Liczypieski


Liczypieski
Ewa Kozyra-Pawlak
Nasza Księgarnia 2015

Od  dawien dawna wyczekuję autorskiej książki dla najmłodszych na miarę "rudego malarza" Stannego. Odklepuję kolejne zdrowaśki, trzymam kciuki i co tam jeszcze można robić, ilekroć w zapowiedziach pojawia się nowa pozycja. W myśl zasady pisać każdy może i w związku z trwającą modą na wszechstronność artystyczną, jesteśmy stale raczeni poetycką lub epicką twórczością polskich ilustratorów.

Długo by opowiadać, jak trafił na naszą półkę osobisty egzemplarz "Liczypiesków". Pokrótce rzecz ujmując, zaczęło się od przedszkolnego śpiworka, z materiału zaprojektowanego przez Ewę Kozyrę-Pawlak z kolekcji "Psykliści". Potem rzutem na taśmę pojawiła się wypożyczona z biblioteki książka i to był początek końca moich niespełnionych nadziei związanych z tym tytułem.





"Liczypieski" graficznie bazują na tej samej, sprawdzonej od lat technice wycinanek z tkaniny. Ewa Kozyra-Pawlak obok Elżbiety Wasiuczyńskiej jest niezaprzeczalną mistrzynią tej metody. "Liczypieski" wizualnie trzymają wysoki standard i są miłą dla oka, świeżą i angażującą artystycznie książką. Podobnie sprawdzony motyw wyliczanki (uwielbiam "10 bałwanków" Wandy Chotomskiej) wprowadza w znajome rewiry powtarzalnych zwrotek.



Tekstowi brakuje jednak tej lekkości, którą autorka zaprezentowała w tłumaczeniu "Co było potem?" Tove Jansson. Nawet przy założeniu, że prosta rymowana struktura była celowym zabiegiem, głośne czytanie "Liczypiesków" oznacza serię niemiłych potknięć. Kozyra-Pawlak nie tylko gubi rytm wiersza, przypadkowo łamie strukturę, ale również stosuje metodę pierwszych skojarzeń, prowadząc do takich leksykalnych kwiatków jak ten:

"zamiast liczyć jak wszyscy barany
niesamotny (sic!) już pan liczył psy"



Najkrótszą i najtrafniejszą recenzję zaproponowała Najstarsza, po tym jak Sadzonka wcisnęła jej "Liczypieski" do głośnego czytania: "Fajna historia, ładne ilustracje, tylko ten tekst taki pitu-pitu". Przyznam, że ta mało profesjonalna ocena bardzo przypadła mi do gustu.  Tekst "pit-pitu" swoim zwyczajem staram się ulepszać. "Liczypieski" musiałam jednak kupić, bo Sadzonka bardzo zaborczo potraktowała egzemplarz z biblioteki, oświadczając, że nie zamierza się z nim rozstawać.

Share:
Czytaj dalej
,

Torebka babuni


 


Niesamowita rzecz trafiła do Sadzonki, z okazji dnia dziecka, za pośrednictwem Wydawnictwa Olesiejuk. Dopomina się uwagi bynajmniej nie ze względu na wyszukaną treść, ale naprawdę zaskakująco atrakcyjną formułę książki-zabawki. Zwróciła moją uwagę jeszcze zanim Sadzonka pojawiła się na świecie, a teraz udało mi się ją jeszcze wyszperać na jakiejś zakurzonej półce w internetowej księgarni. Odnoszę wrażenie, że w fazie nowości przeszła niezauważona, co prawdopodobnie przyczyniło się do tego, że w tej chwili można ją kupić naprawdę za grosze.

Robiąc zdjęcia zauważyłam, że wyjątkowo trudno uchwycić na fotografii cały jej zabawkowy potencjał. Na nasz rynek trafiła bardziej wypasiona wersja (22x22 cm), z całym arsenałem interesujących dodatków. Angielskojęzyczna "Torebka babuni" ukazała się w dwóch edycjach, z czego ta druga jest mniejsza, słabiej wyposażona, za to bardziej poręczna do zabierania tu i tam. Nasza wykonana jest z naprawdę solidnego kartonu, co jednak znacząco wpływa na jej ciężar. Niestety solidność nie uchroniła całej konstrukcji od naddzierania się w miejscach newralgicznych, czyli przy ruchomych elementach.

Sadzonkę oczarowały zwłaszcza okulary, które można wyjąć z etui i założyć na nos, ale pierścionek w postaci dziurki, w którą da się wsunąć palec wydaje się nie mniej inspirujący. Oprócz tego nie brakuje tam rzeczy, które można wyjąć, otworzyć, a nawet zawiązać i złożyć np. sznurowadło czy chusteczka do nosa. 

Zażalenie można mieć jedynie do mało wyrafinowanego, dosłownego tłumaczenia. Ale zaryzykuję stwierdzenie, że tym razem naprawdę nie chodzi o tekst.





Share:
Czytaj dalej

W kieszonce


W kieszonce
Iwona Chmielewska
Wydawnictwo Media Rodzina 2015










Niezwykle oszczędna, nawet jak na Iwonę Chmielewską, wręcz ascetyczna formuła książki perfekcyjnie wprowadza w błąd. Jestem pewna, że nikt na pierwszy rzut oka nie uwierzy, że "W kieszonce"stworzona jest z myślą o najmłodszych czytelnikach. Można śmiało postawić ją na półce obok typowych dziecięcych zgadywanek o Mysi (Lucy Cousins). Tylko kto po nią sięgnie i nie potraktuje tego frapującego połączenia za zwykłe nieporozumienie?

"W kieszonce" prezentuje się jak kompozycja tkanin wywleczonych z babcinej szafy i pracowicie wyhaftowanych fastrygą. Pozornie nieatrakcyjna i surowa, momentalnie wprowadziła Sadzonkę w dobry nastrój, wywołując radosne okrzyki i spontaniczne odpowiedzi na zadane w tekście pytania. Zaangażowała ją w zabawę nie gorzej niż Hervé Tullet swoim "Naciśnij mnie". Dopiero reakcja Sadzonki uświadomiła mi, że prosty pomysł jest kołem napędowym książki. Pojawiające się jedna po drugiej "podchwytliwe" zagadki, mimo że za każdym razem zwodzą tym samym sposobem, dla 3-latka są zaskakujące i nieoczywiste. Świetnie nadają się też do pierwszych, samodzielnych prób budowania opowieści.








Share:
Czytaj dalej

A ja nie chcę być księżniczką


A ja nie chcę być księżniczką
Grzegorz Kasdepke
il. Emilia Dziubak
Nasza Księgarnia 2015















Czytający Małą czcionkę regularnie wiedzą, że do świeżych tytułów zwykle podchodzę nieufnie. I tym razem, mimo że Emilię Dziubak lubię i cenię, nowość Grzegorza Kasdepke, po przelotnym zerknięciu na okładkę, napełniała mnie niepewnością. Liternictwo tytułu od razu wydało mi się niepotrzebnie wyszukane. Powykręcane znaki odwracają uwagę od pełnej detali ilustracji. Bałam się, co znajdę w środku. Na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny. To koniec graficznych eksperymentów. Z miejsca jednak ostrzegam, że również format zaskakuje. Standardowa półka nie pomieści dużego formatu. Wielkością plasuje się pomiędzy "Mamą Mu" a "Mapami", obok "Jasia Ciekawskiego".





Marysia nie chce być księżniczką, chce być smokiem. Wokół smoczego motywu osnuta jest historia kilkudniowej zabawy, która angażuje całą rodzinę i okazuje się być ciekawym eksperymentem udowadniającym, że w zabawie wszystko może się zdarzyć, a czym jest bardziej nietypowo, tym jest ciekawiej. Grzegorz Kasdepke zaskoczył mnie i było to zaskoczenie pozytywne, zwłaszcza że cały czas mam w pamięci lekturę jego "Potwora". "A ja nie chcę być księżniczką" jest książką dowcipną i z gruntu "niekasdepkową", co poczytuję jej na plus. I mimo że ta zmiana nie jest tak świeża jakby się tego chciało, a miejscami pachnie odrobinę zakamarkową Piją Lindenbaum, jestem to w stanie autorowi wybaczyć. Nie chodzi mi tu wyłącznie o proste skojarzenie z "Filipem i mamą, która zapomniała", choć jednocześnie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zwłaszcza ilustracja kuchenna jest bardzo podobna.







"Filip i mama, która zapomniała"




Kasdepke wyraźnie chce odciąć się od częstego wśród polskich pisarzy dydaktyzmu, chociaż "A ja nie chcę być księżniczką", z pewnością nie jest też pozycją antypedagogiczną. Dobrze nastraja pozytywny wizerunek rodziny, w którym każda z postaci ma jakieś cechy charakteru budzące sympatię. Najmniej pogodnie prezentuje się główna bohaterka - smoczyca ewidentnie nie tylko z wyglądu.
Share:
Czytaj dalej

Warszawskie Targi Książki



Po tegorocznej wizycie na Warszawskich Targach Książki naszła mnie smutna refleksja. Targi co raz mniej mają wspólnego z targami a coraz więcej z ogromnym bazarem. Zagranicznych wystawców jak na lekarstwo, a ci co zdecydowali się przyjechać nudzą się, grzejąc stołki i pijąc kawę. Zamiast sprzedaży dużych nakładów i praw autorskich drobny handel i prezentacja najświeższych tytułów. Dla Kowalskiego impreza targowa ma z pewnością walor kulturalnego wydarzenia, ale wydawcy profesjonalne relacje muszą raczej odłożyć na później, zadowalając się kontaktem z żywym czytelnikiem.


Nowości dopisały. Książki na zdjęciu powyżej bynajmniej nie wyczerpały apetytu, ale za to poważnie nadszarpnęły budżet. Próżno szukać na Targach okazji cenowych. Podejrzewam, że wizyta w dyskoncie książkowym mogłaby być korzystniejsza i w dodatku z dostawą do domu ;). Nie chcę narzekać. Targi mają swój smak i klimat, który zwłaszcza dzieciom służy, nobilituje i daje poczucie uczestniczenia w czymś specjalnym. No i o ile przyjemniej się czyta pachnące świeżością targowe łupy.





Share:
Czytaj dalej
,

Meto. Dom


Meto. Dom
Yves Grevet
Wydawnictwo Dwie Siostry 2014














"Meto. Dom" - wyobrażam sobie, że tak wyglądałaby "Akademia Pana Kleksa", gdyby Brzechwa zafascynował się wczesnymi nurtami fantastyki. Ponura wizja Domu, w którym chłopcy, oderwani od swojej przeszłości i pozbawieni wspomnień oraz nie znający swojego przeznaczenia, żyją w systemie ściśle regulowanym przez panujące zasady. Posunięta do granic obłędu kontrola, okrutny system represji i stała inwigilacja dopełniają obrazu świata, w którym nie ma miejsca na wyższe wartości czy uczucia. Zaufanie ograniczone do minimum, skonfrontowane z koniecznością szukania sprzymierzeńców, spina w całość świat, w którym sojusze pozwalają zachować godność lub stają się przyczyną klęski.

Dominantę świata przedstawionego stanowią postacie chłopców, z charakterystycznymi rzymskimi imionami, wśród których rozpoznać można prawdopodobnie celowe nawiązania do postaci antycznej kultury. To relacje między nimi są pożywką dla fabuły, która karmi się brakiem pamięci zbiorowej i orientacji w mechanizmach, jakimi rządzi się ich świat. Postacie same w sobie nie są jednak mocną stroną powieści. Dość jednakowe, mimowolnie mylą się i nie dają się łatwo scharakteryzować. Wśród nich tylko główny, tytułowy bohater, obdarzony szczególnym darem dociekliwości, nosi nietypowe imię. Posiada je również szef Domu, tajemniczy Jowa (czyżby archaiczna forma imienia Jehowa?), na którego temat pierwszy tom praktycznie milczy.

Bez wątpienia "Meto" to typowa powieść z nurtu fantastyki socjologicznej. Jej wizytówką jest sam główny bohater, neoromantyczny buntownik, który powoli rozpracowuje mechanizmy pozwalające na skuteczne manipulowanie społecznością Domu. Wyższy stopień wtajemniczenia stawia go w sytuacji większego zagrożenia. Budowanie sojuszów zaczyna nabierać znaczenia. Szczytowy moment podjęcia decyzji o dalszym postępowaniu wobec wrogiej rzeczywistości wydaje się nieunikniony.

Powieść konfrontuje młodego czytelnika ze światem, w którym nie ma miejsca na dobro i zło. Utarte schematy wyborów nie istnieją, jeżeli nie ma kategorii moralnych, do których można się odwołać. Jedynym imperatywem jest wola ocalenia. Pierwszy tom "Meto" nie daje niestety odpowiedzi na większość pytań. Brak rozróżnienia na  bohaterów pozytywnych i negatywnych sprawia, że wszystkie wybory i decyzje pozostają względne i nie podlegają łatwej ocenie.

Lektura pierwszego tomu powieści pozostawia wrażenie niezbyt odkrywczej, ale trudnej w emocjonalnym odbiorze fabuły. O jej wartości stanowi fakt, że można ją polecić młodemu czytelnikowi, stawiającemu pierwsze kroki na gruncie fantastyki. Z pewnością jednak, zespolenie trylogii w całość wpłynęłoby pozytywnie na jej odbiór i dało szansę zatrzymania na dłużej czytelnika, który po pierwszym tomie nie jest zdecydowany, czy chce czytać dalej.

Share:
Czytaj dalej
,

Walenty i spółka. Kryminał dietetyczny


Walenty i spółka. Kryminał dietetyczny
Moniko Oworuszko
il. Małgorzata Banaś-Domińska
Wydawnictwo Mobuki 2015
www.walentyispolka.pl














Dawno nie czytałam książki, która wpędziłaby mnie w kompleksy, objawy przewrażliwienia i nerwowe ruchy przed półką w spożywczaku. I choć zawsze sądziłam, że zdrowe odżywianie mam już we krwi, to po przeczytaniu "Walentego i spółki" nie jestem już taka pewna. Kryminał dietetyczny wyrwał ze mnie spory zapas pewności siebie i sprawił, że picie pełnotłustego mleka nie jest już tak samo przyjemne jak dotychczas.

Pomysł na kryminał dietetyczny okazał się dość przewrotny, zwłaszcza mając na względzie, że żaden trup się tu nie ściele, a przestępstwa mają wyłącznie charakter gastronomiczny. Przewrotność, jak to często się zdarza, bywa miarą sukcesu i mam wrażenie, że właśnie tak jest w tym przypadku. Moją uwagę przyciągnęła okładka, która od razu skojarzyła mi się z popularną zakamarkową serią detektywistyczną. Aż dziw, że nikt do tej pory nie zagrał na popularności Lassego i Mai. Jestem jednak w stanie to autorce wybaczyć i czynię to z czystym sumieniem, bo poza okładką i rysunkowym indeksem postaci nie łączy ich wiele. "Walenty i spółka" bazuje na koncepcji opowiadania, którego gros postaci to personifikacje składników odżywczych, czyhające za sklepowymi półkami na nieświadome niczego dzieci. Połączenie wątku kryminalnego, którego uosobieniem jest tajemniczy detektyw dietetyczny, legitymujący się odznaką MZD (Ministerstwo Zdrowia Dzieci) z dydaktycznym smrodkiem żywieniowym dało naprawdę zgrabny efekt literacki i choć lektura pierwszego tomu nie serwuje zagadek rodem z Conan Doyle'a, wątek kryminalny wydaje się mieć jednak jakiś dalszy ciąg, czego zapowiedź otrzymujemy w ostatnim rozdziale.

Tomek zapalił się już do czytania drugiej części i z nieco mniejszym zaangażowaniem prosi o słodycze. Żałuję tylko, że Sadzonka nie chwyta jeszcze literackich aluzji i nie odpuszcza mamby na rzecz rodzynków czy żurawin. Nawet jej się nie dziwię. Ja raczej też nie zrezygnuję z mięsa i sera żółtego w zamian za ryby oraz chudy twaróg.


Share:
Czytaj dalej

Przygody jeża spod miasta Zgierza & 30 lutego


Przygody jeża spod miasta Zgierza
Wanda Chotomska
il. Krystyna Witkowska
Wydawnictwo Nisza 2011

&

30 lutego
Wanda Chotomska
il. Mirosław Pokora
Wydawnictwo Dwie Siostry 2011



Złożyłam na karb swojej słabej pamięci fakt, że do tej pory nie skojarzyłam ze sobą tych dwóch książek. Wprawdzie do naszej domowej biblioteczki trafiły niedawno, jednak znamy je przecież nie od dziś. Nieposkromiona ochota na posiadanie ich na własność zbiegła się w czasie z hitem muzycznym "Najeżony mały jeż" (muz. H. Kaszczyc, sł. W. Chotomska), który Sadzonka podśpiewuje z ochotą od dobrych kilku miesięcy. Jak widać motyw jeża i jego zaskakującej identyfikacji ze szczotką przypadł autorce bardzo do gustu, co przyjmuję z ogromną radością, bo oba wiersze, i powstała na ich podstawie wpadająca w ucho piosenka, są naprawdę ujmujące. Chotomska jest prawdziwym wirtuozem słów. Jej niedokładne rymy, zgrabny rytm i zaskakująca poetycka narracja zachwycają mnie tak naprawdę przy każdej lekturze. Tu nic nie zgrzyta, nic nie jest na siłę, przypadkiem, tylko po to żeby się zrymowało, żeby wreszcie zakończyć zwrotkę. Chotomska jest moją ulubioną poetką dla dzieci, której twórczość doceniam zwłaszcza wtedy, gdy przychodzi mi czytać utwory popularnych obecnie poetów logopedycznych. Obym nie musiała tego robić zbyt często.

Własny egzemplarz "Przygód jeża" okazał się zupełnie nowym odkryciem. Od starego wydania bibliotecznego różni go nie tylko twarda oprawa, ale przede wszystkim zupełnie świeży layout tekstu wkomponowany w znane rysunki Krystyny Witkowskiej. Bardzo lubię te lekko przybrudzone, nie do końca ostre ilustracje, w których portrety jeży są tak różnorodne i nieoczywiste.
Nowe wydanie przyniosło też nam ciekawe zaskoczenie, które właściwie klasyfikuje je w kategorii białego kruka. Chochlik redakcyjny w jednym miejscu zamienił Zgierz na Zegrze!

Muszę wejść pod jakiś krzaczek,
bo inaczej się rozpłynę
i już nigdy się nie dowiem,
czy w tym Zegrzu (sic!) mam rodzinę.
 "30 lutego" zdaje się być kontynuacją przygód bohatera, który do tej pory, z narażeniem życia i zdrowia poszukiwał swoich bliskich. Tym razem spotykamy go już w towarzystwie ciotek, do spółki z którymi otwiera sklep ze szczotkami. Absurdalna opowieść, w której jeż przypadkowo sprzedaje najpierw ciotki a potem samego siebie lepiej nadaje się dla młodszych dzieci. Jest krótka i mniej zawiła. W sam raz do czytania z niecierpliwym trzylatkiem.


"Przygody jeża spod miasta Zgierza"
"30 lutego"
Share:
Czytaj dalej