatwy dostęp do książek współczesnych, atrakcyjniejszych, pisanych przystępniejszym językiem? Gdzie leży złoty środek?

WN:  A czy równolegle nie powinniśmy zastanawiać się, jak na przestrzeni lat zmienił się dziecięcy czytelnik? Czy jego słownictwo jest uboższe? Możliwość skupienia na tekście mniejsza? Zosiu, i czy we wszystkim należy ufać dzieciom i temu „podoba się/nie podoba się”? Przecież obie jesteśmy recenzentkami. Zdarza się nam mocno książki krytykować, także poczytne.

Mcz: Ha, poruszasz aktualny dla mnie temat. Ostatnio pisałam recenzję "Złego kocurka" dla Rymsa. Nie wiedziałam jak wybrnąć z faktu, że Kocurek jest bardzo popularną serią wśród amerykańskich dzieciaków. Mnie nie podoba się ani poczucie humoru, ani estetyka książki. Najciekawsze, że moim dzieciom też się nie podobał. Zdecydowałam, że szczerze napiszę o tym w recenzji. Są hity książkowe, których popularności nie da się wyjaśnić prostym rozróżnieniem: dobra książka - zła książka.

WN: Leszczyński powiedział: najgorsza książka dzieciństwa to ta, co się podoba dorosłemu.

Mcz: Leszczyński zakłada, że dziecko to mały buntownik.

WN: To wspaniała rzecz - niewymuszone dziecięce „uwielbiam”. Ale są książki, które zwyczajnie ocenia się nisko...

 Mcz: Z drugiej strony przecież gust u dziecka też się kształtuje. Możemy założyć, że te rzesze fanów "Złego kocurka" szukają książki łatwej i przyjemnej, bo jest ona w zasięgu ich możliwości. Może nikt nie nauczył ich korzystania z książek ambitniejszych, ładniejszych, bardziej wymagających, śmieszniejszych.

WN: Czyli jednak wierzymy, że przyjemność czytania bywa płytsza, bardziej popowa, a może też być, tu prowokacja - wyrafinowana?

Mcz: Mam takie przeświadczenie, że to co w dziecko włożymy, to z niego wyjmiemy. Wysiłek, jaki wkładamy w kształtowanie gustu czytelniczego, poskutkuje tym, że jego późniejsze, osobiste wybory będą kontynuowały tę ścieżkę, na której je postawimy. Przyjemność subiektywnie będzie taka sama. Dziecko tego nie zauważy. Korzyści będą różne.

WN: I tu ze swą wiedzą i wrażliwością powinien stać dorosły. Szanujący dziecięce „nie chcę”, ale ze świadomością, że musi być ono poparte „spróbowałem”. Wyrozumiały wobec różnych rozkoszy, fastfoodowych i tych „głębokich”. 

Mcz: Otóż to. Bo nie ma nic złego w przeczytaniu głupiej książki. Dorośli też to robią. Mamy do tego prawo. Dorosły powinien jednak pomóc odszukać tę ścieżkę, która będzie dobra i jednocześnie przyjemna. A że czasem dziecko z niej zejdzie? To przecież ludzkie.

WN: Innymi słowy – jak najwięcej i różnorodnie. Gatunkowo i poza konwencją, banalnie i wyrafinowanie, tasiemcowo i zwięźle. Z entuzjazmem, szacunkiem i uwagą. 

Mcz: Książka musi zachwycić, wciągnąć, zaskoczyć, czasem rozczarować, zdenerwować, znudzić, wymęczyć. Zwłaszcza ta samodzielnie czytana, połknięta w jeden wieczór czy odrzucona w kąt. Czym większa różnorodność, tym lepiej wyrobiony gust i tym dojrzalszy czytelnik.
Mam wrażenie Alu, że kroi nam się temat na osobną rozmowę. Książki do samodzielnego czytania muszą spełniać zupełnie inne warunki niż te czytane wspólnie na głos. Do niedawna w Polsce zupełnie nie istniały, ostatnio jest ich coraz więcej. Dasz się namówić na kolejne wirtualne spotkanie?

WN: Pewnie! To fascynujący etap, w którym szkoła trochę się mija z tym, co robi rynek i sami rodzice. Ale sądzę, że ochów i achów będzie więcej niż marudzenia!

28 komentarzy:

  1. Z gustem czytelniczym jest jak, za przeproszeniem, z zadkiem, każdy ma swój. Dziecko czy nie dziecko. Można się podśmiewać z czytających romansidła czy same bestsellerowe thrillery, ale i szanować, bo to w końcu czyjś wybór. Z lekturami u nas jest przeróżnie i nie ma w zasadzie zasady :) Starszy ma swoje ulubione serie i np. kolejne tomy "Spirit animals" połyka między obiadem, a kolacją. Jak ma fazę, powtarza "Baśniobór". Z drugiej strony z zainteresowaniem słucha z Młodszym audio "Tomka Sawyera" czy czyta Bahdaja. Ba, swego czasu obaj wysłuchali pobranego z Wolnych Lektur audiobooka "Tajemnica żółtej ciżemki", mimo że sam uznałem go za zbyt niezrozumiałego w warstwie językowej i chciałem wyłączyć :D Co do "ramotek", to też nie mogę się zgodzić, że nie wchodzą. Seria 8+2 czy Pożyczalscy właśnie są na półce i z niej schodzą :) Nie wpycham na siłę w sidła moich czytelniczych resentymentów, ale taki Pan Samochodzik, o którym kiedyś wspomniałem wciągnął Starszego na tyle, że ma kolekcyjkę na półce. Kupowaną za własne i na własne życzenie. I na zakończenie tych przydługich wynurzeń, zgadzam się, że głośne czytanie, to frajda i nie należy go zarzucać tylko dlatego, że dziecko posiadło sztukę czytania i możemy mieć święty spokój :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie o to chodzi: dziecięcy gust szanować trzeba. Ładnie ujęte: na półkę trafia z wyboru rodzica, ale czytane jest z woli dziecka :) I jak za własne kupowane, to już najlepiej o książce świadczy.
      Mi chodziło nie tyle o konkretne książki, bo przecież mali czytelnicy Zosi i u mnie inaczej reagują, ile o postawę proponowania, ale nie forsowania i dbania o dziecięcą przyjemność a nie rodziców satysfakcję. Nie pomstować na dziecko, jeśli się mu nie podoba to, co nam.
      Może "ramotka" smakuje dziecku oczytanemu? Bo zwyczajnie wskutek częstego obcowania z książkami ją rozumie i nie niecierpliwi się? Ale takiej wczesnoszkolnej średniej? A z nowszymi książkami - masa rodziców i nauczycieli neguje fantastykę. Tylko dlatego, że to fantastyka, a oni nie lubią i nie cenią. Wybierają Szklarskiego, bo to dopiero dobra książka. Negują Cwaniaczka, choć dzieci żrą jak zielone jabłka! :)

      Usuń
    2. Oczywiście to zawsze trochę boli, że nasi książkowi idole nie znajdują uznania w oczach potomstwa. Z drugiej strony, sądząc po części powtórek, na które się w końcu zdecydowałem, w sporej części te nasze hity sprzed lat, to jednak lekki paździerz był. Jeśli dodamy do tego lata od wydania, to dla współczesnego dziecka są to książki nie do przejścia. Niestety. Oczywiście są tytuły, które zestarzały się ładnie albo opisują rzeczy, które zawsze znajdą odbiorców (choćby piłka nożna w "Do przerwy 0:1", ale już przywołanego tu Tomka bałbym się podsuwać Starszemu :P A jedyną formą nacisku jest z mojej strony pytanie, gdy wypożyczona z biblioteki (bo powinna mu się spodobać), książka zbyt długo nie przyciąga uwagi, czy będzie czytał, bo jak nie, to oddam. I czasem rzeczywiście oddaję nieczytaną. A czasem trafiam w punkt. I się wielce wtedy cieszę :D

      Usuń
    3. "Mi chodziło" na początku zdania "mnie" :D

      Usuń
    4. Mnie, oczywiście :)
      Zobacz, Bazyl, mając swoją rodzicielską wiedzę książkową, czyli sporą praktykę, możesz jakiś poziom abstrakcji ustalić. Czy odrzucane książki rujnują Ci samopoczucie? Czy to zamach na jakość, że wpuszczasz do domu Brandona Mulla?
      Może po prostu powinniśmy szukać jakości (talentów) porównywalnych z tymi, które tak zachwycały?
      Ale powiedz, różnica między piłkarskim Bahdajem a Beręsewiczem w odbiorze była? :)

      Według mnie taka "rodzicielska" wrażliwość i empatia, partnerskie traktowanie na poziomie doznań, jakie książka ma przynosić, powinna cechować nauczycieli, twórców kanonów lektur, wszystkich "instytucjonalnych dostarczycieli książek". Czasem wydaje mi się, że w ministerstwach i szkołach pracują ludzie, którzy zwyczajnie czytać nie lubią, bo nie pojmują najprostszych mechanizmów rządzących lekturą, zapomnieli samych siebie jako młodych czytelników. Suma dobrych doznań z książką da czytelnika, a nie pięć "arcydzieł". Brrr, wstrząsam się, kiedy przypominam sobie polonistyczne artykuły uzasadniające konieczność przerabiania Konopnickiej i Sienkiewicza...

      Usuń
    5. Z tym kanonem nie jest według mnie tak zero jedynkowo. Czas na kształtowanie czytelnika to okres podstawówki. Faktycznie książki czytane w tym okresie powinny dawać miłe doznania. Ale gimnazjalista jest już gotowy sięgnąć po te bardziej wymagające lektury. Tymczasem słyszę, że dzieciaki czytają fragmenty, a resztę, za zgodą polonisty doczytują w streszczeniu... Mam w domu gimnazjalistkę, która przeczytała ostatnio z konieczności "Lorda Jima". Kosztowało ją to wiele czasu i wysiłku, nie, nie były to przyjemne doznania, ale myślę, że ta trudna lektura w jakiś sposób ukształtowała ją na przyszłość jako czytelnika.

      Usuń
    6. Trochę się zgadzam, a trochę nie. Nie sprowadzałabym nawet podstawówki wyłącznie do "miłych doznań", ale do doznań w ogóle. Wojtek na przykład często wspomina "Wojnę, która zmieniła Rondo" - trudno ocenić, co go urzeka, bo nie drążę tematu. Mam też poczucie, że miłe doznania związane z książką naprawdę pomagają rozszerzać spektrum ich działania. Pewne jest natomiast, że nuda i niezrozumienie nie wyprodukują żadnych doznań, a utrwalą poczucie, że książka jest czymś zbędnym.
      Obstawiam jednak, że Twoja córka podchodziła do Conrada z pewnym kapitałem nawyków - ukształtowana latami obcowania z książkami, czyli ze zgodą na ten wysiłek i nadzieją na jakieś owoce.
      Streszczenia i audiobooki obiecujemy w kolejnej rozmowie, prawda? :)

      Usuń
    7. Wydaje mi się, że w podstawówce potrzebne są książki przyjemne, żeby dzieci oswajały się z tym, że istnieje coś takiego jak książka i da się ją czytać. Liceum i gimnazjum to etap, na którym nie jest to już tak istotne. Nie byłam szczęśliwa czytając "Lorda Jima", zmusiła mnie do tego lista lektur do olimpiady polonistycznej. Przykro mi to stwierdzić, ale z własnej woli nie sięgnęłabym po tę lekturę. Mimo to uważam, że w gimnazjum i szkole średniej powinno być jak najwięcej książek z klasyki, nawet niezrozumiałych, nawet trudnych i nudnych, ale "podanych" w odpowiedni sposób przez polonistę. Bo od podjścia wiele zależy.

      Usuń
    8. @Nieparyż Nie rujnuje, aczkolwiek zauważam też minusy wpuszczania pod strzechę młodzieżowej literatury popularnej. Z bestsellera na bestseller zauważam marginalizację języka. Opisy składają się z prostego słownictwa i sporej ilości przymiotników, a i tak są wyparte przez dialogi, które zajmują 3/4 tekstu i również złożonością nie powalają. Tu jednak nasze ramoty biorą chyba górę? Z drugiej strony człowiek sam czasem, oprócz zachwytu pięknem nadniemeńskiego krajobrazu, ma ochotę na kolejnego Cobena, o którym można powiedzieć to samo o czym wyżej :)
      Różnica w odbiorze oczywiście była, bo bliższa jest moim synom rzeczywistość z rozgrywkami, sponsorami, FC Barceloną i piłkarskimi celebrytami niż kopanie szmacianki w powojennej stolicy i zarabianie na bułkę w mlecznym. Przepaść społeczno - obyczajowa wielka. Ale wspólny mianownik w postaci miłości do kopanej jest i dlatego Bahdaj słuchany był z chęcią.
      A gonienie do lektur sprawiło, że sporą część polskiej klasyki poznawałem dłuuugi czas po ukończeniu szkoły. Wpływ na taki stan rzeczy miała również moja polonistka, miłośniczka bryków i wiedzy klepanej, a nie dyskusji o literaturze. I niech to służy za komentarz :P

      Usuń
    9. @Czytające dziewczę anonimowe :) Co do nudnych lektur - często nuda jest związana z tym, że się książki nie rozumie."nie zapali ognia, kto sam nie płonie" - to ładna maksyma i stosowna w odniesieniu do nauczycieli. Znam cudownych nauczycieli, którzy wypuszczają zaangażowanych czytelników, dziwnym trafem sami lubią czytać i potrafią o tym pięknie mówić. Toteż w pełni podzielam Twoje przekonanie, że umiejętne kierowanie szkolnym czytaniem ma znaczenie! Przywołany w rozmowie francuski pisarz Daniel Pennac przez lata był nauczycielem w liceum. Imał się różnych metod, żeby przekazać uczniom swój zachwyt. Nie tyle zależało mu na wychowaniu elity bujających w obłokach czytelników, ile przeciwnie - na pokazaniu, że Flaubert, Dostojewski, Bułhakow to autorzy blisko życia. W końcu zaczął prawie dorosłym ludziom czytać na głos, nie wstydząc się tego. I ponoć miał dobre efekty :D Mam nadzieję, że za pięć, dziesięć lat wrócisz do Conrada i zdecydujesz sama, czy to pisarz Twój, czy nie Twój.
      @Bazyl O, zgadzam się, że język robi się coraz prostszy, dlatego powtarzam: czy z małymi czytelnikami nie jest jednak coś nie tak, że trudno im przyswajać struktury bardziej skomplikowane? a rynek programowo karmi prostotą (prostota na wielu poziomach, jak mówisz!)?
      U nas w kraju literatura ma dziwny status: od dawna czytamy ją na klęczkach, a nie po partnersku, prostą czytelniczą rozrywkę negujemy, a wielkich i tak nie czytamy. Operujemy gotowymi formułami, zamiast dyskutować i po prostu CIESZYĆ SIĘ NIĄ! Strasznie mało afirmacji czytania u nas.
      A co do klasyki: dopiero gdy przeczytałam "Pana Tadeusza" na studiach, to płakałam rzewnymi łzami z tem biednem człowiekiem, co tęsknił za krajem. Wcześniej nużył. Ile książek rodzimych autorów NAPRAWDĘ nas karmi?

      Usuń
    10. @Nieparyż I dlatego niech sobie Starszy czyta Mulla i zaraża tym czytaniem innych (a sądząc z liczby wypożyczeń z jego prywatnej kolekcji, idzie mu to całkiem nieźle), a ja i tak będę wtykał do wieczornego czytania "Dawniej, czyli drzewiej" albo "Trudne słówka". Żałuję tylko strasznie, że moje chłopy nie mają w zwyczaju dopytywać. Widać taki typ :P Często łapię Młodszego na tym, że zapytany: "A wiesz co to/co ten wyraz oznacza?", mówi że nie i to mnie, przyznaję, martwi, bo chciałbym żeby dociekał i drążył :)

      Usuń
    11. Pięknie! Przyznam, że sama w pracy często sugeruję dzieciom wymiany towarzyskie i dzielenie się książkami, bo nie ma to jak koleżeńskie rekomendacje.
      Niedopytywanie to jest problem. Głupio drążyć co kawałek, czy zrozumiało.
      My dziś na dobranoc "Bajki pana Bałagana", czyli moje totalne dziecięce zakręcenie (i jeden z pierwszych dla mnie przejawów takiego mniej grzecznego języka w książce dla dzieci). Było nieźle...

      Usuń
    12. Cieszy mnie, że Starszy nie ma oporów przed wypożyczaniem i że (chyba?) rozumie, że książka powinna żyć, zamiast "kwitnąć" na półce i pokrywać się kurzem :) Sam dysponuję przypadkowym zbiorem książek i chętnie wypożyczam, a jedyne czego z perspektywy czasu żałuję, to strata kolekcji komiksów. Rozpożyczyłem pod koniec LO, a potem już nie pozbierałem :(
      A pytać się nie da, bo nieodgadnionym jest zasób słownictwa mojego dziecka. Bywa, że marszczy czoło przy, w mojej opinii, łatwiźnie typu "skwer", a nie ma problemu z "chlorofil", bo gdzieś tam widział w filmie przyrodniczym. O i tak. A ciągłe zatrzymywanie się i zgadywanie, to rzeźnia dla płynności przekazu. Najlepiej jakby sam, ale cóż, skoro nie chce. A wstydliwy nie jest :P I to nie jest tak, że całkiem nie pyta, ale jak dla mnie (właśnie, znowu to "mnie" :( ), za mało :)
      My "Tuczarnię motyli" :) Czyli coś z funkiel nówek :D

      Usuń
  2. Nie da się ukryć, że było mi trochę przykro, że starszej córki nie bawiły ani Muminki ani Mary Poppins. Coś jest takiego w tych książkach, że matkom zależy na przekazaniu ich dzieciom, córkom chyba szczególnie. Udało mi się za to przemycić "Czarne stopy". To było ciekawe doświadczenie również dla mnie, zwłaszcza w kontekście historii autorki. Przy Panu Samochodziku wymiękłam po paru stronach zadając sobie pytanie jak mogłam uznawać to za porywającą lekturę.Lasse i Maja wydawali się tacy świeży przy starszej córce, teraz czytając ponownie młodszej zastanawiam się co w nich widziałyśmy. Dzieciństwo się kurczy i na Mary Poppins nie starcza czasu, od Lassego i Mai dzieci przeskakują do Beręsewicza. Trochę szkoda, bo coś im jednak umyka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwróciłaś uwagę na ciekawą prawidłowość. Narzekamy, że dzieci nie pociągają książki z naszego dzieciństwa,a przecież przepaść zaczyna się już między starszym i młodszym rodzeństwem. Podobnie jak Wy mamy takie książki, które bawiły jeszcze kilka lat temu,a dziś już odeszły do lamusa. Pierwszy przykład z brzegu: "Detektyw Pozytywka". Pozostaje jedynie gdybać, czy to kwestia osobistych preferencji, czy książka w tak krótkim czasie zdążyłam stracić na atrakcyjności.
      "Muminki", chyba dzięki bajce muzycznej "Lato Muminków", są u nas wiecznie żywe. Nikt nie grymasi, wszyscy znają i lubią.

      Usuń
  3. Ja uważam, że "ramoty" są bardzo potrzebne - właśnie jako budowanie słownictwa, i jako tło kulturowe, które przyda się kiedyś. Po prostu niektóre książki trzeba znać. Kanon. Ale denerwują mnie sztuczne przedziały wiekowe - najlepszym przykładem jest to, że Dziećmi z Bullerbyn zamęcza się trzecioklasistów, podczas gdy pięciolatki wchłaniają radośnie i bardzo lubią (to oczywiście inny temat rzeka - przystawalności szkolnych lektur do rzeczywistości). Mamy ochotę czytać pięciolatkowi Guliwera, albo Narnię, a on ma ochotę słuchać - czemu nie? Co z tego, że nie wszystko może zrozumie. Liczę, że wspólne czytanie, albo słuchanie "w dzieciństwie" zostawi w głowie przyjemny osad, a może kiedyś skłoni do samodzielnego powrotu do takiej książki. Nie upieram się też przy przy samodzielnym czytaniu tej starszej literatury. Ona świetnie wchodzi przez uszy. Nawet lepiej. I wybieram audiobooki także z tego powodu, że ja też lubię mieć przyjemność z czytania, a wiem, że przy niektórych bym poległa jako lektor i tym samym pogrzebała ich zainteresowanie (widzę, że jak ja czytam bez zaangażowania to zwykle lektura przepada gdzieś w trakcie i nie wracamy do niej). I tak wchłonęli przywoływanego Bahdaja (jak pomyślę, że miałabym to czytać, to mi ciarki przechodzą po plecach, a to jedna z ich ulubionych w pewnym, okresie), Pana Kleksa, Pana Samochodzika, całego dostępnego Kastnera, teraz słuchają Tomka Sawyera, nie mówiąc o licznych mitach i legendach. Razem czytamy zwykle książki nowe (= nieznane mi także).
    Mam kłopot, że ja bardziej dziewczyńskie wspomnienia czytelnicze mam (Ania, Mary Poppins, Muminki), więc nie bardzo przystają do chłopaków. Tomek Wilmowski, moja miłość z podstawówki, był też największym rozczarowaniem, jak sięgnęłam w dorosłości, przez to nie kwapię się z wpychaniem. A ani Bahdajami, ani Samochodzikiem się nie fascynowałam osobiście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Rzeżucha - wchodzi przez uszy - świetne określenie! na profilu fb "Maków z Giverny" pojawiła się wczoraj kwestia lektur szkolnych, a dokładnie "Karolci" - wiele mam czytało na głos młodszym dzieciom z dobrym skutkiem! Ale starsze, czytające samodzielnie, lubią LUB NIE. Kiedy czytanie wciąż nie idzie płynnie i nie pochłania się jeszcze książek bez wysiłku w tempie ekspresowym, takie "ramotki" mogą nużyć.
      I tak, sama w pracy przeważnie jestem na "nie" sztucznym podziałom, choć informuję o fabule, problematyce, wieku bohaterów, ewentualnych strasznościach. Próbujemy. Jeśli dziecko chce słuchać ALBO OGLĄDAĆ, to znaczy, że książka już mu coś daje (Zosia mówiła o "Alicji w krainie czarów"). Jeśli starsze wciąż ma ochotę na pewne książki dla młodszych, to też znaczy, że mu ich potrzeba.
      Co do audiobooków - dopiero niedawno u nas zaskoczyło. Mann czyta "Żabka i Ropucha", który się kręci teraz na okrągło (a przecież w zasadzie dla młodszych niż 8 i pół :D)
      Nie jestem przeciw ramotkom. Tylko przeciw zakładaniu, że dzieci bawić musi to, co nas bawiło.
      @Anonimie ja czytałam chłopackie na równi z dziewczyńskimi, żal mi tych książek naprawdę mocno, ale nawet nie tyle konkretnych historii, ile pewnego stylu odbioru, rozsmakowania w języku, w detalach, który te książki oferowały. One faktycznie nie sprowadzały się do fabuły i dialogu. I dlatego jestem za wypatrywaniem najlepszych pisarzy DZIŚ.

      Usuń
    2. @Rzeżucha O!, popatrz jaki zbieg okoliczności, bo u nas też Sawyer w samochodzie. Pan Barciś jako ciotka pokazuje mi, jak daleko jestem w lesie z umiejętnościami lektora :P Swoją drogą, audiobooki pomagają nie tylko uzupełniać wiedzę, ale i pacyfikować znane każdemu rodzicowi "Daleko jeszcze!?". I cieszy mnie wielce, kiedy pierwszymi słowami po umoszczeniu się w aucie są: "Tato, włączysz?". Jest to tak oczywiste, że już nie pytam co :) I nawet jak próbuję oponować, że droga krótka i na te parę minut się nie opłaca odpalać książki, to Młodszy siłą swych argumentów zawsze mnie przekonuje do kliknięcia w play :D
      Przepaść między moimi chłopami to 2,5 roku. Dużo? Nie wiem. Ale lekturowo staramy się ją zasypywać. Starszy przychodzi posłuchać wieczornego czytania i czasem porywa lekturę Młodszego, żeby sobie doczytać w spokoju. Młodszy czasem prosi o coś o czym brat wyraża się z uznaniem, a ja nie odmawiam, bo słusznie prawisz, że jak dziecko chce słuchać, to czemu mam mu odmawiać?

      Usuń
    3. @Nieparyż, Bazyl
      Też nie uważam, że musi ich bawić, to co mnie bawiło, ale zauważyłam, że im wcześniej podane to "nasze" (nawet na wyrost), to łatwiej wchodzi. Mimo mojego uwielbienia dla Lata muminków w wersji bajki muzycznej, żaden z moich synów nie polubił. Trochę było mi przykro, ale co zrobię. Generalnie nigdy nie naciskam, raczej podtykam. Za to Alicję w Krainie Czarów słuchali (drugie moje naj).
      Może moja chęć puszczania im literatury przez uszy bierze się właśnie z tego, że miałam własny adapter i też wiecznie słuchałam tych kilku bajek muzycznych, które były. Chłopaki słuchają audiobooków od ... nie pamiętam kiedy. Różnica między nimi 3 lata i na ogół dochodzą do porozumienia w sprawie wspólnego słuchania. Właściwie wygląda to tak, że młodszy zawsze słucha tego, co starszy wybierze. Dopiero ostatnio starszy zaczął bojkotowac niektóre powroty młodszego, ale to chyba raczej kwestia znudzenia tym samym niż nielubienia czegoś. Jedynie Karlsona nie trawi (ale też nie miał go w "odpowiednim wieku", to jednak dla młodszaków jest)

      Ja to mam raczej odwrotnie - żałuję, że za "moich czasów" nie było takich fajnych książek jak teraz! :)

      Usuń
    4. @ NIeparyż. <>
      Dokładnie! Dlatego dla tej literatury mam audiobooki. Najfutbolniejszych czy Jędrka, a ostatnio Tsatsikiego czyta sam, chętnie (aczkolwiek wciąż to jeszcze nie jest pochłanianie). Nie wyobrażam sobie, żeby zafascynował się Panem Samochodzikiem czytając go samodzielnie. Ja ziewałam przy wywodach o osiągnięciach radzieckich antropologów ;) a wtedy słuchaliśmy wspólnie w samochodzie i chłopaki odmawiali wychodzenia z auta na przystankach! :)

      Usuń
    5. Ups wycięło mi Twój cytat o tym, że jak nie czyta się jeszcze płynnnie i bez wysiłku,to ramoty nużą. Tym powinno się zacząć.

      Usuń
    6. W tym całym audiobookowym zamieszaniu najlepsze jest to, że sam z audioobokami nie mogę się przeprosić. Jest to o tyle dziwne, że wydaje mi się, że łatwiej mi się w głowie układa i dłużej leży, to co przez ucho. Z tym, że tak mam z "dorosłymi". Dziecięce słucham bez oporów i z niekłamaną przyjemnością.

      Usuń
  4. ja wtrące tylko, że moje największą rozpacz czytelniczą przeżyłam w wieku ośmiu lat, kiedy uświadomiłam sobie, że nie mam szans przeczytać WSZYSTKICH ciekawych książek, bo jest ich zbyt dużo a wciąż powstają nowe.
    potem nastąpiło pogodzenie i czytałam "po prostu", godząc się z tym, że coś wspaniałego mnie ominie, ale też do wielu pięknych krain zawinę.
    dlatego myślę, że ważne jest jedynie to rozniecanie ogieńka, potem to już będzie samo płonąć.
    patrzę wstecz co było moim krzesiwem: wczesne czytanie przez ojca na głos, baśnie opowiadane przez dziadków przed snem, odkrycie genialnej biblioteki dziecięcej w domu mojej przyjaciółki (jej mama do dziś jest moją świętą) - to właśnie wtedy nastąpiła rozpacz: targałam przez podwórko dwie siatki pełne książek do poczytania w zimowe ferie, a po policzkach płynęły mi łzy bezsilności wobec czasu :)
    poza tym - biblioteka moich rodziców i powtarzane co chwilę przez mamę "to nie, to dla dorosłych, tym się nie interesuj", świetna zanęta, choć niecelowa, i wreszcie czyjś śmiech podczas lektury, albo westchnienia, albo obgryzane paznokcie.
    ważne, żeby książka stała się szczoteczką do zębów, przedmiotem higieny osobistej i niech będą najróżniejsze.
    potem już sobie poradzą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno najlepszą zachętą do czytania jest rodzic pochylony nad książką, wcale nie tą głośno czytaną, ale własną. Dzieci chłoną jak gąbka, uczą się przez naśladownictwo, powielają najbliższe wzorce. Do tej pory moim niedoścignionym wzorem czytelnika jest mój tata, mimo że nasze książkowe pasje w pewnym momencie się rozeszły, jego czytelnicze zaangażowanie wpędza mnie niejednokrotnie w zakłopotanie.

      Usuń
  5. Czytając waszą rozmowę, uświadomiłam sobie, że nie tylko nie staram się podtykać dzieciom klasyki, ale że generalnie czytamy całkiem bez planu. Takie radosne bezhołowie. Wychodzę z założenia, że wystarczy dzieciom pokazać, jakie czytanie jest świetne, jak wiele światów kryje się w książkach. Kurs historii literatury zrobią sobie same, jeśli uznają kiedyś, że potrzebują.

    To zwykle ja przynoszę książki z biblioteki, ale jeśli się dzieciom coś nie podoba, to nie ma sprawy - książka idzie w odstawkę. Jeżeli rzecz okaże się koszmarnie napisana, to z kolei ja mam prawo weta. Innymi słowy jak już czytamy, to wszyscy mamy z tego dużo przyjemności. Staram się też wybierać jak najpiękniejsze wydania.

    Tak sobie też kombinuję, że przy dzieciach nadrobię różne braki z własnych lektur dzieciństwa. I stąd się bierze sięganie po klasykę - nie z szacunku dla skarbów literackich, a raczej z ciekawości, dlaczego coś zostało uznane za klasykę. Tym sposobem przeczytałam m.in. "Lwa, czarownicę i starą szafę" oraz "Księgę dżungli".

    Najlepiej u nas chodzą, mimo że towarzystwo mieszane płciowo, książki przygodowe (cykl "Magiczne drzewo"), napisane z humorem ("Czarownica piętro niżej" i kolejne z cyklu), a nawet te nieco krwawe (cykl "Skrzydła ognia"). No i wielbimy Astrid Lindgren oraz jej spadkobierców (np. Marię Parr).

    Bodajże jeden tylko raz zaczęłam czytać z dziećmi książkę, którą byłam zachwycona w dzieciństwie, "Małą księżniczkę". Dzieci absolutnie nie podzieliły moich małoletnich wzruszeń i powieści nawet nie dokończyliśmy. Rzeczy sentymentalne nie mają u nas właściwie szans. Tak samo źle potraktowaliśmy „Pożyczalskich” i „Słonia Birara”.

    PS – Ja tam bardzo lubię w „Ani z Zielonego Wzgórza” to staroświeckie zwracanie się do dziecka pełnym nazwiskiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz być spokojna, ja też nie chwytam za klasykę z jakichś wyższych pobudek, to po prostu radość książkowych powrotów. :) Jest taka klasyka, której z premedytacją nie tknęłam w dzieciństwie i nie zrobię tego również przy głośnym czytaniu z dziećmi. Co ciekawe niektóre z tych tytułów starszyzna nadrobiła już samodzielnie. Co w sumie cieszy, bo oznacza, że sami z siebie też są gotowi na odkurzanie staroci. Najstarsza (15 lat) przyznała się ostatnio, że lubi zapach starych książek. Mogę więc być spokojna, że przynajmniej w jej przypadku wiek książki nie będzie decydującym kryterium wyboru lub odrzucenia.
      Co do Ani, mam takie przeświadczenie, że po polsku, w staroświeckim wydaniu, naturalniej byłoby zwrócić się do dziewczyny per "panno Anno" niż dajmy na to "Aniu Kowalska". "Aniu Shirley" pachnie mi na odległość kalką językową. Może jednak się mylę.

      Usuń
  6. Nadzieja, że młodszemu pokoleniu spodoba się to co nam, jest naturalną pochodną ogólnego schematu - co było dobre dla mnie, będzie dobre dla tych, których kocham. U mnie nie sprawdziło się to z Lemem. Może czytelniczka była zbyt młoda? Nawet "Bajki robotów" okazały się być z innej bajki :-(

    Rozumiem, że książki, tak jak inne utwory (filmy, piosenki, obrazy lub rzeźby) mają swój "termin przydatności do spożycia". Jego unikalną cechą jest wszakże to, że każdy odbiorca ustala go indywidualnie (i zawsze może zmienić zdanie). Kogo śmieszy dziś Charlie Chaplin? Kto się wzruszy Karolcią? Powody samego "spożycia" także są zróżnicowane. Trochę poszukiwania prawd uniwersalnych, trochę podróży w przestrzeni i w czasie. Smakowanie świata różnego od tego, który młody czytelnik zna na co dzień.
    Weźmy, na przykład, formę zwracania się do Ani. Jej "staroświeckość" jest zapisem obyczaju właściwego danej kulturze i danej epoce. Czym byłaby "Trylogia" bez "aśćki" lub "waszeci"?


    Pozdrawiam,
    Nonimowy

    OdpowiedzUsuń
  7. @ Nonimowy
    Ależ kultura z radością i przekorą omija terminy przydatności, przywraca do życia uśpione dzieła, bawi się nimi, ubierając w przeróżne konwencje, adaptuje, nawiązuje, odczytuje w nowych kontekstach. Gdyby nie ta potrzeba ciągłego odradzania, nie byłoby już Czerwonego Kapturka. Wszak kto się jeszcze boi wilka? Charlie Chaplin nie śmieszy, ale nieme kino wraca do łask i na nowo intryguje. "Karolcia" nie wzrusza, ale czarodziejski koralik nadal jest obiektem marzeń. Każdy rodzic, biorąc do ręki pachnącą stęchlizną książkę z dzieciństwa, ma nadzieję, że ten punkt zaczepienia uda mu się znaleźć. Nadzieja umiera ostatnia.

    OdpowiedzUsuń

Formularz czeka na komentarze. Czynny całą dobę.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...