5/20/2026
Psia Kalevala
Psia Kalevala, Mauri Kunnas, tł. Sebastian Musielak, Książkowe Klimaty 2026.
"Psia Kalevala" – fiński epos narodowy w brawurowy sposób zreinpretowany przez Mauriego Kunnasa bawi od pierwszych stron. Mityczni bohaterowie wpasowani w psie osobowości, absurdalny żart, szybkie zwroty akcji i błyskotliwe nawiązania do sztuki. Dawno nie czytałam czegoś tak ekstrawaganckiego.
Oparta na ludowej tradycji ustnej "Kalevala" formę eposu uzyskała dopiero w połowie XIX wieku za sprawą Eliasa Lönnrota. Od tego czasu kilkukrotnie ukazywała się w języku polskim, niestety przeważnie w słabym przekładzie za pośrednictwem innych języków. W latach 60. opracowaniem eposu na potrzeby dzieci zajęła się Janina Porazińska. Książka ukazała się w słynnej serii ze smokiem wydawnictwa Nasza Księgarnia, ale nie zdobyła zbyt dużej popularności. "Kalevala" wraca do polskich dzieci po ponad pół wieku w żartobliwej formie prozatorskiej wzbogaconej drobiazgowymi ilustracjami autora. Dostosowany do wrażliwości młodego odbiorcy retelling eposu do stworzenia wciągającej fabuły wykorzystał atrakcyjne wątki dalekich wypraw, miłosnych podbojów, magicznych artefaktów i czarodziejskich mocy.
Kunnas zabiera nas do świata psów, wilków i kotów. Fabuła wydaje się nieco łagodniejsza, gdy w licznych potyczkach szkody ponoszą uparte psy, głupie koty albo bezwzględne wilki. Czarownik Väinämöinen potrafi stoczyć pojedynek na pieśni, kowal Ilmarinen umie wykuć magiczny młynek sampo, który zapewnia dobrobyt, a kot Lemminkäinen cudem wychodzi z każdej opresji. Do tego mocne kobiece postacie stanowią szczególny akcent opowieści. Kunnas okrasza historię dynamicznymi rysunkami, w których liczy się detal, żart i przerysowanie. Ta książka wciąga jak silne tornado i trzyma do ostatniej strony, gdzie nieoczekiwanie serwuje niesztampowy finał.
Autor pokusił się również o ciekawy zabieg artystyczny. W swoich rysunkach odważnie nawiązał do dobrze znanych fińskiemu odbiorcy obrazów XIX wiecznego malarza Akselego Gallen-Kallela. Obrazy inspirowane "Kalevalą" stanowiły w twórczości artysty ważny manifest patriotyczny. Ta oryginalna inspiracja i świetny przekład Sebastiana Musielaka stanowią dodatkowy cenny walor książki.
7/27/2025
Moje!
Moje!, Klara Persson, il. Charlotte Ramel, tł. Agnieszka Stróżyk, Zakamarki 2025.
Kto nigdy nie zapraszał gości, ten nie wie, ile to wymaga przygotowań. Wszystko trzeba przewidzieć. Ulubiona wiewiórka może zostać przytulona, ważny element kolejki może zginąć bezpowrotnie, obraz z pieskami – ten ulubiony – może zostać obejrzany. Nawet własna mama jest w niebezpieczeństwie. W takiej sytuacji nieodzowna jest odpowiednio pojemna SZAFA.
Jesteśmy w dziecięcym pokoju Emi. Stojący niemal na środku odkurzacz sugeruje, że właśnie było sprzątane. Faktycznie, panuje tu względny porządek. Atmosferę psuje jednak niespodziewana wiadomość: zaraz przyjdzie Eryk. Emocje Emi wchodzą na wyższy poziom, a autorka tekstu i ilustratorka śmiało podążają za spontaniczną reakcją bohaterki.
Klara Persson i Charlotte Ramel z pełną powagą odstawiają do szafy wszystkie cenne przedmioty, tak że w mieszkaniu robi się praktycznie pusto. W szafie ląduje również oszołomiona mama, a ostatecznie również sam Eryk. Absurd sytuacji sprawia, że z każdą sekundą śmiejemy się coraz bardziej. Tymczasem zasadnicze pytanie czai się tuż za rogiem: czy ostatecznie było warto?
Książka w świetnym stylu i bez zbędnego moralizowanie udowadnia, że egoizm bywa zgubny. Autorki dyskretnie obśmiewają postawę bohaterki, na koniec serwując jednak czytelnikom przyjemny, przewrotny finał. Spontaniczna akcja Emi nie nadszarpuje relacji dzieci, a mama stanowi wzorzec anielskiej wręcz cierpliwości. Bierzmy z niej przykład! Wszak wszyscy uczymy się na błędach. Również dzieci.
6/05/2025
Dzień, w którym kredki miały dość & Dzień, w którym kredki wróciły do domu
Dzień, w którym kredki miały dość & Dzień, w którym kredki wróciły do domu, Drew Daywalt, il. Oliver Jeffers, tł. Adam Pluszka, Kropka 2025.
Od mojego pierwszego spotkania z "Kredkami" Daywalta i Jeffersa minęło już dobrych 10 lat. Czekając na polskie wydanie, zdążyłam wychować najmłodszą córkę i wiele razy tłumaczyć tekst samodzielnie podczas głośnego czytania. I oto są! Kredki nareszcie uciekają z domu – po polsku. Czy warto było czekać?
Pomysł, żeby niezadowolone ze swego losu kredki uczynić bohaterkami książkowej serii okazał się genialny w swej prostocie, a fakt, że stroną graficzną zajął się sam Oliver Jeffers dołożył kolejną cegiełkę do sukcesu. Status bestsellera New York Timesa nie był wszakże przejściowym triumfem, ale przełożył się na mocną pozycję "Kredek" w kanonie anglosaskiej literatury dla najmłodszych, prawdopodobnie na równi z Gruffalo czy bardzo głodną gąsienicą. Pole do popisu do stworzenia wciągającej historii było szerokie, zważając na to, jak różnorodne bywają losy kredek mieszkających w jednym pudełku. Kolor ma kolosalne znaczenie!
Daywalt znakomicie odmalował charaktery bohaterek w bardzo bezpośredniej, listowej formule, a Jeffers wykaligrafował tekst swoim charakterystycznym pismem i prostą kreską stworzył rysunki inspirowane dziecięcym stylem (jak donosi stopka redakcyjna, pomogły mu w tym zaprzyjaźnione dzieci).
Wydanie przekładu tak kompleksowo opracowanych książek musiało wiązać się z dużym wyzwanie. Nie wystarczyło zgrabnie przetłumaczyć tekst. Żeby zachować graficzny charakter serii, należało również odtworzyć kaligrafię Jeffersa na ilustracjach. Nie, nie dobrać odpowiedni font, ale napisać wszystko odręcznie, możliwie zgrabnie wpisując się w styl autora. Czy się udało? Tak. Może polskie napisy są lekko bardziej "kobiece", ale ostatecznie nie robi to dużej różnicy. Brawa dla zespołu grafików!
Co zaś się tyczy samego tekstu, mam do niego spore zastrzeżenia. Zwłaszcza pierwsza część ("Dzień, w którym kredki miały dość") przetłumaczona jest na szybko i bardzo niechlujnie. Mnóstwo kalek językowych i brak spójności w stosowaniu rodzajów gramatycznych (w obrębie jednego tekstu ta sama kredka potrafi używać wobec siebie męskiej i żeńskiej formy) sprawia, że o komforcie głośnego czytania nie ma mowy. Ba! Trudno mówić o komforcie jakiegokolwiek czytania, gdyż i przy cichej lekturze potknięcia wpisane są w ryzyko. Przykro mi, bo wydawca zainwestował wiele w wizualną stronę książek, a zaniedbał to, co najważniejsze. Przykro mi, że to nie jest oczywistość, że dzieci dostają dobry tekst, że literacka polszczyzna jest normą.
Zapytana ostatnio, czy warto kupić polskie wydanie "Kredek", odpowiedziałam, że warto, bo to świetna lektura i przygoda literacka, która zostaje z dzieckiem na dłużej. Trzeba jednak przygotować sobie ostry ołówek i chwilę wolnego czasu.
małoczcionkowa recenzja anglojęzycznego wydania (2014) ----- tutaj!
8/30/2021
Pajacyk, pestka, śliwka, polano i znów pajacyk
Pajacyk, pestka, śliwka, polano i znów pajacyk, Vojtěch Mašek, il. Chrudoš Valoušek, typ. i projekt graf. Juraj Horvath, tł. Katarzyna Dudzic-Grabińska. Centrala 2021.
"W tej psychodelicznej, popowej, absurdalnej, dowcipnej, satyrycznej książce obrazkowej wszystko jest nieoczekiwane", napisało jury Bologna Ragazzi Award w uzasadnieniu werdyktu. I mimo że nagroda docenia wkład graficzno-edytorski, "Pajacyk" to w istocie książka totalna. Nieoczekiwana i ponadprzeciętna zarówno w warstwie wizualnej jak i tekstowej.
Format oversize, tłoczenia na przyjemnie szorstkiej, papierowej okładce, fluorescencyjna farba drukarska, odważna typografia, wyraźna paginacja, kontrastowe wyklejki. To chyba jedna z najstaranniej wydanych pozycji w mojej biblioteczce. Biorąc pod uwagę spory format, ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że ilustracje są przeskalowane, a rozkładówką rządzi chęć zapełnienia pustej przestrzeni. Przeciwnie, wszystko wydaje się perfekcyjnie przemyślane. Bardzo szeroki margines zewnętrzny na stronie rozpoczynającej rozdział, ciekawie kontrastuje z wąskim marginesem zewnętrznym kolejnych stron. Tekst wyrównany do lewej to kolejny rzadko spotykany zabieg poprawiający czytelność na dużej stronie. "Pajacyk" zachwyca od pierwszego kontaktu i mimo że jego oniryczny nastrój może wydać się nieco zbyt ciężki dla młodego czytelnika, nie sposób odmówić mu wyjątkowości.
Obie z Najmłodszą (9 lat) wpadłyśmy w tę historię jak w masło, dając się porwać dynamicznej akcji i fabule równie abstrakcyjnej jak warstwa graficzna. Historia w sposób ewidentny nawiązuje do tradycyjnej baśni o Pinokiu. O burzliwych losach pestki, która wyrosła na dorodne drzewo, stała się Polanem a następnie Pajacykiem słyszymy z ust samego bohatera. Obfitująca w nagłe i niewiarygodne zwroty akcji historia, po pewnym czasie zaczyna wzbudzać niedowierzanie nie tylko u słuchającego opowieści Piotrusia, ale również u samego czytelnika. Mimo to Pajacykowi nie rośnie nos, ale z drugiej strony nie przechodzi też spektakularnej przemiany, która wzbudza w nim normalnego chłopca. W książce pojawiają się za to aluzje polityczne (marionetka na prezydenta) i ontologiczne rozkminy, równie zabawne co intrygujące.
Dopełnieniem opowieści o drewnianym bohaterze są awangardowe linoryty Chrudoša Valouška, przygotowane z dużym rozmachem artystycznym, ale również swobodnie rozwijające pomysły i motywy zasugerowane przez autora, Vojtěcha Maška. Sam Valoušek przyznał w jednym z wywiadów, że jest artystą raczej niepokornym i trudno mu zamknąć się w ramach tekstu, z którym pracuje. Nic dziwnego więc, że picture book zaskakuje złożonością, którą można zgłębiać na wielu poziomach. Początkowo zresztą koncepcja artystyczna przygotowywana była pod tłumaczenie oryginalnej historii Collodiego, dopiero później, w wyniku problemów z prawami autorskimi, narodził się pomył zabawienia się motywem Pinokia.
6/23/2021
Fikamy po Szczecinie
Fikamy po Szczecinie, koncepcja i realizacja: Małgorzata Narożna, il. Aleksandra Szwajda, Fika 2021.
"Fikamy po Szczecinie" to projekt, który stworzyła Małgosia Narożna, właścicielka szczecińskiej księgarni kameralnej Fika i lokalna przewodniczka. Wyszukiwanka, przewodnik, kartonówka z zadaniami - przypomina mi jako żywo serię "znam to miasto" autorstwa Judith Drews, wydaną przez Zakamarki.
Nigdy nie byłam w Szczecinie, więc do książki podeszłam zadaniowo. Najpierw porządnie obejrzałam mapkę na pierwszej rozkładówce, próbując zorientować się w topografii miasta. Następnie spróbowałam zlokalizować na planie budynek z drugiej rozkładówki. Podpowiedź sugerowała Akademię Morską, Muzeum Narodowe w Szczecinie lub Wały Chrobrego. Z pomocą Internetu trafnie zidentyfikowałam punkt startu. Wyruszyłam.
9-latka dla odmiany poszła na żywioł. Byłam zaskoczona, choć właściwie nie powinnam. Uważnie przejrzała strony i przeszła do pracy z zadaniami. Gdyby była na miejscu, pewnie od razu ruszyłaby w miasto szukać charakterystycznych punktów, a potem siedząc na ławce jechałaby palcem przez parkowy labirynt albo rozpoznawała gatunki drzew.
Książka ma do zaproponowania różne ścieżki czytania, w zależności od upodobań, stylu zwiedzania i wieku. Nawet jeśli nie opuścisz fotela, masz szansę nauczyć się rozróżniać charakterystyczne bryły budynków i poznasz ich lokalizację. Brak tekstu wyklucza zagłębianie się w szczegóły. Fikanie po Szczecinie oznacza spacer, odkrywanie, tropienie, śledzenie, szpiegowanie. Gdzie stoi pomnik Mickiewicza a gdzie Sokratesa? Dokąd da się dojechać tramwajem? Czy w Szczecinie jest jakiś zamek?
Ale miasto to także ludzie. Na kartach książki jest ich mnóstwo. To kolejny etap tropienia, klasycznie wyszukiwankowy. Tropić można także mewę, która pojawia się na każdej stronie i jest patronką trasy, którą idziemy w pierwszym z sześciu planowanych tomów "Fikania". Ta książka to także okazja do przedstawienia się dla kilku lokalnych przewodników. Można ich poznać z imienia i nazwiska, a kiedyś może zaprosić na wspólny spacer po Szczecinie?
Jestem pod wrażeniem spójnej i przemyślanej koncepcji książki, która podążając od szczegółu do ogółu (obiekt - mapa), ma dla czytelników swój plan wędrówki, ale jednocześnie pozwala się od niego oderwać i pójść własną drogą. Rysunki Aleksandry Szwajdy, w stonowanych, naturalnych kolorach, nie przytłaczają i pozwalają snuć swoją własną, niespieszną opowieść o mieście.
5/26/2021
Historia starego mieszkania
Historia starego mieszkania. Fascynująca podróż po XX-wiecznej Rosji, Aleksandra Litwina, il. Ania Diesnicka, tł. Agnieszka Sowińska, Prószyński i S-ka 2020.
Picture book, wyszukiwanka, kalejdoskop historii Rosji bez wychodzenia z mieszkania. Mozaika stworzona z wnętrz, przedmiotów i ludzkich losów. Sto lat z życia fikcyjnej rodziny Muromcewów pokazane w perspektywie politycznej, społecznej, dziejowej. Wciągająca podróż przez czas, utkana z materialnych przedmiotów i ludzkich historii.
W zamyśle "Historia starego mieszkania" powstała dla dzieci. Rosyjskich dzieci i ich rodziców, dla których rozliczenie się z historią swojego kraju bywa częstokroć trudne, a opowiedzenie o niej dzieciom to nie lada kłopot. Aleksandra Litwina i Ania Diesnicka znalazły sposób na to, by sto burzliwych lat przekuć na opowieść o życiu konkretnych ludzi zamieszkujących pewien petersburski apartament. Różnorodność charakterów, poglądów, życiowych wyborów rzuca światło na kolejne dekady historii Rosji. Szalenie trudno, bez odpowiedniego skupienia, rozeznać się w gęstej od faktów i szczegółów sadze rodzinnej. Oglądając fotografie na wyklejkach, rzucając okiem na odręczne zapiski i dokumenty, czytając fragmenty rosyjskiej prozy i poezji tkwiącej w rękach bohaterów, można odnieść wrażenie, że te wymyślone historie zaczynają żyć własnym życiem.
Dla dorosłego czytelnika, nawet tego nie zaznajomionego z cyrlicą, której na stronach sporo, "Historia starego mieszkania" otwiera się jak tajemnicza skrzynka skarbów. Powoli odkrywamy kolejne wątki, zerkając do drzewa genealogicznego, sprawdzamy kolejne rodzinne powiązania. Wciąż jednak nie jestem pewna, na ile niedorosły polski czytelnik da się wciągnąć w tę historyczną wyszukiwankę, która, żeby sprawić przyjemność, wymaga podstawowej orientacji w najnowszej historii Europy. Autorki zdają się zakładać, że dziecięcy czytelnik nie pozostanie z tą książką sam. Zostawiają jednak drogę na skróty: czerwonymi strzałkami oznaczone zostają przedmioty, które można wyszukać na bogatych w szczegóły rozkładówkach przedstawiających mieszkanie.
Bardzo lubię Anię Diesnicką, ilustratorkę. Na jej instagramowym profilu (@anyadesnitskaya) często pojawiają się fascynujące scenki sytuacyjne, miejskie pejzaże blokowisk, portrety ludzi z ulicy. Obwiedzione cienkim markerem, pociągnięte flamastrem szkice, żyją autentyzmem uchwyconych chwil. "Historia starego mieszkania" to artystyczna perełka. Niestety, ten dopracowany do perfekcji projekt momentami zostaje zaburzony na poziomie typografii, nieudolnie przygotowanymi wstawkami z tłumaczeniem oryginalnych materiałów (wycinki prasowe, listy, plakaty, pocztówki). Trudno oprzeć się wrażeniu, że pośpiech polskiego wydawcy miał tu wiele do powiedzenia. Oczami wyobraźni widzę przezroczyste strony kalki, które mogłyby prezentować tłumaczenia rosyjskich tekstów.
Pomijając niedociągnięcia edytorskie i problem z poszukiwaniem właściwego na naszym rynku odbiorcy, książka daje ciekawą i rzadką możliwość, przy okazji przystępnej lektury, spojrzenia na Rosję od drugiej strony. Na dodatek w bardziej ludzkiej niż imperialnej scenerii. Z nadzieją czekam na ukazanie się polskiego tłumaczenia picture booka autorek o podróży Koleją Transsyberyjską. Rysunki na profilu autorki zaostrzają apetyt (https://www.instagram.com/anyadesnitskaya/).
4/22/2021
Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok
Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok, Agatha Loth-Ignaciuk, il. Bartłomiej Ignaciuk, Wydawnictw Druganoga 2020.
Pierwsze skojarzenie: "Wyprawa Shackletona" [klik]. Jeśli mieliście okazję zachwycić się tym poruszającym picture bookiem od Kultury Gniewu, koniecznie sięgnijcie po "Marka Kamińskiego. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok". Przeszyje was na wskroś.
Tematyka polarna to jedno, drugie to bardzo starannie poprowadzona graficzno-słowna narracja. Obie książki stanowią majstersztyk w dziedzinie snucia opowieści trzymającej w napięciu, poprzetykanej solidną dawką praktycznej wiedzy. Książki bez docelowego czytelnika, jednak z potencjałem, by w każdym, małym czy dużym, obudzić podróżniczą żyłkę.
Osobiście nie mogę powstrzymać się od wertowania "Biegunów" w tę i nazad. Wydawałoby się, że opracowanie graficzne książki, poświęconej w dużej mierze śniegowi, jest trudne i obarczone sporym ryzykiem monotonii. Tym czasem nic bardziej mylnego. Każda rozkładówka to projekt, który spina ze sobą tekst i obraz w taki sposób, że nastrój książki i komunikat sączą się jakby jednym kanałem. Szczegółowa prezentacja ekwipunku, mapka przelotu samolotem z Europy do miejsca rozpoczęcia wyprawy, schemat rytmu dnia, przegląd warstw ubioru podróżników - czujemy się, jak byśmy tajniki wypraw polarnych poznawali z pierwszej ręki. Z drugiej strony, pojawiają się rysunki, które świadczą o zmaganiu człowieka z żywiołem. Niemal słyszymy trzask pękającego lodu, czujemy pieczenie skóry zmęczonej arktycznym mrozem. To gra na emocjach, która bardzo mi pasuje i której lubię się poddać. Sporą rolę grają kolory: chłodny niebieski kontrastuje z ciepłym pomarańczem. To też gra na emocjach: ciepło - zimno, nadzieja - zwątpienie. Projekt graficzny daje ponadto poczucie ogromnej różnorodności ujęć i perspektyw. Nie sposób się nudzić.
Tekst w trzecioosobowej narracji bardzo dobrze rozkłada akcenty. Dwie wyprawy na biegun pokazane są precyzyjnie i z godną podziwu systematycznością. Lubię to, że autorzy mają pomysł, co i w jakiej kolejności chcą nam powiedzieć. Nie mam poczucia przypadkowości, które często towarzyszy książkom non-fiction. Praca nad tekstem musiała być poprzedzona gruntownym wywiadem z bohaterami. Dużo tu osobistych wtrętów, które nadają książce autentyczności i sprawiają, że czujemy się jak byśmy też tam byli.
Książka otrzymała nominację w kategorii OBRAZ w trzeciej edycji Plebiscytu Blogerów - Książka dla niedorosłych - Lokomotywa 2020. [klik]
3/16/2021
Coś i Nic
Coś i Nic, Anna Paszkiewicz, il. Kasia Walentynowicz, Widnokrąg 2020.
"Coś i Nic" to druga część tryptyku duetu Paszkiewicz / Walentynowicz. Kartkuję ją tam i z powrotem z dużą satysfakcją, bo to polski picture book na naprawdę światowym poziomie. Praca autorek została już doceniona - "Prawy i lewy" w 2020 roku zdobyli w Pekinie główną nagrodę jury na BIBF Ananas International Illustration Exhibition i wyróżnienie w konkursie Polish Graphic Designs. Liczę, że to nie koniec sukcesów. "Coś i Nic" otrzymało nominację do tytułu Książka Roku ps IBBY, a przed nami jeszcze trzeci tom serii, "Wczoraj i jutro", który swoją premierę miał zaledwie kilka dni temu.
Książka, a nawet cała seria, oparta jest na koncepcji przeciwieństw, która sama w sobie nie jest niczym świeżym w picture bookach dla młodszaków. Tym motywem można przecież bawić się w nieskończoność, najczęściej jednak z zamiarem poszerzania słownictwa. Uśmiecham się jednak radośnie, bo autorki opuściły bezpieczne rewiry antonimów i zajrzały w nieco bardziej filozoficzne rejony. Czy Coś zawsze warte jest więcej niż Nic? Czy Nic to musi być strata? Wreszcie, czy można dowartościować Nic, bez uszczerbku dla odwiecznego prymatu "więcej" nad "mniej"?
Pointa jest przewrotna i zaskakująca, dzięki czemu cała historia nabiera żywych rumieńców. Anna Paszkiewicz skroiła ją na miarę, stąd krótkie, nieprzegadane akapity dobrze się czyta, a poprzedzające je tu i ówdzie wykrzyknikowe zdania na cześć Coś wyraźnie wybrzmiewają, odsłaniając fasadowość cech głównego bohatera.
Kasia Walentynowicz czule i uważnie podążyła śladem autorki, personifikując obie postacie. Zachwyciła mnie wyklejka: początkowa poświęcona w całości skłębionemu Coś, końcowa oddana do dyspozycji prawie niewidzialnemu Nic. To zaproszenie do szukania Coś i Nic na rysunkach i odczytywania kontekstów. Podoba mi się flamaster, którym autorka niespiesznie tworzy wszechobecne roślinne motywy i wszędobylskich zwierzęcych bohaterów drugoplanowych. Zaproszenie do wyszukiwania na ilustracjach ukrytych elementów nawiązuje wyraźnie do zachęty jaka kryje się w zakamarkach historii: żeby nie oceniać po pozorach i zawsze szukać prawdy.
3/05/2021
Zamek
Zamek, Emma Adbåge, tł. Katarzyna Skalska, Zakamarki 2021.
Trzeba bywać na kinder party, żeby zrozumieć. Najpierw dłużące się minuty oczekiwania na wyjście: pospieszna toaleta, łapanie w locie ulubionej zabawki, ostatnie siku już w kurtce. Potem impreza. Odświętny rozgardiasz, nowe twarze (niekoniecznie sympatyczne), tort na dywanie, guma do żucia przylepiona do twojego talerzyka. No i prezent.
Emma Adbåge jak zwykle wchodzi tam, gdzie nikt jej nie zaprasza. Perspektywa dywanu, szczery rzut oka dookoła. Dziecięcemu obserwatorowi nic nie umyka. Tu czas ma swój własny rytm, a dorosłe sprawy odchodzą na bok, w niedaleki, jednak wciąż obecny cień. To z pozoru książka o dawaniu. O tym jak czasem ciężko rozstać się z prezentem, który się dla kogoś przygotowało. Ale na tym nie koniec. Społeczny wachlarz doświadczeń przedstawiony w "Zamku" jest bogaty, a jak na pandemiczne czasy wręcz sentymentalnie nierealny. Ostatecznie fabułę zamyka uczucie "Schadenfreude" i wtedy na pewno już wiemy, że impreza była udana. Symbolizuje to radośnie powiewający na wietrze czerwony balonik, jakże różny od innych balonów porzuconych na poprzednich stronach.
Przyznam, że ta zaskakująca wolta doskonale podsumowuje nieme pytanie, które zawsze smętnie błąka się po urodzinowych imprezach: dlaczego to nie ja zdmuchuję te świeczki? Emma Adbåge ma swój sposób na to, by bez udziału dorosłych i dosadnych puent powiedzieć wszystko to co ważne, ale cały czas pozostawiając miejsce na własny odbiór. Szczerość jest obecna w tekście, ale w lapidarnych rysunkach autorki niemal się o nią potykamy.
inna książka Emmy Adbåge: DOŁEK (nominacja w trzeciej edycji Plebiscytu blogerów Lokomotywa - Książka dla niedorosłych)
10/22/2020
Kury, czyli krótka historia o wspólnocie
Kury, czyli krótka historia o wspólnocie, Laurent Cardon, tł. Tomasz Swoboda, Adamada 2020.
Bez wątpienia najlepszy picturebook jaki ostatnio mieliśmy w rękach. O zaletach i wadach demokracji, parytetach, priorytetach, a nawet o małżeńskiej zdradzie. Bez obaw, każdy wyciągnie z tej książki tyle ile zdoła i to bez uszczerbku dla czytelniczej satysfakcji.
Kiedy białe kury orientują się, że z kurnika zniknął kogut Marcel, wszczynają alarm. Szybko okazuje się, że również u rudych kur kogoś brakuje. Tylko czarne są nadal w komplecie. Kury dość szybko znajdują winowajcę. To lis. Migiem również postanawiają, że najlepszą obroną jest atak. Czy należy działać wspólnie, a może lepiej utworzyć trzy armie? Kto będzie dowódcą? Brać pod uwagę liczebność stada czy mocne... skrzydła? A może decyzje trzeba przegłosować?
Laurent Cardon wchodzi w temat jak w masło i z rozmachem kreśli na wielkich formatach coraz to nowe układy kurzych zastępów. Wreszcie czuję, że szukanie na półce miejsca na niestandardową książkę nie wiąże się wyłącznie z widzimisię autora. Wychodzi też na wierzch animatorskie zaplecze Cardona. Ilustracje mają w sobie coś z dobrej krótkometrażówki, w której za pomocą prostych środków i dynamicznych kadrów, twórca jest w stanie przemówić głośno i dobitnie. Psychologia tłumu odbija się w pozornie jednorodnym kłębowisku białych, rudych i czarnych ptaków. Tu nie ma wiodących postaci. Główną bohaterką jest armia, w kolejnych stadiach swego powstawania.
"Kury" mają urok historii, która otwiera drogę do wielu pytań, ale bez ambicji na podsuwanie gotowych odpowiedzi. Inteligentna, zaskakująca, z przewrotnym finałem, u nas w domu zyskała szerokie grono zachwyconych. Z nadzieją wyglądamy pozostałych "kurzych" tytułów Cardona, tym razem o zaufaniu i o akceptacji.
9/29/2020
Dzika
Dzika, Emily Hughes, tł. Kinga Rodziewicz, Elżbieta Jezierska, Wydawnictwo Rzeczownik 2020.
Emily Hughes nareszcie zagościła w Polsce i to za sprawą całkiem świeżego wydawcy. Podwójna to przyjemność, bo Rzeczownik znam i cenię za sprzedaż świetnych picturebooków i wysmakowanych materiałów papierniczych. "Dzika" to dla mnie drugie spotkanie z autorką. "Małego ogrodnika" (link: "The Little Gardener") znamy i kochamy w naszym domu już od kilku lat.
Kiedy myślę o książkach Hughes, pierwsze skojarzenie jakie mi się nasuwa to natura. Jej najbardziej rozpoznawalne tytuły pławią się w zieleniach i brązach, kipią gęstymi zaroślami nakrapianymi urodzajem polnych kwiatów i ożywają dyskretną obecnością dzikich zwierząt. Przyroda, która tu gości to taka, jaką chcielibyśmy widzieć na co dzień: świeża i nieposkromiona. Trend łąk kwietnych i niekoszonych trawników znajduje na tych ilustracjach swój wspólny mianownik.
"Dzika" to debiut wydawniczy autorki i jak dotąd jej najbardziej wyrazista wizytówka, za przyczyną której reprezentowała Wielką Brytanię na Biennale Ilustracji w Bratysławie w 2015 r. Nie jest to wbrew wszystkiemu książka głęboka. Raczej pewnego rodzaju prosty manifest dla wszystkich tych, którzy nie mieszczą się w ramach społecznych oczekiwań. Określana mianem damskiej wersji "Tam gdzie żyją dzikie stwory" Maurice'a Sendaka, udowadnia, że dążenie do realizacji własnych ideałów zawsze ma sens. Dzika to dziewczynka z lasu, wzór buntowniczki pokazującej pazurki, gdy tylko życie zmusza ją do obrony swoich racji. Wyrwana z osobistego raju dzikiego lasu i poddana próbie ucywilizowania, nie waha się zastosować żadnych środków perswazji by wrócić do siebie. Jej wizytówką stają się ogromne oczy, które płynnie przechodzą od łagodności do furii i nieposkromiona fryzura, jakby widoczny przejaw wewnętrznych emocji.
Emily Hughes po mistrzowsku gra obrazem. Pewnie trochę bardziej przekonująca jest w leśnych scenach niż tych podejrzanych we wnętrzach domu szalonego psychiatry, ale i tu i tu nie sposób odmówić jej wyjątkowej wrażliwości na szczegóły. Nie powstrzymam się przed stwierdzeniem, że Hughes to artystka wyrafinowana, przemawiająca do młodego odbiorcy w sposób subtelny i spodziewająca się po nim tej samej wrażliwości.
Rzeczownik ze swojej strony zadbał o wszystkie detale, by książka działała nie tylko na emocje, ale również na zmysły. Kremowy, ciepły, lekko szorstki papier, oryginalna, autorska wyklejka oraz płócienny, zadrukowany grzbiet budzą jak najlepsze skojarzenia.
9/18/2020
Wszyscy się liczą
Wszyscy się liczą, Kristin Roskifte, tł. Milena Skoczko, Dwie Siostry 2020.
Właśnie mija czwarty dzień przymusowej kwarantanny. Telefon z lokalnej stacji Sanepidu przerwał normalną rutynę codzienności. Świat kończy się za drzwiami. Liczymy tylko do pięciu. Picture book Kristin Roskifte nabiera nowego wymiaru. Uwypukla dokładnie to, co sytuacja izolacji zabiera nam w stopniu dotąd niespotykanym. Relacje.
Obrazkowa wyszukiwanka jakiej dotąd nie było. Wysmakowana artystycznie, ale przede wszystkim zaskakująca koncepcją, która wznosi się ponad prosty schemat śledzenia postaci na kolejnych stronach. Linearność kończy się na przyrastającej liczbie osób obecnych na ilustracjach. Historia wielu z nich toczy się za pośrednictwem podpisów pod rysunkami. Nie wystarczy uważnie patrzeć, trzeba czytać, dociekać, wyciągać wnioski i nieustannie poruszać się między stronami w tył i przód, szukając odpowiedzi. Wiele z nich kryje się w pozornie nieistotnych szczegółach, mnóstwo odczytać można w mimice twarzy, czy na podstawie przypadkowych kontaktów między bohaterami. W tekście znaczenie mają zwłaszcza czasowniki i to wcale nie koniecznie te związane czynnościami. Ktoś się o czymś dowiaduje, ktoś inny ma nadzieję, ktoś przeżywa żałobę, ktoś inny zapomina o całym świecie. Co ciekawe nie ma tu głównych bohaterów. Zgodnie z tytułem, każdy się liczy. Autorka nie rozróżnia. Do wszystkich stosuje uniwersalne określenie OSOBA.
Książkę fabularnie, bardzo zgrabnie zamyka motyw gwiazd. W pierwszej scenie samotny chłopiec patrzy w niebo, w ostatniej perspektywa świata ujęta jest z kosmosu. Kristin Roskifte wychwytuje różnorodność za pomocą szerokiej palety kolorów. Jednocześnie podobieństwo osób sprawia, że książka bardzo dobrze sprawdza się jako trudna do rozpracowania wyszukiwanka. Bez wątpienia koszmar dla każdego daltonisty, za to z uniwersalnym przesłaniem, że mimo różnic wszyscy jesteśmy tacy sami.
"Wszyscy się liczą" to picture book, który swojego odbiorcę znajdzie w bardzo szerokiej grupie wiekowej. Wysublimowane konteksty, konieczność szerokiego spojrzenia przy jednoczesnej potrzebie bardzo szczegółowej analizy sprawiają, że książka naprawdę jest wyzwaniem. Jednocześnie dla młodszych czytelników nadal może pełnić rolę prostej wyszukiwanki, wspieranej przez zestaw zagadek obrazkowych zamieszczonych na ostatnich stronach oraz podpowiedzi dostępnych na stronie internetowej wydawcy.
5/12/2020
Kropka i kreska
Kropka i kreska, Véronique Cauchy, il. Laurent Simon, Wydawnictwo Kropka 2020.
"Kropka i kreska" to picturebook wizytówka, żartobliwe nawiązanie do nazwy oficyny, która powstała na początku tego roku, jako dziecięca marka wydawnicza Marginesów. Ciepło witam Kropkę. Dobrze widzieć, że w tym trudnym dla kultury czasie jest miejsce i szansa na rozwój.
Nie powiem, że książka nie była dla mnie zaskoczeniem. Na początek spodziewałam się fajerwerków. Tymczasem "Kropka i kreska" to bardzo bezpieczny debiut wydawniczy, który może trafić w gust w miarę szerokiego grona czytelników. To ciepła, sympatyczna historia skierowana do najmłodszych odbiorców, śmiała artystycznie, w klimacie lekko retro, ale nie tworząca niepotrzebnej bariery. Mam przy tym poczucie, że sam koncept historii nie jest nowy. Czarna kropka spotyka białą kreskę i zaczynają się bawić. Powstaje huśtawka, śmigło, ślimak. Potem zapraszają przyjaciół. Możliwości jest co raz więcej. Drzewa, parasol, wreszcie całe miasto.
Automatycznie przypominają się podobni książkowi bohaterowie: "Wielka historia małej kreski" (Serge'a Bloch), "Panna Kreseczka" (Chotomskiej i Butenko), a w końcu "Kropka z błędem" (Tarska i Solak). Kiedy do miasta zjeżdżają się kolorowe kropki i kreski, niebiesko-biało-czarna dotychczas książka rozkwita feerią barw, bo przecież siła tkwi w różnorodności i dobrej współpracy. Jedna z moich ulubionych książek, "Dzień, w którym kredki się zbuntowały" Olivera Jeffersa, raczy czytelników podobnym zakończeniem. Zbuntowane kredki dają się namówić na współpracę i tworzą razem fantastycznie kolorowy rysunek. Sukces kredek, czy w tym wypadku kształtów, to również wizualna przyjemność dla czytelników.
"Kropka i kreska" nie jest książką świeżą i dla dorosłego może okazać się nieco nudną lekturą do wspólnego czytania, bo przy swojej wtórności nie wnosi do historii kompletnie nic nowego. Co nie znaczy, że najmłodsi nie polubią odważnych, szczerych i przyjacielskich figur geometrycznych. Wszak piękno tkwi w prostocie.
4/16/2020
Mama zawsze wraca
Mama zawsze wraca, Agata Tuszyńska & Iwona Chmilewska, Wydawnictwo Dwie Siostry 2020.
Na picturebooki Iwony Chmielewskiej rzadko kiedy pozostaję obojętną. Tym razem też silnie odczuwam go w sobie. To nie jest przyjemne uczucie. "Mama zawsze wraca" nie jest książką, która gładko przylega do czytelnika. Dwukrotna lektura nie sprawia, że zaczynam ją lubić. Historia pozostaje we mnie, ale świadomie nie chcę do niej wracać. Nie zaprzyjaźniam się z nią. Czy z okrucieństwem można się zaprzyjaźnić?
Pomysł na książkę o małej Żydówce, ukrywanej w piwnicy warszawskiego getta, zrodził się w głowie Agaty Tuszyńskiej dawno temu i długie lata leżał w szufladzie. Podobnie jak lalka Zuzia, niemy świadek tamtych wydarzeń, od lat przypominająca historię Zosi Zajczyk, tłumom zwiedzających Muzeum Yad Vashem. Prawdopodobnie takich dziewczynek były tysiące. Losy części z nich znamy, innych na zawsze pozostaną tajemnicą. Ale nie o świeżość przekazu tak naprawdę tu chodzi. Książka może być potraktowana jako hołd złożony wszystkim dziecięcym ofiarom Holocaustu i wszystkim rodzicom, którzy z narażeniem własnego życia i za wszelką cenę walczyli o ich przetrwanie.
Tuszyńska i Chmielewska prowadzą równoległą narrację, w obu przypadkach bardzo osobistą. Tuszyńska podejmuje się wejścia w rolę autorki literackiego pamiętnika, swoistej gawędy o tamtym czasie, spisanej lekko nieporadnym, silnie emocjonalnym stylem. Chmielewska zaś chwyta się motywu lalki Zuzi i kwiecistego deseniu na jej sukience, czyniąc go przewodnim elementem rodzinnego albumu, który układa na kolejnych stronach. Albumu pełnego pustych przestrzeni, nieobecności i oddalenia.
Siłą tej opowieści są wyraźne osobiste akcenty, które sprawiają, że ta historia nie jest taka jak inne. To opowieść o małej Zosi, która była krasnoludkiem, "strzygła" sobie zęby odgryzając kawałki ściany, jadła glisty zamiast sucharów i udawała, że jest węglem. To wreszcie historia dziewczyny, która po przyjeździe do Izraela musiała zapomnieć, że jest Polką i mimo wewnętrznego sprzeciwu rozpocząć nowe życie.
Czy to jest książka dla dzieci? Też dla dzieci, ale na pewno nie dla wszystkich. Żeby odpowiedzieć na pytanie, czy moje dziecko jest na nią gotowe, trzeba ją samemu przeczytać.
1/28/2020
Gdzie jest noc
Gdzie jest noc, Agnieszka Wolny-Hamkało / Maria Ekier, Wydawnictwo Hokus-Pokus 2019.
Jeśli wierzyć tekstowi Agnieszki Wolny-Hamkało, noc jest wszędzie, jeśli zaufać ilustracjom Marii Ekier, noc z pewnością jest w środku. Zaglądam ostrożnie do poetyckiego picturebooka i cieszę się, że wydawnictwo Hokus-Pokus po raz kolejny pokazuje jak stawiać dzieciom literackie wyzwania.
Maria Ekier jest mistrzynią metafory, Agnieszka Wolny-Hamkało, wręcz przeciwnie, zarówno w prozie jak i poezji pozostaje blisko świata rzeczywistego, jego zmysłowych detali i całkiem przyziemnych atrybutów. Ten duet iskrzących przeciwieństw tworzy książkę nieoczywistą i tylko jakby przy okazji wpisującą się w schemat lubianych przez dzieci historii z nocnym backgroundem. Śledzimy noc w jej całodobowej wędrówce. Co robi kiedy jest ciemno? Gdzie bywa w ciągu dnia? Za lustrem, w małej kwiaciarni, na dnie lodówki w Lidlu, w pojemniku na pościel, w nieudanych rysunkach. Noc w tych poetyckich opisach zaczyna dominować również po stronie dnia, tworząc tym samym całkiem przedziwny kalejdoskop zdarzeń. Ilustracje Marii Ekier świadomie przełamują tę nocną dominację. Czarne wnętrze zostaje domknięte bielą okładek, wyklejki, dwóch pierwszych i dwóch ostatnich stron oraz środkowej rozkładówki. Ta piękna symetryczność kolorów porządkuje chaos poetyckich opisów i przerabia na symbole to, co Agnieszka Wolny-Hamkało pięknie opisuje bogactwem epitetów.
10/08/2019
Ćśśś! Mamy plan / Trochę się zgubiłam / O nie, Dudusiu!
Ćśśś! Mamy plan / Trochę się zgubiłam / O nie, Dudusiu!, Chris Haughton, Dwie Siostry 2019.
Chris Haughton to po Jonie Klassenie kolejny Mistrz Oczu. Czarne, nieregularne źrenice w obowiązkowych białych obwódkach mówią nawet więcej niż oszczędny tekst. Ta biel to zresztą często jedyny biały element na stronie. Koncentruje uwagę, wręcz hipnotyzuje. Nie sposób oprzeć się urokowi gapiących się na nas bohaterów.
Kartonówki Haughtona w dużej mierze działają właśnie obrazem. Prawdopodobnie wystarczy jedno głośne czytanie, by kilkulatek mógł czerpać maksimum radości z samodzielnego kartkowania i śledzenia historii. Mamy tu kontakt z małym teatrem. Czterej panowie, psiak Duduś i mała sowa prowadzą nas do finału książek, skupiając na sobie prawie sto procent naszej uwagi. Dopiero po pewnym czasie, z tła pełnego różnorodnych konturów wyławiamy szczegóły: inne ptaki, skradającego się kota, mamę sowę. Haughton pokazuje tylko to, co chce pokazać. Jego oszczędne dekoracje nie odwracają uwagi od najważniejszego. Jest przy tym dowcipny, przenikliwy i pozwala czytelnikowi uczestniczyć w intrydze niemal na równych prawach z autorem, jednocześnie atrakcyjny finał, pozostawiając do końca wyłącznie do własnej wiadomości.
Mały człowieczek z "Ćśśś! Mamy plan" od pierwszej rozkładówki wydaje się znać rozwiązanie i jako jedyny rozumie, gdzie leży problem. Jesteśmy z nim, podskórnie czując, że kolejne HOP również nie przyniesie spodziewanego rezultatu. Ptak ucieka, grając bohaterom szpetnie na nosie. Każda próba złapania ptaka to mistrzostwo stopniowania napięcia, rozgrywające się aż w trzech scenach, a bliźniaczy tekst towarzyszący każdej próbie intensyfikuje wrażenia ze spodziewanej porażki bohaterów. Uwielbiam rytmiczne "Idziemy powolutku, idziemy po cichutku", które zaproponowała tłumaczka, w zamian za angielskie "tip-toe slowly, tip-toe slowly". Odczuwam pewne rozdwojenie, bo obraz w "Ćśśś! Mamy plan" jest najbardziej samowystarczalny, przy czym tekst ze wszystkich trzech książek jest równocześnie najbardziej wdzięczny do głośnego czytania. Być może to jednak zaleta świadcząca o uniwersalności tego picturebooka. Uniewersalności, która przekłada się na szerokie spektrum odbiorców twórczości Chrisa Haughtona.
ps. Na trzeciej stronie okładki autor zawsze wieńczy dzieło adekwatnym cytatem z kogoś sławnego. Bezcenne.















































