,

#instant / Leo i czerwony automat



"Nie będzie - kręci głową i nagle łapie moją dłoń, zaciska na niej palce. - Nie będzie dobrze, bo to jest jak zaraza. Jak zaraza! Roznosi się w powietrzu, przechodzi z człowieka na człowieka. Jest bardziej zaraźliwa niż jakakolwiek inna choroba.
- Ale co? - próbuję zabrać rękę, ale trzyma ją mocno. Nie sądziłem, że ma tyle siły!
- Nienawiść - mówi cicho pani Adela, a ma przy tym tak przerażającą minę, że sprawia wręcz komiczne wrażenie".


 W czasach w których wyrażanie swojej opinii stało się niepostrzeżenie podstawowym prawem człowieka, mowa nienawiści słowem kluczem na określenie bycia tą opinią urażonym, a hejt i nienawiść zostały uznane za dominujące postawy w życiu społecznym, lektura "Leo i czerwony automat" sprawiła, że zrobiło mi się zwyczajnie niedobrze. Motyw zła jako dominanta utworu dla młodszej młodzieży to w sumie rzecz dość rzadka. Zwłaszcza jeśli jest to rodzaj dystopii tak silnie zakorzeniony w stereotypach współczesnej Polski: puszczających oko, nadeptujących na piętę, dających prztyczka w nos. Ośmielę się zaryzykować, że sam autor przestraszył się siły rażenia swojej fabuły. W drugiej części nieco odpuścił, wprowadził postacie fantastyczne, co lekko zachwiało dynamiką i spójnością utworu. Wprawdzie otworzyło wentyl bezpieczeństwa, ale nie zmieniło nic w ostatecznym status quo bardzo ostrej, emocjonalnej krytyki człowieczeństwa w jej najbardziej pierwotnych cechach.

Przypadek zrządził, że książkę kończyłam czytać w poczekalni przychodni, w towarzystwie starszych, dość schorowanych osób. Był to 26 listopada, czyli dzień ogłoszenia stanu wojennego na Ukrainie. Dwie panie obok mnie gawędzą sobie niezobowiązująco, aż w końcu rozmowa schodzi na temat rosyjskiej agresji u wybrzeży Krymu. Atmosfera nagle gęstnieje i jedna z kobiet bez żenady zaczyna złorzeczyć Ukraińcom, wspominając rzeź wołyńską. Podniesiony głos niesie się po pustych ścianach. Nie życz drugiemu co Tobie nie miłe, ciśnie mi się na usta i ze wstydem myślę, o wszystkich ukraińskich kobietach, które z mopami, wózkami pełnymi detergentów i zmęczonymi twarzami przemykają właśnie cicho po przepełnionych korytarzach tego budynku. Patrzę na książkę na moich kolanach i czuję obezwładniający lęk, że czerwona maszyna naprawdę już powstaje. Że może nie mam racji.

Leo i czerwony automat, Marcin Szczygielski, il. Dorota Wojciechowska-Danek, Instytut Wydawniczy Latarnik 2018.
Share:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Formularz czeka na komentarze. Czynny całą dobę.