3/23/2014

Pora na potwora vs. Flip Flap Farm


Pora na potwora

Aleksandra i Daniel Mizielińscy
Wydawnictwo Dwie Siostry 2013


Flip Flap Farm
Axel Scheffler
Nosy Crow 2013





Późnym latem zeszłego roku, po sukcesie świeżo wydanego "Mapownika" i napływających szeroką falą informacjach ze świata o znakomitym odbiorze "Map", pojawiła się zapowiedź "Pory na potwora". Pomyślałam sobie, że Mizielińscy robią mały przerywnik w żmudnej pracy kartografa. Przerywnik, który w skali ich twórczości nie kosztuje wiele pracy, a jest dość efektowny i na pewno chwyci. Wczesnojesienna premiera, kiedy przyjechała już do księgarni, nie zaskoczyła mnie ani na plus, ani na minus. Była dokładnie taka, jaką odebrałam ją z wydawniczych zapowiedzi. I oczywiście słowa zachwytu od razu pojawiły się zewsząd. Pozycja duetu Mizielińskich jest (zasłużenie) tak wysoka, że nie wypada czepiać się i doszukiwać.







Należę do tych nielicznych fanów Autorów, których "Pora na potwora" nie uwiodła. Nie przyciągnęła też na dłużej uwagi nikogo w moim domu. Choć doceniam niebanalne litografie i pomysł na wykorzystanie hybryd, które wszak już w starożytności inspirowały artystów, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że książka powstała w pośpiechu. Zupełnie niedopracowany zdaje mi się pomysł tworzenia nowych nazw, które z uwagi na ograniczony repertuar "trzyliterowych" zwierząt, prowadzą do powstania słów (sic!), które ciężko jest wymówić.


Całkiem inaczej do tego zadania podszedł Axel Scheffler, ilustrator "Gruffala" i "Miejsca na miotle", którego książka oparta na tym samym pomyśle ukazała się prawie jednocześnie z "Porą na potwora" i muszę powiedzieć, że bardzo przypadła mi do gustu. Charakterystyczny styl Schefflera to bez wątpienia jego przepustka do przyciągnięcia uwagi o wiele młodszych czytelników (Sadzonka lubi ją oglądać), ale nie w tym rzecz. Dwudzielna, w tym przypadku, struktura pozwoliła autorowi na pobawienie się słowami w ciekawszy sposób, tworząc neologizmy w pełnym tego słowa znaczeniu. Połączenie krowy i psa to przecież kres albo piowa, zależnie która cześć zwierzęcia znajdzie się na górze, a która na dole.




Scheffler pokusił się również o napisanie dwustrofowych, dowcipnych wierszyków z krótką charakterystyką zwierząt, które w przypadku hybryd dają dodatkowy zabawny efekt.



Jeśli porównamy obie książki, co zwróci naszą uwagę? Oba nazwiska dają gwarancję świetnego, sprawdzonego warsztatu i stylu, jednak Mizielińscy w "Porze na potwora" eksperymentują na granicy bezpieczeństwa. Robią to, na co pozwolić sobie mogą tylko wypróbowani autorzy, którzy przychylność czytelników mają gwarantowaną. Biorą na warsztat trudną w odbiorze technikę, która prawdopodobnie nie cieszyłaby się taką popularnością, gdyby nie sprawdzone nazwisko. Jednocześnie proponują zabawę słowną, która nie jest najwyższych lotów, a przy okazji wymaga znajomości liter (trudno oddać ten koncept przy głośnym czytaniu). Scheffler natomiast wybiera bezpieczniejszą drogę, wykorzystując zwierzęta, które czytelnicy znają z kart jego książek. Czyni za to dodatkowy wysiłek i dokłada warstwę tekstową, która wzbogaca ofertę książki i obniża wiek docelowego odbiorcy. Czy nie przedwczesne są zatem słowa zachwytu nad "Porą na potwora"? Jak daleko sięga bezkrytyczność czytelników?

3/17/2014

Arka czasu


Arka czasu
czyli wielka ucieczka Rafała od kiedyś przez wtedy do teraz i wstecz
Marcin Szczygielski
il. Daniel de Latour
Wydawnictwo Stentor 2013











 

Wczoraj minął dokładnie rok od wręczenia nagród w III edycji Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren na współczesną książkę dla dzieci i młodzieży. Grand Prix konkursu i pierwsze miejsce w kategorii wiekowej 10-14 lat zdobył Marcin Szczygielski za książkę "Arka czasu". W poprzedniej edycji Grand Prix i pierwszą nagrodę w tej samej kategorii za książkę "Czarny młyn" otrzymał, a jakże, również Szczygielski. A pod koniec ubiegłego roku "Arka czasu" otrzymała również wyróżnienie Polskiej Sekcji IBBY w konkursie Książka Roku. Kilka dni temu natomiast media ogłosiły kolejny sukces: Nagroda Zielonej Gąski przyznawana przez Fundację Zielona Gęś im. K. I. Gałczyńskiego, tym razem za najnowszą książkę "Czarownica piętro niżej", o której więcej można przeczytać tutaj. Oczywiście nie wymieniam innych mniejszych i większych wyróżnień, jakie przypadły  Szczygielskiemu w poprzednich latach. Po prostu jest ich za dużo. Znamienne jednak jest, że odkąd zdecydował się pisać dla dzieci i młodzieży, święci triumfy. Znacząco również wybija się ponad średnią współczesnych pisarzy dla najmłodszych. Ma przy tym atut, którym kasuje konkurencję: potrafi pisać dobre książki dla nastolatków, co w ostatnich latach okazuje się być rzadko spotykaną umiejętnością.

Nie jestem bezkrytyczną fanką autora. Lubię jego książki dla dzieci za świetne pomysły, dość dobrze skonstruowaną fabułę oraz dojrzały styl. Przeszkadzają mi niedopracowane zakończenia, które psują efekt i pozostawiają niedosyt. Przyjemność czytania Szczygielskiego to dla mnie przede wszystkim radość kontaktu z pięknym językiem, którym autor operuje bezbłędnie. Odnoszę wrażenie, że w epoce krótkiej wiadomości tekstowej, wciągająca, nie skąpiąca słów narracja zaczyna być rzadkim towarem. Szczygielski w "Arce czasu" udowadnia, że nie poddaje się panującym trendom. Robi to lepiej niż w "Czarownicy piętro niżej". Może z uwagi na delikatny temat, a może z powodu bardziej misternie utkanej fabuły, "Arka czasu" płynie (sic!) niespiesznie jak opowieść dziadka siedzącego w fotelu.

Kiedy dowiedziałam się, że "Arka czasu" to książka o Holocauście, miałam obawy, czy nie będzie drastyczna. Inaczej zareagowała Najstarsza, zachęcona pozytywnymi opiniami zasłyszanymi w szkole, na czytanie nastawiała się od kilku tygodni. Ku mojemu zaskoczeniu, świat za murem warszawskiego getta, gdzie rozgrywa się większość wydarzeń, okazał się nie zarzucać czytelnika obrazem nieludzkich scen. Autor zręcznie lawiruje pomiędzy niedopowiedzeniem a obserwacją z perspektywy dziecka. Obraz jaki kreśli jest podszyty strachem i niepewnością, ale mimo to przyjazny i swojski. To bardzo ciekawa wizja getta, okupacji i codzienności, która obca dla nas, dla głównego bohatera stanowi jedyny znany świat. Szczygielski wprowadza do opowieści elementy baśniowe z pogranicza snu i jawy. Mami nas historią tajemniczego wehikułu, który pozwala poruszać się między przyszłością, teraźniejszością a przyszłością. Z pozoru senna wizja, splata się z losami bohatera w taki sposób, że nie da się wykluczyć, iż wydarzyła się naprawdę.

Kiedy uciekam z kilkuletnim Rafałem z getta, ciarki przechodzą mi po plecach, a na karku czuję powiew wojny. Jak bardzo realne jest to uczucie w obliczu wydarzeń, które od kilku tygodni rozgrywają się za naszą granicą. Szczygielski nie głaszcze nas po głowie i nie zapewnia, że tamten etap jest już za nami, że sojusze, porozumienia i układy są gwarancją wiecznego pokoju, a wnioski z minionych wydarzeń możemy schować do kieszeni.

"Dlatego trzeba pamiętać. Pamięć pozwala nam wystrzegać się raz już popełnionych błędów, a powtarzać to, co już raz się udało"  M. Szczygielski, Arka Czasu

"Arka czasu" to lektura obowiązkowa dla każdego. Jej wartość tkwi w szacunku do życia i tego co się ma. Żeby ściskająca za gardło scena z dziećmi kopiącymi bochenek chleba nigdy nie działa się naprawdę.

3/10/2014

Where's Wally?


Where's Wally? The Totally Essential Travel Collection
Martin Handford
Walker Books 2011

















Przed Wami książka, która sprawiła mi ostatnio bardzo dużo przyjemności. "Gdzie jest Wally?" kojarzył mi się zawsze z archetypem książki obrazkowej do wyszukiwania. Marzyłam, żeby kiedyś poznać go bliżej, przekartkować, posmakować, mieć na własność. I wreszcie jest! Leży na moim nocnym stoliku i mogę bez przeszkód rozkoszować się "wyszukiwanką" w samej jej najgłębszej esencji. Na dodatek kolekcja kieszonkowa zbiera w sobie wszystkie dotąd wydane zbiory obrazków z Wallym (powstawały w latach 1987-2010), a jest ich siedem! To naprawdę sporo, jeśli weźmie się pod uwagę, że każda część składa się przeciętnie z dwunastu rozkładówek. 

Na początku podeszłam do "czytania" systematycznie strona po stronie, ale już po kilku dniach dałam spokój, bo ciekawość gnała mnie na przód. Wbrew temu, czego się spodziewałam zadanie nie polega tylko na odnalezieniu Walliego. W wariancie podstawowym mamy do odszukania jeszcze psa (a właściwie jego ogon, bo psa nigdy nie widać w całości!), czarodzieja, Wendę - przyjaciółkę Walliego i Odlawa (czarny charakter) oraz aparat fotograficzny, lornetkę, zwój papieru, klucz i kość. W każdej części odrobinę zmodyfikowano proces poszukiwań, dodając zadania specjalne. Może to być na przykład odnalezienie jednej (nieopisanej) postaci, która pojawia się na wszystkich obrazkach albo znalezienie ośmiu rycerzy na polu bitwy, jedynie na podstawie kształtu ich cieni. W moim przypadku dodatkową trudność stanowi mały format zbliżony do A5, toteż bywa, że odszukanie kości w gąszczu szczegółów graniczy z cudem i można się przy tym nabawić bólu głowy. Gdyby komuś było mało, każdy zbiór obrazków zawiera zakładkę, na której znajduje się długa lista dodatkowych rzeczy do odnalezienia, np. słomka do picia, mężczyzna w spódnicy, czy pięć osób czytających jedną gazetę. Bywają też tak absurdalne strony, jak ta, na której przedstawiono kilkadziesiąt prawie identycznych kopii głównych bohaterów książki, ale za każdym razem tylko jedna z nich jest autentyczna!

Wally nie przekonał niestety do siebie moich dzieci. Najstarsza poddała się po pierwszych oględzinach, zapewniając uprzejmie, że postara się wkrótce wrócić do tematu. Faktem jest, że potrzeba autentycznego zaangażowania, żeby z Wallym dobrze się bawić. Poszukiwania bywają żmudne, ale dają niemało satysfakcji. A sama książka, ze swoją półtwardą żółtą okładką, czarną gumką i nienaganną typografią jest prawdziwą ucztą dla oka.



3/03/2014

Dwoje ludzi


Dwoje ludzi
Iwona Chmielewska
Wydawnictwo Media Rodzina 2014




















Słyszałam opinie, że "Dwoje ludzi" to jedna z najpiękniejszych książek Iwony Chmielewskiej. Teraz, kiedy po 6 latach od koreańskiej premiery ukazała się również w Polsce mogę to potwierdzić. Opowieść o byciu razem wyrażona słowami i obrazami, bardzo wyraźnie się uzupełniającymi, jest subtelna i ujmująca. Nie sposób postrzegać ją tylko od strony wizualnej. Wydaje się, że Chmielewska najpierw utkała historię ze słów i metafor, a dopiero potem uzupełniła ją obrazem. Piękne i zaskakujące porównania, jak zwykle u Chmielewskiej, nie pachną sztampą, za to pobudzają wyobraźnię w magiczny wprost sposób i inspirują do wymyślania własnych skojarzeń. I znowu autorka buduje fabułę wokół jednego motywu, i jak zwykle nie nudzi, nie moralizuje. "Dwoje ludzi" to picturebook dla wszystkich. Warto się nad nim zatrzymać, choć przez chwilę.


3/01/2014

Matematyczne śledztwo. Muzeum tajemnic


Matematyczne śledztwo. Muzeum tajemnic
David Glover
Wydawnictwo Zielona Sowa 2014

















Często mam problem z wyborem zeszytów z łamigłówkami. O dziwo znacznie większy niż przy wyborze książek. Choć na rynku jest ich całe mnóstwo, znalezienie mądrego, pomysłowego i nie odrzucającego w warstwie wizualnej nadal stanowi wyzwanie. Od kilku lat triumfy święcą zeszyty z naklejkami, które są odtwórcze i mimo że pozornie bardzo atrakcyjne dla dzieci, szybko się nudzą. Na dodatek trzeba również uwzględnić osobiste preferencje, co bywa trudne zwłaszcza w przypadku tych bardziej opornych w zakresie posługiwania się ołówkiem i kredką. A kiedy już wykorzystamy wszystkie atrakcyjne nowości typu "Mapownik" lub pod ręką nie mamy dobrze zaopatrzonej księgarni, co pozostaje?




Ostatnio grzebiąc po Internecie przekonałam się, że zagraniczne publikacje "gazetkowe" oferują aktywności, o których nam nawet się nie śni. Na przykład takie, dotykające owocu zakazanego jakim nadal są u nas nożyczki w rękach przedszkolaka. Stąd pewnie trochę przyjdzie nam jeszcze poczekać na "First Book of Cutting", czyli wycinanki (o zgrozo!) dla 3-latka.




Dla kontrastu, taki zeszyt z zadaniami możemy kupić w rodzimym kiosku. Wycinanki pojawiają się tu z adnotacją, że są to zadania dla rodziców (sic!). Brawo!
Prawdziwy problem z wyborem pojawia się jednak w okolicy 10 lat. W rogu obfitości powoli zaczyna widać dno. Ciągle zachodzę w głowę jak to jest, że grupa wiekowa młodszych nastolatków nie jest wystarczająco atrakcyjnym targetem dla handlowców. Potykam się o tą myśl, kiedy szukamy prezentu urodzinowego dla koleżanek Najstarszej, kiedy chcemy kupić fajną sukienkę już nie dla dzieci, ale jeszcze nie dla dorosłych, kiedy przeglądamy gazety w kiosku. W księgarni pełnej nowości też z coraz większym trudem wygrzebujemy ciekawą pozycję. Nie chcę, żeby alternatywą dla starych wysłużonych książek z domowej biblioteczki były horrory, romanse i książki młodszego rodzeństwa. Pisała już o tym Maja na blogu Maki w Giverny, sugerując by w komentarzach wpisywać propozycje książek dla nastolatków. Mała liczba odpowiedzi świadczy o tym, że luka w ofercie jest chyba całkiem spora.






Póki co niedoścignionym wzorem łamigłówek dla starszych dzieci pozostają dla mnie angielskie zeszyty "Quiz Kids". Oferują różnorodne zadania od słownych po obrazkowe, a na dodatek są dowcipne i starannie wydane.

Szukając ostatnio łamigłówek dla Najstarszej natrafiłam na serię "Matematyczne śledztwo". Poniewczasie okazało się, że zadania były trochę prostsze niż przypuszczałam. Piątoklasistce przejście przez całą historię zajęło około godziny. Książka w formie gry oferuje zagadkę do rozwiązania oraz zadania matematyczne, które prowadzą do celu. Do każdego zadania dostajemy dwie odpowiedzi do wyboru, co samo w sobie stanowi już wskazówkę. Właściwa kieruje do kolejnego zadania ze wskazaniem strony, na którą mamy przejść, zła odsyła z powrotem, wyjaśniając jaki błąd popełniliśmy. Pod tym względem książka jest dość prosta. Nie ma obaw, że zabrniemy za daleko, odpowiadając źle na pytanie. Nie ma bowiem alternatywnej drogi. Warunkiem dobrej zabawy jest dopasowanie umiejętności wymaganych do rozwiązania zagadek do tego co umie dziecko. Ponieważ wydawca nie uwzględnił takiej informacji na okładce, pozostaje strzelać w ciemno.  








Książka wyróżnia się na rynku i warto po nią sięgnąć w ramach zachęty do matematyki, choć osobiście bardziej widziałabym w niej zadania typu IQ, z uwagi na ich uniwersalny charakter.


2/22/2014

Oto jest Londyn

Oto jest Londyn
Miroslav Šašek
Wydawnictwo Dwie Siostry 2014

Niewiele brakowało, a nowy tom bestsellerowej serii Miroslava Šaška nie zdążyłby na wtorkowy poranny lot do Londynu. Przekładana od kilku miesięcy premiera "Oto jest Londyn" wciąż nie dawała pewności, że nasz egzemplarz zdoła dotrzeć do nas przed feryjnym wyjazdem. Mieliśmy jednak dużo szczęścia, bo dokładnie dzień wcześniej dostawa świeżych jak bułeczki "Šašków" zawitała do naszej księgarni.

Atmosfera miasta, które autor ponad 50 lat temu uwiecznił na kartach książki, praktycznie nie istnieje. Długa errata do książki pokazuje, że zmianie uległ nie tylko nastrój, ale również miejsca straciły swe poprzednie znaczenie. Londyn zmienia się po cichu, być może niezauważalnie dla stałych mieszkańców, ale dłuższe okresy nieobecności bardzo wyraźnie dają odczuć te zmiany. Na próżno szukać mieszczańskiej atmosfery obecnej w książce sprzed półwiecza, nie ma panów w melonikach, ani bileterów na stacji metra. Pozostały wprawdzie kolejki do autobusów, ale stare Routemastery, zostały zastąpione przez nowoczesne wehikuły, do których wsiada się wejściem od strony kierowcy. No i nadal mali londyńczycy, mimo lutowego chłodu, biegają po placu zabaw w krótkich spodenkach, a Big Ben i monumentalna Katedra św. Pawła wciąż stanowią dominantę stołecznego krajobrazu, chociaż coraz skuteczniej wypierają je szklane wysokościowce o nowoczesnej architekturze.



zabytkowy wagon metra w londyńskim muzeum transportu
Oczywiście przesadzam mówiąc, że Londynu z książki nie można już znaleźć. Najlepszym na to dowodem są załączone obok zdjęcia. Londyńczycy na szczęście pielęgnują tradycje swojego miasta. Nasza reprezentacja, podczas zwiedzania Tower Bridge natknęła się przypadkowo na znajomo wyglądający plakat (patrz wyżej), zaproszenie na wystawę zaprezentowaną w zabytkowych wnętrzach mostu. Można więc przypuszczać, że sami główni zainteresowani nadal uznają "Oto jest Londyn" Šaška za ważny punkt odniesienia, którym warto pochwalić się przyjezdnym i którego przejawy na szczęście wciąż da się odkrywać na ulicach tego pięknego miasta.



"Oto jest Londyn" w porównaniu z opowieścią o Paryżu zarzuca nas większą liczbą informacji, które utrudniają czytanie książki z młodszymi dziećmi. Trzeba wykazać się wyczuciem i uwagą, żeby dawkować wiadomości zależnie od percepcji, nastroju i ciekawości. Mimo wszystko warto wziąć "Oto jest Londyn" w podróż albo po prostu mieć pod ręką w trakcie czytania "Paddingtona" czy "Mary Poppins". Na pewno się przyda.




wystawa "This is London" w Tower Bridge



2/17/2014

Nocnik nad nocnikami


Nocnik nad nocnikami
Alona Frankel
Wydawnictwo Nisza 2009










Trzeci raz wyciągnęliśmy z piwnicy nocnik i postawiliśmy go w widocznym miejscu, trzeci raz kupiliśmy zestaw majtek w najmniejszym rozmiarze i trzeci raz zarezerwowaliśmy pokłady entuzjazmu do pokonywania psychicznych barier głównej zainteresowanej. Drugi raz jest z nami Bolek. Bolek siedzi z nami na nocniku, robi z nami siusiu na podłogę albo rozczarowany wstaje z nocnika i zakłada czystą pieluchę. Jest też z nami mama Bolka, która cierpliwie wszystko tłumaczy nawet wtedy, kiedy nam do tłumaczenia zaczyna brakować siły. Sadzonka dyskretnie spogląda na Bolka siedzącego na nocniku i udaje, że jego problemy w ogóle jej nie dotyczą. Boczy się, kiedy stawiamy Bolka za przykład, irytuje ją, że Bolek siedzi i siedzi i siedzi i siedzi i siedzi i siedzi i siedzi i siedzi i siedzi i siedzi i... a ona chce już wstać. Mimo zachowawczej postawy, jest wytrwałym i ambitnym kompanem.

Bolka poznaliśmy, kiedy kilka lat temu Tomek żegnał się z pieluchą. Postanowiliśmy poznać z nim również Sadzonkę i, narażając się na gniew feministek, wpędzamy ją w potencjalne kompleksy. Bo Mama Bolka przecież wyraźnie mówi, że do siusiania służy siusiak. A gdzie siusiak Sadzonki? Sadzonka nie ma siusiaka, ale nie wygląda na zmartwioną. Siusiu leci i też nic sobie nie robi z braku siusiaka. Tomek ma siusiaka, Bolek ma siusiaka, a Sadzonka ma... dziurkę? Może być i dziurka, zdaje się myśleć  i wyciąga z koszyczka czyste majtki. Bo to one są tu najważniejszym atrybutem, nie nocnik, nie dziurka. Majtki, które można zmieniać, które mają wzorki, rysunki, na których spodnie lepiej się układają i które nie uwierają w pupę jak pielucha. Można też w nich się przejrzeć w lustrze i pochwalić każdemu, kto się nawinie.

Książka za granicą zyskała już sobie opinię kultowej.
Co ciekawe, Alona Frankel, żydowska pisarka i ilustratorka urodzona w Polsce, napisała ją w latach 70. XX wieku początkowo tylko w wersji o chłopcu. Blisko dwadzieścia lat później powstała historia o dziewczynce. Od tamtej pory książka została przetłumaczona na wiele języków, zaadoptowana na wersję filmową i aplikację multimedialną. Ponadczasowy temat w połączeniu ze stylistyką retro nadal dobrze rokuje na przyszłość, choć nakapane tu i tam kwiatuszki nie wszystkim muszą pasować. Trzeba też przełamać początkową niepewność młodego adepta czystości, przekonując, że to co widzi na rysunku, naprawdę jest nocnikiem, nawet jeśli współczesnego nocnika ani trochę nie przypomina.






2/08/2014

W naszym domu jest...

W naszym domu jest...
Isabel Minhos Martins
opr. graf. Madalena Matoso
Wydawnictwo Wytwórnia 2013










 W naszym domu jest nas siedmioro. Mamy łącznie 95 lat, 6,6 metra wzrostu i ważymy 207 kg. Nasze imiona rozpoczynają się na 6 liter alfabetu, brudzimy dziennie około 15 kubków i 20 talerzy oraz 10 sztuk skarpetek. Zjadamy miesięcznie 4 kilogramy kociej karmy, 300 kajzerek i 20 bochenków chleba. Wieczorna kąpiel zabiera nam codziennie około półtorej godziny, a czytanie jeszcze dłużej. I chociaż jest nas o cztery łapy, jeden ogon i dwoje uszu więcej niż bohaterów "W naszym domu jest...", to i tak przedstawiona w niej skala liczbowa dała nam do myślenia.


Portugalskie autorki bawią się liczbami nie gorzej niż autorzy "365 Penguins". Liczą palce, paznokcie, piegi, długość jelit, liczbę włosów, a nawet skoliozę i dyskopatię. Podziwiam. Ile moje dzieci mają aktualnie zębów wie tylko Pan Bóg. Najstarsza kończy wymianę mleczaków, Tomek zaczyna, a Sadzonka dopiero kompletuje zestaw. Książka dobitnie uświadamia, ile zagadek kryje się w jednym domu i jak fascynujące może być ich odkrywanie.


Książka jest dowcipna, bezpretensjonalna, ale... ocenzurowana przez polskiego wydawcę. Czas temu jakiś krążyła po Sieci ilustracja w dwóch wersjach: na jednej mama opala się w staniczku, na drugiej bez. Do nas trafiła wersja dla pruderyjnych...

Kolorowe kompozycje Madaleny Matoso są naprawdę piękne. Przypominają obraz kontrolny z ekranu telewizora i zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu niż, utrzymane w konwencji wycinanki, rysunki z "Czarów!", wydanych dwa lata temu przez Tako.



Dzięki talentowi i wyobraźni nieocenionej Mery Selery w naszym domu jest pewne piękne dzieło,  które również pomaga nam się policzyć. Sadzonka przystaje przy nim czasami i z zachwytem woła "Mamaa!" albo "Weła!" (gdy ma na myśli Najstarszą). I nawet nie ma pojęcia, że Mery, rysując nas przy swoim krakowskim biurku również nie miała pojęcia jak wyglądamy na żywo... :)