Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

11/16/2023

Jak Grinch skradł święta!


 Jak Grinch skradł Święta!, Dr. Seuss, tł. Michał Rusinek, Wydawnictwo Kropka 2023.

Nie każdy książkowy bohater zyskuje popularność dzięki literaturze. Czasem jest to film. 65 lat po premierze "How the Grinch Stole Christmas!" ukazał się właśnie pierwszy polski przekład tej klasycznej amerykańskiej opowieści, którą polskie dzieci znają z licznych filmowych adaptacji. Tłumaczenia podjął się niezastąpiony Michał Rusinek, który nie raz już udowodnił, że w anglosaskiej poezji dla dzieci czuje się jak ryba w wodzie.

Dr. Seuss, a właściwie Theodor Seuss Geisel (1904-1991) napisał i zilustrował kilkadziesiąt książek dla dzieci, które weszły do kanonu amerykańskiej literatury i do dziś dnia cieszą się niegasnącą popularnością. Kariera literacka Dr. Seussa nie była usłana różami. Pierwsze książki dla najmłodszych, opublikowane jeszcze przed II Wojną Światową, nie spotkały się z ciepłym przyjęciem. Dopiero w latach 50. nastąpił ten przełomowy moment, kiedy to autor, znudzony pracą w agencji reklamy, podjął się stworzenia elementarza dla dzieci. Książka miała być przede wszystkim wciągająca, ale tekst musiał ściśle ograniczać się do listy trzystu pięćdziesięciu prostych, przeważnie jednosylabowych słów, przygotowanych przez wydawcę.W twórczych bólach poszukiwania weny i odpowiednich narzędzi powstał "Cat in the Hat", czyli polski "Kot Prot".

Od tego momentu kariera Dr. Seussa potoczyła się lawinowo. Jego książki nie tylko nauczyły czytać pokolenia Amerykanów, ale przede wszystkim otworzyły im drzwi do świata wyobraźni. Absurdalny humor, niepokorni bohaterowie i perfekcyjne, galopujące frazy przełamały marazm na półkach zapełnionych dydaktyzującymi książeczkami z nudnymi ilustracjami. W 1984 r. Dr. Suess został uhonorowany Nagrodą Pulitzera za "szczególny wkład w edukację i zabawę amerykańskich dzieci i rodziców".

W Polsce pierwsze tłumaczenia książek Dr. Seussa ukazały się dopiero na początku XXI wieku nakładem wydawnictwa Media Rodzina. Warto było jednak czekać, bo przekładu dokonał sam Stanisław Barańczak i mimo że teksty te czasem daleko odbiegają od oryginału, stanowią genialny popis językowej sprawności i poetyckiego talentu. "Jak Grinch skradł Święta!" to pierwsze "niebarańczakowe" tłumaczenie z uniwersum Sama, Kota Prota i słonia Hortona. Michał Rusinek bardzo sprawnie poradził sobie z trudnym rytmem wiersza, nie tracąc nic żartobliwego tonu i ciekawych gier słownych charakterystycznych dla poezji Dr. Seussa. Ciężko poprzestać na jednym czytaniu, bo wiersz, czyta się gładko i przyjemnie, bez żadnym poetyckich zgrzytów. 

Historia Grincha to tak naprawdę przewrotna próba odkomercjalizowania Świąt Bożego Narodzenia. Postać zielonego stwora, który wściekły na coroczne obchody z premedytacją kradnie mieszkańcom Ktosiowa wszystkie atrybuty Bożego Narodzenia, ma przypomnieć czytelniom, co tak naprawdę jest istotne.  Wymyślone przez Seussa imię bohatera na stałe weszło do słownika języka angielskiego na określenie osoby bojkotującej świętowanie. Ta swoista antyikona Świąt dla wielu Amerykanów stanowi jednak uosobienie świąteczności na równi ze Świętym Mikołajem.




 

 

 

 



10/30/2023

Dong co ma świecący nos, i inne wierszyki Pana Leara

 

Dong, co ma świecący nos i inne wierszyki Pana Leara, Edward Lear, tł. Andrzej Nowicki, opr. graf. Bohdan Butenko, Dwie Siostry 2023.

"Książkę robi się jak sweter" – przekonywał Bohdan Butenko, a butenkowska strategia robienia książki otworzyła zupełnie nowy rozdział w projektowaniu graficznym. Traktowanie książki jako całości, świeże, nowatorskie, do dziś dnia, a od premiery "Donga" minęło już ponad 60 lat, stanowi dla twórców duże wyzwanie.

Teksty Edwarda Leara zebrane w tym małym kwadratowym zbiorku sięgają końca XIX wieku. Przekład Andrzeja Nowickiego, powstały niemal sto lat później, swobodnie bawi się learowską konwencją poezji absurdu. Tłumaczenie nie jest dosłowne, twórcze skojarzenia Nowickiego wędrują w nieco inne strony, aby ostateczni oddać nastrój, dowcip i przewrotność oryginalnego tekstu, nie zawsze literalnie treść. Wychowani na Monty Pythonie i Kabarecie Starszych Panów opowiadania o łódce z sitka, znikających paluszkach u nóg, czy spacerującym krześle doceniamy jako rodzaj zabawy. Dla współczesnych Learowi opowieść o Dongu miała atrybut kpiarskiej satyry na bajronicznych bohaterów, limeryki na wiktoriańskie przywary społeczne, a wymyślne imiona bohaterów, ni to ludzkich ni zwierzęcych, były mrugnięciem okiem w stronę wybujałych ambicji XIX-wiecznych przyrodników.

Kiedy learowskie teksty trafiły do XX-wiecznych czytelników, nie były już tak silnie nacechowane tymi skojarzeniami. Butenko podszedł do nich niestandardowo. Stworzył książkę, posługując się dwoma wyjątkowo wyrazistymi technikami: właściwym sobie naiwnym rysunkiem i techniką negatywu. Przełamał dystans, jaki stara anglosaska poezja mogłaby stworzyć między sobą a małym czytelnikiem. W naturalny dla siebie sposób zatarł granicę między obrazem a tekstem. Kpiarz Butenko spotkał kpiarza Leara, tworząc dzieło ponadczasowe, bez daty ważności.

Dziś nie musimy brać już "Donga" na serio, szukać ukrytych znaczeń, taplać się w społecznych stosunkach, rozkminiać neologizmów. Wystarczy przyjemność obcowania z małym dziełem sztuki – książką totalną stworzoną przez genialnego architekta. A Dong uśmiecha się wdzięcznie spod swojego doczepionego nosa, wyraźnie pocieszony, że jego wytrwałość nareszcie jest doceniona, mimo braku szczęśliwego zakończenia.

 



7/23/2022

Na jagody

 

Na jagody, Maria Konopnicka, il. Katarzyna Minasowicz, Kropka 2022.

Hasztag na ostatniej stronie okładki nowego wydania "Na jagody" zachęca: odkurzmy Konopnicką. Kropka znana jest z tego, że bywa wydawniczym ryzykantem. Tekst sprzed ponad wieku i artystyczna, odświeżona szata graficzna. "Na jagody" jako coffee table book czy książka dla dzieci?

Czerwiec. Rok Marii Konopnickiej w pełni. W Marginesach ukazuje się "Samotnica" Karoliny Dzimiry-Zarzyckiej, opowieść o długoletniej towarzyszce życia pisarki, w Kropce zaś "Na jagody". Bookstagram przyjmuje wiadomość o reedycji bardzo ciepło. Pojawiają się pełne emocji wspomnienia ikonicznych wydań poematu z ilustracjami Fijałkowskiej i Stylo-Ginter. Nowa edycja wzbudza zaciekawienie. Chcemy wrócić do czasów dzieciństwa. Po nowemu? Czemu nie. 

Wygodny pionowy format, szlachetny, kremowy papier, wyklejka w kolorze grzbietu i oszczędne, eleganckie, nastrojowe ilustracje. Odpowiednia ilość tekstu na stronie - kartki przekładamy na tyle często, że rysunki dają radę snuć własną opowieść. Sam wiersz nie przeszedł jednak edytorskiego liftingu. Pamięta jeszcze stare normy ortograficzne i gramatyczne. Konopnicka pisze poetycko, kunsztownie, z ogromną swobodą. Dobrze się ją czyta na głos, ale czy z dziećmi?

"Na jagody", z braku młodszego audytorium, wzięłam na warsztat z moją 10-letnią córką. Wygląda jednak na to, że wstrzeliłam się idealnie, bo podczas głośnego czytania, nie zabrakło jej koncentracji, a wplatane co jakiś czas lakoniczne komentarze wystarczyły, żeby zrozumiała historię i zachwyciła się nieznaną dotąd opowieścią. To jednak jednostka raczej nietypowa, która z przyjemnością słucha Nesbit, Travers i Makuszyńskiego. Czy młodsi dadzą radę? Może być trudno.

Katarzyna Minasowicz dała książce nowe życie i nawet jeżeli nie zakróluje ona z powrotem na dziecięcych półkach, uwspółcześniona szata graficzna pozwoli odczytać ją na nowo, może nieco mniej infantylnie niż dotychczas. Zwłaszcza że "Na jagody" niesie za sobą ciekawą historię ze skandynawską genealogią w tle. Kto pamięta, że pierwsze wydania przez kilkadziesiąt lat ukazywały się z rysunkami ikony szwedzkiej literatury Elsy Beskow, a Maria Konopnicka jest autorką genialnej adaptacji napisanej przez Beskow historii? 

Jeśli kochacie piękne książki, sięgnijcie po "leśną książeczkę" Konopnickiej choćby we fragmentach. Jakkolwiek idylliczna i niedzisiejsza to historia, poezja ma powiew artyzmu, którego próżno szukać gdzie indziej.

4/29/2022

Gra o spadek


 Gra o spadek (Westing Game), Ellen Raskin, tł. Emilia Kiereś, Kropka 2022.

Kultowa powieść dla dzieci, która w 1979 roku zdobyła prestiżową nagrodę - Newberry Medal, przyznawaną corocznie przez stowarzyszenie amerykańskich bibliotekarzy twórcom najlepszej literatury dla najmłodszych, ukazuje się w Polsce po raz pierwszy. Tłumaczenie Emilii Kiereś zachwyca bogatą polszczyzną oraz udaną strategią przekładu zawiłej zagadki słownej. Choćby dla niego, warto sięgnąć po tę powieść. A co w środku? Posłuchajcie o panu Westingu i jego grze.

Rzecz ma miejsce w ekskluzywnym apartamentowcu "Wieże Zachodzącego Słońca" położonym na odludnym wybrzeżu jeziora Michigan. 6 mieszkań i dwunastu barwnych lokatorów-spadkobierców zaproszonych przez domniemanego nieboszczyka-milionera Sama Westinga do udziału w osobliwej grze. Kto spośród nich, korzystając z przygotowanych zestawów wskazówek, wyśledzi zabójcę Westinga, ma szansę zdobyć całą fortunę denata. Westing dzieli mieszkańców wież na dwuosobowe zespoły, które przystępują do ostrej rywalizacji.

Ellen Raskin koncentruje uwagę czytelników na bogatych portretach psychologicznych, jak rasowy dochodzeniowiec, grzebiąc w ich przeszłości, relacjach, nietypowych nawykach i ukrytych problemach. Atmosfera jest gęsta, a poczucie zagrożenia związane z obecnością mordercy podsycają niespodziewane wybuchy, które u kilku osób powodują pewne obrażenia. Tymczasem tylko uważna lektura jest w stanie doprowadzić nas do rozwiązania zagadki, zanim zrobią to bohaterowie. Krawcowa, lekarz, sędzia, sekretarka, szef restauracji, nastolatka, odźwierny, chłopak na posyłki - kalejdoskop postaci jest tak różnorodny i bogato opisany, że chcąc nie chcą dajemy się zwieść delikatnej siateczce intryg, często gubiąc się w niuansach.

Mam zresztą poczucie, że skala problemów osobistych z jakimi borykają się bohaterowie (alkoholizm, samotność, rozgrywki małżeńskie, rasizm), nie przystaje do potrzeb i zainteresowań czytelników 9+, do których teoretycznie adresowana jest powieść. Kiedy czytałam, myślałam o nastolatkach 13+, które mogłyby docenić wyrafinowaną problematykę postaw i metamorfozy bohaterów, a potem sięgnąć po książkę, kolejny i kolejny raz, żeby nacieszyć się aluzjami, którymi autorka faszeruje powieść jak drożdżowe ciasto rodzynkami.

"Gra o spadek" to książka na wskroś amerykańska, o czym przekonujemy się jednak dopiero po zakończeniu lektury, gdy poznajemy rozwiązanie zagadki. Być może dlatego, powieść od czterdziestu lat cieszy się niesłabnącą popularnością jako lektura szkolna i bywa wskazywana jako idealna książka do czytania w Dzień Niepodległości. Jednocześnie pojawiają się głosy, że kwestie społeczne, takie jak różnorodność kulturowa czy niezależność kobiet, nakreślone są w sposób krzywdzący i stereotypowy. 

"Liczy się nie to, co macie, lecz to, czego Wam brakuje" - powtarzana jak mantra wskazówka Sama Westinga pozostaje pięknym, niepisanym mottem książki.

11/23/2020

Zaczarowany zamek

 

Zaczarowany zamek, Edith Nesbit, il. Adrianna Szwedkowicz, tł. Magdalena Sobolewska, Muchomor 2020.

Kto nie czytał w dzieciństwie ani jednej powieści Edith Nesbit, ręka do góry? Ta skromna Angielka wychowała całe pokolenia czytelników na całym świecie. Co ciekawe, do czerpania z bogactwa stworzonych przez nią motywów literackich przyznawali się liczni pisarze XX wieku, m.in. Tolkien i Lewis. Wydawnictwo Muchomor wraz z serią Pożeracze książek, znowu zabrało nas o przeszło sto lat wstecz, a my chętnie z tego skorzystałyśmy.

Zawsze zazdroszczę obcym autorom, że w świeżych przekładach ich dzieła mogą odżyć na nowo. Kto wskrzesi dla polskich czytelników Konopnicką? Kto odświeży pokolenie młodszą Szelburg-Zarębinę? Próżno marzyć o takiej możliwości. Tymczasem przed popularnymi tytułami przekładu, drzwi zawsze stoją otworem. Nowe tłumaczenie "Zaczarowanego zamku" w wykonaniu Magdaleny Sobolewskiej sprawiło mi dużo czytelniczej przyjemności. Bogaty, plastyczny język doskonale oddał charakter klasycznej powieści wiktoriańskiej, a odkurzona fabuła nie oznaczała archaizmów i przestarzałej składni. Obszerne rozdziały doskonale czytało się na głos, za co zawsze przyznaję tłumaczowi dodatkowy punkt.

Fabuła to klasyczna powieść tamtych lat, znajdująca się na styku realizmu i magiczności. Bohaterowie żyją w normalnym świecie, który w pewnych momentach ożywa za sprawą czarodziejskich działań lub po prostu bogatej wyobraźni. Trójka rodzeństwa, spędzająca wakacje na angielskiej wsi, trafia do zaczarowanego zamku, gdzie w towarzystwie jego małej lokatorki, kilkuletniej Mabel, poznają moc czarodziejskiego pierścienia. Anegdotyczny charakter fabuły sprawia, że z rozdziału na rozdział poznajemy co raz to inne przygody, które Gerald, Kathleen i Jimmy, z podziwu godną fantazją generują za sprawą magicznego artefaktu i nieokiełznanej pomysłowości. W książce pojawiają się wątki społeczno-ekonomiczne, odnoszące się do kapitalistycznych praktyk początku XX wieku, finansowych problemów zubożałej arystokracji oraz sytuacji kobiet. Edith Nesbit prywatnie sympatyzowała z frontem socjalistycznym, nie angażowała się jednak w ruchy emancypacyjne.

To właśnie magiczny pierścień Nesbit tak zdominował literacką wyobraźnię Tolkiena, że uczynił go bohaterem swoich powieści. Jako czytelnik, wcale nie jestem zdziwiona. Nazywana matką chrzestną współczesnej fantasy, Nesbit wkupiła się we względy dziecięcych odbiorców (dorosłych jak widać również), podsuwając im bohaterów z krwi i kości, którzy może nie zawsze umieją czynić dobro, ale z powodzeniem uczą się naprawiać swoje błędy. Czasem używając do tego właśnie magii.

 

Książka dofinansowana ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

inne tytuły z serii Pożeracze książek:

Był sobie dwa razy Baron Lamberto 

Wiatr z księżyca

 

 

8/19/2020

Była raz starsza pani

 

Była raz starsza pani, tekst tradycyjny, il. Abner Graboff, Kropka 2020.

 Mamy to! Przekład na język polski  kultowego angielskiego wiersza "There was an Old Lady Who Swallowed a Fly" można śmiało porównać do przetłumaczenia "Rzepki" Tuwima na język obcy. Porównanie nie jest zresztą przypadkowe. Oba wiersze łączy nie tylko ogromna popularność i epoka powstania, ale również charakterystyczna łańcuszkowa struktura.

Absurdalna historyjka o starszej pani, która połyka muchę, a następnie podejmuje kolejne drastyczne kroki konsumpcyjne, żeby pozbyć jej się z brzucha, doczekała się mnóstwa wydań, wersji i reinterpretacji. W naszym domu szczególną estymą cieszy się wersja muzyczna, skoczna i wpadająca w ucho, spopularyzowana w latach 50. przez amerykańskiego aktora i piosenkarza folkowego Burla Ivesa. Dołączona w postaci płyty do kolorowego picturebooka, już na zawsze narzuciła nam swój galopujący rytm czytania. Wbiła się w głowy jak "Jedzie pociąg z daleka", którego nie sposób recytować, zapominając o tradycyjnej melodii. Ostateczna wersja wiersza przypisywany jest Rose Bonne, ale pierwotny autor nie jest znany.

Polskie tłumaczenie autorstwa Emilii Kiereś ukazało się w graficznej interpretacji Abnera Graboffa. Amerykanin, syn pary rosyjskich emigrantów, narysował "Starszą panią" na początku lat 60. Był już wtedy dość znanym i cenionym artystą, ale kariera ilustratorska nie przynosiła mu wystarczających dochodów, by na jej rzecz porzucić pracę w komercyjnym edytorstwie. Graboff podszedł do specyficznej, kumulatywnej struktury wiersza bardzo niestandardowo. Poszczególne wydłużające się zwrotki, w których pojawiają się kolejne zwierzęta i charakterystyczny refren: "Dziwne, że nie umarła", wymuszają skojarzenie z wyliczanką. Ilustrator nie skorzystał jednak z okazji do podkreślenia powtarzalności. Skoncentrował się na plamie, kontraście i poczuciu humoru.

Tłumaczenie Emilii Kiereś bardzo wiernie oddaje treść wiersza. Autorka nie skorzystała z przysługującego jej prawa do dokonania wolnego przekładu, które Stanisław Barańczak w swoim eseju: ">Rice pudding< i kasza manna" uzasadniał chęcią lub koniecznością „wpaso­wania tekstu słownego w sztywne ramy tekstu muzycznego", dlatego "Była raz starsza pani" nie zaśpiewamy sobie na melodię Allana Millsa. Mimo to cieszę się, że po tylu latach tekst trafia w ręce polskiego czytelnika i ma szansę stać się kolejną ulubioną wyliczanką.